W III Rzeszy zdrowie przestało być prywatną sprawą człowieka. Medycyna naturalna weszła w sam środek sporu o władzę nad ciałem, chorobą i leczeniem: między lekarzami, uzdrowicielami, przemysłem farmaceutycznym i państwem. Ustawa z 17 lutego 1939 roku miała uderzyć w „szarlatanów”, ale w praktyce dała części uzdrowicieli prawne uznanie i nowy prestiż.
Reklamy preparatów wzmacniających, tabletki na grypę, środki na „męskość”, ziołowe mikstury i obietnice większej wydolności tworzyły codzienny krajobraz zdrowotny Niemiec pod rządami nazistów. Sprawność fizyczna miała znaczenie społeczne, polityczne i ideologiczne. Państwo chciało porządkować rynek leczenia, lekarze bronili swojej pozycji, a przyrodolecznicy walczyli o miejsce w systemie, który jednocześnie ich ograniczał i częściowo nobilitował.
Obowiązek bycia zdrowym
17 lutego 1939 roku: ustawa o uzdrowicielach (Heilpraktikergesetz)
mężnie stać na wysokości zadania – obiecuje reklama – za równo w młodości, jak i na starość”. W lutym 1939 roku berlińska firma HORMO-Pharma zachwala tymi słowy swój preparat Okasa. Tabletki mają pomagać wszystkim tym, którzy pragną „wzmocnienia sił życiowych i wydolności”. Bo z biegiem czasu wymagania w życiu codziennym – jak czytamy dalej w reklamie – bynajmniej nie maleją, a „od ludzi między 40. a 60. rokiem życia wymaga się wysokich i najwyższych osiągnięć, które oni wypełniają”.
Tekst jest fragmentem książki Słońce świeci dla Hitlera, która czeka na Ciebie tutaj:
To zwłaszcza mężczyźni muszą sprostać tym wymaganiom – i tego również pragną. Zachwalany tu berliński preparat, mieszanina lecytyny, kilku witamin i nieokreślonych bliżej hormonów, doskonale wpisuje się w epokę, w której Niemcy interesują się swoim zdrowiem i swoją wydolnością. Bycie zdrowym i sprawnym jest jednak nie tylko indywidualną potrzebą, lecz także oficjalnym celem „wspólnoty narodowej”. Siła, zdrowie i energia działania uchodzą bardziej niż kiedykolwiek za niemieckie cnoty, które mają być wpajane już dzieciom i młodzieży w organizacjach Hitlerjugend – ale dotyczą one bez wątpienia również dorosłych. Ci także pragną być zdrowi i pełni sił.
Jeśli w codziennym życiu potrzeba drobnego wsparcia w owej sprawności, to dostarcza go farmacja wraz ze swoimi produktami: „Grypa i bóle? Wtedy natychmiast Herbin-Stodin”, zachwala producent z Magdeburga swoje tabletki bez recepty; przy domniemanej cukrzycy fabryka farmaceutyczna z Lipska poleca silnie działający, rzekomo całkowicie nieszkodliwy preparat roślinny. Inni oferenci reklamują leki na brodawki, na moczenie nocne czy siwe włosy; „słabym mężczyznom” reklama dyskretnie sugeruje poufne przesłanie materiałów informacyjnych o wzmocnieniu męskości. Wydaje się, że istnieją preparaty na wszelkie drobne i poważniejsze niedomagania…
Od pewnego czasu rynek zdrowia jest dla producentów lekarstw i suplementów diety coraz bardziej lukratywnym interesem. Jednak nie tylko przemysł chemiczny sprzedaje ludziom w kraju swoje produkty – licznych zwolenników mają także ci, którzy proponują metody ziołowe i przyrodolecznicze.
W przypadku choroby wielu Niemców – i to nie tylko przy lekkich przeziębieniach – wcale nie korzysta z pomocy wykształconych akademicko lekarzy, lecz ufa radzie i wiedzy przyrodoleczniczych laików lub domniemanych „specjalistów”, których wiedza i profesjonalizm w zakresie medycyny naturalnej są bardzo zróżnicowane: wachlarz „leczących” sięga od lekarza z długoletnim doświadczeniem w metodach alternatywnych po znane w okolicy kobiety, które „uzdrawiają” przez przykłada nie rąk…
Liczebność zwolenników owych alternatywnych metod leczenia trudno oszacować, ale wieloaspektowa i trudna do uchwycenia pod względem definicji „medycyna naturalna” bez wątpienia stanowi w Niemczech trwały element już od dziesięcioleci. Już w czasach Cesarstwa – a następnie jeszcze silniej w okresie Republiki Weimarskiej – naturoterapia rozwinęła się między innymi w znaczący ruch krytyczny wobec medycyny.
