Festiwal Supernova odbywał się kilka minut od muru oddzielającego Izrael od palestyńskiej enklawy. Strefa Gazy wraca tu jako miejsce wypędzeń, blokady, kolejnych wojen i codziennego życia pod presją przemocy. 7 października otwiera opowieść, która zaczęła się dużo wcześniej.
Każdy konflikt ma własny język skrótów. Nazwy operacji wojskowych, daty, liczby ofiar, komunikaty armii, hasła z demonstracji, nagłówki gazet. Po pewnym czasie zaczynają brzmieć technicznie, niemal obojętnie, choć opisują domy, dzieci, rodziców, szkoły, szpitale i ludzi uciekających przed kolejną eksplozją.
Fragment książki Kiedyś wszyscy byliśmy tu ludźmi. Reportaże z Palestyny pokazuje Gazę przez konkrety: festiwal Supernova Sukkot Gathering, mur oddzielający Strefę Gazy, historię wypędzeń po wojnie arabsko-izraelskiej, życie pod blokadą, kolejne operacje wojskowe i doświadczenie mieszkańców, dla których wojna nie stanowi wyjątku od codzienności. Autorka prowadzi czytelnika przez miejsca, liczby i wspomnienia, ale najważniejszy ciężar niosą ludzie: cywile, uchodźcy, dzieci, rodziny i ci, którzy próbują opowiadać o stracie, zanim świat przyzwyczai się do kolejnych czarnych worków.
[…] W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czesław Miłosz, Campo di Fiori
„Nadszedł czas, kiedy cała rodzina ponownie się spotka”, ogłaszali w mediach społecznościowych organizatorzy Supernova Sukkot Gathering, w nazwie festiwalu nawiązując do Święta Namiotów, czyli siedmiodniowego święta plonów, które upamiętnia czterdzieści lat wędrówki Izraelitów po pustyni. Odległość między terenem, gdzie młodzież bawiła się w rytmie muzyki elektronicznej, a murem oddzielającym Strefę Gazy można pokonać samo chodem lub motocyklem w dziesięć minut.
Tekst jest fragmentem książki Kiedyś wszyscy byliśmy tu ludźmi, która czeka na Ciebie tutaj:
Impreza promowana była jako święto „przyjaciół, miłości i nieskończonej wolności”. Nagłówek opublikowanego tydzień po zamachu 7 października artykułu w „New York Timesie” głosił: „Rzeź na festiwalu pokoju i miłości odmieniła Izrael”.
Organizatorzy nic jednak nie wspomnieli na temat sytuacji w oblężonej palestyńskiej enklawie. Już w 2012 roku w raporcie Organizacji Narodów Zjednoczonych prognozowano, że o ile nie zostaną podjęte wysiłki, by poprawić dostęp do wody, elektryczności i usług zdrowotnych, w ciągu ośmiu lat może się ona stać miejscem niezdatnym do życia. Zgodnie z prawem międzynarodowym zaspokojenie podstawowych potrzeb ludności na zajętych terenach jest obowiązkiem okupanta.
Strefa Gazy to skrawek ziemi wielkości Krakowa – ma za ledwie trzysta sześćdziesiąt pięć kilometrów kwadratowych. W przededniu wojny, która rozpoczęła się 7 października, na tym obszarze mieszkały nieco ponad dwa miliony ludzi; dla porównania Kraków ma około ośmiuset tysięcy mieszkańców.
Samo miasto Gaza, od którego pochodzi nazwa Strefy, należy do najgęściej zaludnionych obszarów zurbanizowanych na świecie. Ma około czterdziestu pięciu kilometrów kwadratowych – to tyle co Pabianice albo Ostrów Wielkopolski, a w przededniu wojny mieszkało tam mniej więcej tyle osób co w Krakowie. Trudno powiedzieć, ile zostało dziś.