Coraz liczniejsze towarzystwa przyrodolecznicze informowały opinię publiczną o rzeczywistych lub domniemanych przyczynach chorób i tylko im dostępnych alternatywnych możliwościach terapii. Niektóre stowarzyszenia otwierały na przykład kąpieliska świetlno-powietrzne oraz własne zakłady lecznicze; laicki ruch homeopatyczny doprowadził do tworzenia aptek stowarzyszeniowych, służących samodzielnemu zaopatrywaniu swych członków w leki homeopatyczne.
Tym samym przyrodo lecznictwo prowokowało rosnący opór lekarzy, którzy nie chcieli, by odebrano im możliwość definiowania pojęć zdrowia i choroby. Bardzo skutecznie zarzucali swym oponentom „szarlatanerię”, by zdyskredytować niepożądaną konkurencję.
Owa konkurencja na rynku zdrowia – przybierająca często formę walki ideologicznej – trwa także w Trzeciej Rzeszy. Ku niezadowoleniu lekarzy również w ścisłym kierownictwie ruchu narodowosocjalistycznego znajdują się potężni orędownicy metod przyrodoleczniczych.
Oficjalnie mówi się teraz nawet o „Nowej niemieckiej sztuce leczenia”, która pod wieloma względami jakby odpowiada ideologii narodowego socjalizmu. Jednak 17 lutego 1939 roku nadzieje przyrodoleczników w Niemczech na większy wpływ z początku się rozwiewają, gdyż Ustawa o zawodowym wykonywaniu sztuki leczenia bez nominacji lekarskiej (Heilpraktikergesetz) oznacza bezpośrednią ingerencję państwa w praktykę leczenia.
(1) Kto chce wykonywać sztukę leczenia, nie będąc mianowanym lekarzem, potrzebuje do tego zezwolenia.
(2) W rozumieniu niniejszej ustawy wykonywanie sztuki uzdrawiania jest każdą zawodową lub zarobkową działalnością zmierzającą do stwierdzania, leczenia lub łagodzenia chorób, dolegliwości lub uszkodzeń ciała u ludzi, także wtedy, gdy jest wykonywana na rzecz innych.
Kto odtąd chce zajmować się uzdrawianiem, a więc zawodowo diagnozować lub leczyć choroby, musi być lekarzem albo potrzebuje do tego wyraźnego pozwolenia. Ponadto zakazane zostają placówki kształcące uzdrowicieli. Na pierwszy rzut oka ustawa ta wydaje się ogromnym krokiem wstecz dla ruchu przyrodoleczniczego – i sukcesem lekarzy.
Tymczasem kurs ruchu narodowosocjalistycznego w kwestiach sztuki leczenia nadal pozostaje niejasny: rząd chce mieć po swojej stronie wpływową grupę zawodową lekarzy i wspiera ich w agitacji przeciw domniemanym medycznym „szarlatanom”, ale jednocześnie nie brak głosów, że przynajmniej czasami fachowo wykonywane przez laików zabiegi medycyny naturalnej są godne pierwszeństwa przed medycyną akademicką. W tej kwestii kraj jest podzielony – tak samo jak oficjalna polityka.
W 1939 roku „uzdrowiciele” – nieprecyzyjne określenie na grupę bardzo zróżnicowanych terapeutów – wciąż stanowią poważną konkurencję dla lekarzy. Według ostrożnych szacunków w 1935 roku swoje usługi oferowało co najmniej czternaście tysięcy praktykujących laików – na dziesięciu lekarzy przypadałoby więc około trzech „uzdrowicieli laików”.
W 1936 roku Rzeszowy Związek Lekarzy Naturalnych wyklucza wprawdzie ponad jedną trzecią swych członków, aby przez zdystansowanie się od tych „gorszących elementów” wzmocnić zaufanie do rzetelności naturoterapeutów, nie sposób jednak przypuszczać, by z tego powodu wszyscy „uzdrowiciele” zaprze stali działalności. Ponadto istniało i istnieje wielu terapeutów laików, którzy do tego związku nie należą. Bez wątpienia alternatywne metody leczenia mają więc w Niemczech rzeszę zwolenników, a tym samym istnieje odpowiednio duża liczba „uzdrowicieli”.