Na próżno szukać Strefy Gazy na mapach sprzed utworzenia państwa Izrael. W czasach imperium osmańskiego istniał wprawdzie sandżak Gazy, czyli osobna jednostka terytorialna, ale obejmował on też Jafę, Ramlę i Aszkelon – wszystkie te ośrodki należą dziś do Izraela – a także wzgórza Hebronu, które leżą na dzisiejszym Zachodnim Brzegu.
Przez obecną Strefę Gazy wiodła niegdyś trasa z egipskiej Aleksandrii do tureckiej Aleksandretty, czyli dzisiejszego Iskenderunu. Jak podkreśla izraelski historyk Ilan Pappé, przed 1948 rokiem takie położenie czyniło z niej jedno z najbardziej wielokulturowych miast regionu, gdzie pokojowo współistniały społeczności muzułmańskie, chrześcijańskie i żydowskie.
Zanim nastały czasy godzin policyjnych i punktów kontrolnych, podróżni przejeżdżali tędy na wielbłądach i koniach w drodze do Ammanu, Bejrutu czy Kairu. Dziś pokonanie tych tras przez Gazę nie jest możliwe.
W listopadzie 1948 roku, kilka miesięcy po ogłoszeniu nie podległości, Izrael wypędził już znaczną część Palestyńczyków z terenów zajętych w pierwszej wojnie arabskoizraelskiej. Ludzie wygnani z miast, miasteczek i wsi w okolicach Jafy, Hajfy czy Galilei stłoczyli się w dzisiejszej Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Jeszcze inni schronili się w sąsiednich krajach: Jordanii, Syrii i Libanie.
Jak dowodzi Pappé, Strefa, jaką znamy dziś, to izraelski twór, który powstał dlatego, że Egipt jako jedyny z sąsiadów Izraela sprzeciwił się przyjęciu wypędzonych Palestyńczyków. Pierwszy premier Izraela, urodzony w Płońsku Dawid Ben Gurion, postanowił poświęcić dwa procent ziem historycznej Palestyny na dom dla niechcianych mieszkańców centralnego i południowego Izraela.
Gdy ucichły świsty przecinających powietrze pocisków i staccato karabinów maszynowych, Gaza na niemal dwadzieścia lat znalazła się pod władzą egipskiej armii. Młodzi Palestyńczycy, którzy tam zamieszkali, uczyli się odtąd z egipskich podręczników. Obozy, szkoły i placówki medyczne stworzyła dla nich UNRWA.
Pod koniec czystek etnicznych w Palestynie, 25 listopada 1948 roku, centralne dowództwo utworzonej niedawno armii Izraela (IDF) wydało rozkaz numer 40 skierowany do dowódcy regionu Gazy. Brzmiał on tak:
Twoim zadaniem jest wypędzenie arabskich uchodźców z tych wiosek i uniemożliwienie im powrotu poprzez ich zniszczenie.
Metoda: [Po] zbadaniu wiosek AlChisas, Dżira, Chirbat Chuza’a, Bi’lin, AlDżijja, Barbara, Bajt Dżirja, Hiribija, Dajr Sunajd zebrać mieszkańców, załadować ich na ciężarówki i wy wieźć do Gazy. Muszą zostać usunięci poza [izraelskie] linie w Bajt Hanun.
Oddzielić uchodźców od miejscowych w AlMażdal i usunąć uchodźców.
Spalić wioski i zburzyć kamienne domy.
Budynki, których nie zniszczył ogień, zostały wysadzone w po wietrze. Na zgliszczach wymienionych w tym dokumencie wsi powstały kibuce, w które siedemdziesiąt pięć lat później uderzył Hamas podczas ataku 7 października.
Ludność zamieszkująca Strefę Gazy jest młoda – niemal połowę społeczeństwa stanowią osoby poniżej osiemnastego roku życia. Dla mieszkańca Gazy, który wchodzi teraz w dorosłość, ta wojna jest już piąta w życiu.
Namer ma trzydzieści trzy lata, tyle co ja. Urodził się w 1991 roku, pod koniec pierwszego powstania. Był dzieckiem w trakcie kolejnego, nazywanego intifadą AlAksa. Doświadczył też późniejszych wojen, które zniszczyły podstawowe usługi i infrastrukturę oraz doprowadziły do katastrofalnej sytuacji humanitarnej w Gazie.
W operacji „Płynny ołów”, jak Izrael nazwał wojnę na przełomie 2008 i 2009 roku, zginęło około trzystu pięćdziesięciorga dzieci, a sześć tysięcy palestyńskich domów zrównano z ziemią. Armia pozostawiła po sobie sześćset tysięcy ton gruzu.
Operacja „Słup obłoków” z 2012 roku trwała zaledwie osiem listopadowych dni. Zginęło w niej ponad stu sześćdziesięciu Palestyńczyków i sześciu Izraelczyków.
Kolejną wojnę, toczoną w lipcu i sierpniu 2014 roku, Izraelczycy nazwali „Ochronny brzeg”. Trwała tylko pięćdziesiąt dni, jednak dla Namera jest ona najstraszniejszym wspomnieniem w całym jego dotychczasowym życiu. Doprowadziła do śmierci ponad dwóch tysięcy stu Palestyńczyków, w większości cywili, tysiące osób odniosły rany. Zniszczono osiemnaście tysięcy domów, zrównano z ziemią szpital AlWafa oraz infrastrukturę Strefy Gazy, co dodatkowo pogłębiło kryzys humanitarny. Mieszkańcy poszukiwali później bliskich pośród dwóch i pół miliona ton gruzów.
Operację z 2021 roku Izraelczycy nazwali „Strażnik murów”. Zaczęła się ona po tym, jak wysiedlili palestyńskich mieszkańców z AszSzajch Dżarrah. Tę jerozolimską dzielnicę od lat siedem dziesiątych stopniowo przejmuje izraelska organizacja osadnicza hojnie wspierana przez amerykańskich ewangelików.
Żołnierze wyrzucali na bruk Palestyńczyków, którym przed laty UNRWA przekazała domy w zamian za zrzeczenie się karty uchodźcy uprawniającej do wsparcia ze strony agencji. Mieszkańcy Zachodniego Brzegu, Jerozolimy i Izraela organizowali demonstracje poparcia dla wysiedlanych, uczestniczyli w nich także ich żydowscy sojusznicy.
Niektórym mieszkańcom Palestyny te wydarzenia przypominały początki kolejnej intifady, wkrótce jednak demonstrantów rozpędzono przy użyciu stalowych kul powlekanych gumą, gazu łzawiącego, granatów ogłuszających i szarż policji konnej.
W maju, w trakcie ramadanu, tłumy muzułmanów modliły się w meczecie AlAksa i na jego dziedzińcu. Po modlitwie z głośników skandowano słowa: „Wszyscy jesteśmy AszSzajch Dżarrah!”, a wierni odpowiadali tym samym. Na placu przed meczetem powiewały palestyńskie flagi. Można też było do strzec zielone flagi Hamasu z białą szahadą, czyli islamskim wyznaniem wiary.
Chwilę później zamiast palestyńskich okrzyków dało się słyszeć izraelskie strzały. W powietrzu unosił się dobrze znany pro testującym dym, a wierni rozbiegli się na wszystkie strony. Ktoś z modlących się wewnątrz świątyni krzyknął: „Wrzucają granaty do AlAksy! Chcą nas udusić w meczecie!”. Zapanował popłoch.
Ludzie rzucili się do ucieczki, niektórzy chowali się za mającymi ponad tysiąc trzysta lat kolumnami. Uzbrojeni funkcjonariusze wtargnęli do środka. Zasłonili twarze, więc nie przeszkadzał im unoszący się wokół gaz łzawiący. Wierni mieli co najwyżej maseczki ochronne – trwała jeszcze pandemia koronawirusa.