I oni także po 17 lutego 1939 roku mogą dalej oferować swoje alternatywne metody, gdyż ustawa o uzdrowicielach bynajmniej nie zakazuje żadnej nielekarskiej sztuki leczenia. Jednocześnie bowiem stanowi:
Kto dotąd zawodowo wykonywał sztukę leczenia i chce ją nadal wykonywać, otrzymuje zezwolenie zgodnie z przepisami wykonawczymi; nosi on tytuł zawodowy „uzdrowiciela”.
Tym samym terapeuci laicy wraz z prawnie po raz pierwszy uznanym tytułem „uzdrowiciela (Heilpraktiker)” otrzymują zawodową nobilitację, co oznacza wyraźne podniesienie prestiżu tego zajęcia.
Kto spośród zainteresowanych potrafi „wiarygodnie wykazać zdolność do wykonywania sztuki leczenia”, może odtąd nazywać się nawet „lekarzem medycyny naturalnej” lub – bez matury – zostać dopuszczony do skróconych studiów medycznych, by następnie pracować jako regularny lekarz. Dla wielu lekarzy, którzy życzyli sobie bardziej zdecydowanego uderzenia w konkurencję, ustępstwa te są niewątpliwie źródłem irytacji – ale swe niezadowolenie wyrażają także przyszli „uzdrowiciele”. Raport Służby Bezpieczeństwa SS podsumowuje reakcje na ustawę w następujący sposób:
[…] powszechnie wita się fakt, że istnieje wreszcie możliwość bezwzględnego wytępienia licznych szarlatanów. Lekarze nie aprobują tworzenia stanowiska lekarza medycyny naturalnej. W kręgach uzdrowicieli można napotkać pogląd, że poprzez odcięcie dopływu młodych kadr zahamowane zostało dalsze rozpowszechnianie medycyny naturalnej.
Na obszarze byłej Austrii ustawa ta przynosi równocześnie zapewne niezamierzone otwarcie rynku dla uzdrowicieli: do tej pory w „Ostmark” każda działalność niezatwierdzonych urzędowo terapeutów była zakazana. Teraz nie tylko laicy mogą się tam rejestrować jako „uzdrowiciele”, lecz – jak obawiają się tamtejsi praktykujący lekarze – może się tam również osiedlać wielu dopuszczonych już do zawodu uzdrowicieli ze starej Rzeszy.
Przeszkody stojące przed znachorem laikiem, który chce zostać uznany za jednego z uzdrowicieli nowego typu, są stosunkowo niewielkie: w rozporządzeniu wykonawczym do ustawy określono, że wniosek o dopuszczenie do wykonywania zawodu uzdrowicie la nie jest związany z egzaminem zawodowym.
Wnioskodawca musi mieć jedynie co najmniej dwadzieścia pięć lat, niemieckie obywatelstwo i „nieżydowskie” pochodzenie, ukończoną przynajmniej szkołę powszechną, nie być karany za przestępstwa określonego rodzaju oraz nie wykazywać poważnych ułomności fizycznych ani umysłowych. Dopuszczenie do zawodu otrzymuje prawdopodobnie około dziesięciu tysięcy osób. Dzięki temu państwo uznaje ich pracę, a jeśli wyrażą taką prośbę, dyplomowani lekarze powinni je nawet wspierać.
Liczba „uzdrowicieli” jest w praktyce jeszcze wyższa, ponieważ nie wszyscy wykonują swą sztukę za honorarium – i dlatego mogą dalej bez przeszkód praktykować: nowa ustawa dotyczy bowiem tylko wszystkich „uzdrowicieli” działających zawodowo. Kto nie pobiera honorarium, nie jest nią objęty. Nie da się dokładnie ustalić, ilu Niemców w tym czasie rzeczywiście korzysta z pomocy naturopatów laików, jednak potencjał lecznictwa naturalnego szacuje się na pięć–sześć milionów sympatyków.
Tekst jest fragmentem książki Słońce świeci dla Hitlera, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont.
Fot. Plakat propagandowy NSDAP, Bibliothèque nationale de France