Według Palestyńskiego Stowarzyszenia Czerwonego Półksiężyca zatrzymano ponad czterysta osób, wśród nich wiele dzieci. Co najmniej sto pięćdziesiąt zostało rannych. Świadkowie relacjonowali później, że żołnierze celowali gumowymi kulami w górne partie ciała – twarz, plecy i klatkę piersiową. Nie oszczędzali dziennikarzy, ratowników medycznych, kobiet ani osób starszych i z niepełnosprawnościami.
W reakcji na te wydarzenia uzbrojeni bojownicy Hamasu, który od 2007 roku był u władzy w Strefie Gazy, zorganizowali na ulicach enklawy paradę wojskową. „Jeśli agresja wobec naszego ludu w dzielnicy AszSzajch Dżarrah natychmiast się nie zakończy, nie będziemy się biernie przyglądać, a wróg srogo nam za to zapłaci”, zapowiadał z megafonu melodyjny głos. Brzmiało to tak, jakby recytował fragment Koranu.
W stronę Izraela poleciały rakiety, zawyły syreny alarmowe. Palestyńczycy nie musieli długo czekać na odpowiedź – w kierunku Gazy ruszyły izraelskie bombowce. Budynki mieszkalne rozsypywały się jak domki z kart, grzebiąc dwustu pięćdziesięciu Palestyńczyków oraz cały dobytek wielu z tych, którzy przeżyli naloty.
Trwająca dziś wojna ujęta w liczby to około trzysta tysięcy zniszczonych domów i przynajmniej piętnaście tysięcy zabitych dzieci, włożonych do czarnych plastikowych worków lub pogrzebanych pod gruzami (których leży teraz w Gazie pięćdziesiąt milionów ton).
Namer dziękuje Bogu, że nie ma wśród nich jego dzieci. Te spo glądają na mnie wesoło z tapety w jego telefonie i ze zdjęcia pro filowego w komunikatorze, przez który wcześniej umówiliśmy się na rozmowę. Dziś Namer mieszka w Europie. Spotkaliśmy się w sierpniu 2024 roku w Berlinie w trakcie demonstracji, którą wkrótce miała spacyfikować policja. Demonstrowali Niemcy, Palestyńczycy i Żydzi.
Mężczyzna z kipą na głowie i czerwoną kufiją trzymał w ręku palestyńską flagę z czerwonym trójkątem po lewej stronie i trzema paskami w kolorach: czarnym, białym i zielonym – to barwy symbolizujące poszczególne arabskie dynastie. Na białym napisał: „Żydzi dla Palestyny” w trzech językach – po arabsku, angielsku i hebrajsku. Z przodu jechali ludzie na wózkach i osoby starsze. Były tam kobiety w hidżabach i dziewczyny w krótkich spódniczkach. Powiewały palestyńskie flagi.
Jedna z dziewczyn ze skrzydłami na plecach niosła transparent z napisem: „Getting used to genocide is the most powerful wea pon ensuring its completion” *. Druga trzymała tabliczkę z hasłem: „All parents cry in the same language” **.
Na skrzydłach wypisane miały imiona ofiar. Trzy miesiące wcześniej, w Dniu Dziecka, aktywiści próbowali odczytać na głos imiona dzieci za bitych w Strefie Gazy. Czytali je na zmianę od dziewiątej rano do północy. Nie udało im się wymienić wszystkich.
* „Przyzwyczajanie się do ludobójstwa jest najpotężniejszą bronią zapewniającą jego dopełnienie”.
** „Wszyscy rodzice płaczą w tym samym języku”
Tekst jest fragmentem książki Kiedyś wszyscy byliśmy tu ludźmi. Reportaże z Palestyny, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Filtry.
Fot. Widok z lotu ptaka zniszczenia w obozie dla uchodźców (UNRWA)
