Polskie dzieci w ZSRR. Opowieść o sierotach, repatriacji i dorosłym, który nie zawiódł

Polskie dzieci w ZSRR. Opowieść o sierotach, repatriacji i dorosłym, który nie zawiódł

Głód, tułaczka, śmierć bliskich i dzieciństwo skrócone do walki o kolejny dzień. Wśród takich doświadczeń polskie dzieci w ZSRR trafiały do placówek opiekuńczych, które dawały im pierwszą od dawna szansę na bezpieczeństwo. W historii Janiny Piwowarczyk jedną z takich obietnic stała się zwykła marynarka.

Fragment książki Bernadetty Darskiej Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku przypomina losy dzieci, które po wojennej deportacji, głodzie i rozłące z rodziną znalazły się w polskich domach dziecka na terenie Związku Radzieckiego. Jedną z takich placówek był Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu.

Autorka przywołuje wspomnienie Janiny Piwowarczyk, później Małeckiej, dla której spotkanie z Aleksandrem Lewinem, dyrektorem domu dziecka w Monetnej, stało się momentem przełomowym. Marynarka przekazana dziewczynce przez Lewina miała być gwarancją powrotu dorosłego po dzieci.


Polskie domy dziecka powstają na terenie całego Związku Radzieckiego. W książce Tadeusza Bugaja Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939–1952 zamieszczono mapkę przedstawiającą poszczególne placówki opiekuńcze.

Tekst jest fragmentem książki Bernadetty Darskiej Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku, która czeka na Ciebie tutaj:

Dotyczy ona co prawda tych instytucji, które zostały objęte procesem repa­triacyjnym w okresie od maja 1945 do sierpnia 1946, jednak dobrze obrazuje, w jak wielu miejscach znajdowali się młodzi Polacy. Najwięcej było ich na terenie Rosji, dużo w Kazachstanie i Uzbekistanie, mniej w Ukrainie, Białorusi, Kirgizji czy Litwie[1].

W wakacje 1944 roku powstaje Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu. Nie wszyscy podopieczni są sierotami, czasami ich rodzice znaj­dują się w odległych miejscach lub nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Zdarza się, że ojcowie poszli do wojska. Wiele osób ma za sobą szkołę przyspieszonego dojrzewania. Dzieci pracują ponad siły, głodują, patrzą na śmierć bliskich. Tracą nadzieję na lepsze jutro. Zanim trafią do placówki opiekuńczej, często tułają się, śpiąc byle gdzie i ciesząc się, że udało się przeżyć kolejny dzień.

[…]

Marynarka

Janina Małecka, z domu Piwowarczyk, wspomina o swoim podekscytowaniu związanym z pojawieniem się dyrektora polskiego domu dziecka z Monetnej. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to jedno z ważniejszych wydarzeń w bio­grafii kobiety. Mimo upływu czasu nie ulegnie zapomnieniu ani rozmyciu. Wręcz przeciwnie, okaże się jednym z najbar­dziej wyrazistych wspomnień. Historia ta jako istotny moment zwrotny będzie nieraz powracała w rozmowach i prawdopo­dobnie również często w myślach. Oto dzięki temu spotkaniu życie pozostawionych samym sobie i doświadczonych przez los dzieci nabiera sensu i zyskuje znaczącą zmianę jakościo­wą: wreszcie można myśleć o przyszłości.

Małecka opowiada Joannie Wańkowskiej-Sobiesiak o swo­im wcześniejszym rozczarowaniu związanym z pozostaniem na terenie Związku Radzieckiego. Trudne przeżycia z powo­du obecnych wokół cierpienia, smutku i śmierci nie dawały właściwie żadnej nadziei.

W przywoływanych przez kobietę obrazach pojawiają się umierający ludzie: „W każdej ro­dzinie było po troje, czworo dzieci. Ale była rodzina, nazy­wali się Czajki, w której było dziesięcioro dzieci: ośmioro z nich umarło i rodzice też. Został Franek i malutka Kasia, która nie miała jeszcze wtedy trzech lat. Jeszcze nie chodziła, bo miała bardzo zaawansowaną krzywicę. Oni z nami potem trafili do polskiego domu dziecka. Ludzie umierali zwłaszcza na wiosnę i to tylu, że z sześciu baraków ludzi pozostały tyl­ko dwa, do których przenosili się ci, którzy jeszcze żyli. Wszyscy puchli, ciało robiło się nalane wodą”[2].

Śmierć nie omija również matki Janiny Piwowarczyk. Głód jest wyjątko­wo okrutny, nie zna litości i każdego może wybrać na swoją ofiarę. Kobieta wspomina: „Mama zmarła, mając trzydzieści sześć lat. Była ładną kobietą, a pod koniec życia został z niej szkielet: uda grubości ręki. Jedliśmy korę, a na wiosnę wy­kopywaliśmy ziemniaki zgniłe w polu, mama gotowała z nich tak zwaną pochlopkę”[3]. Janina zostaje tylko z bratem. Przez ponad pół roku – od końca 1943 do wakacji 1944 – ich życie naznaczone było przypadkowością: „Nie mieliśmy co ze sobą zrobić, nikt się nami nie zajmował. Chodziliśmy do ludzi, że­by przenocować”[4].

Informacja o planowanym wyjeździe do Polski, która do­ciera do Piwowarczyków, zostaje przyjęta z niedowierzaniem, radością i nadzieją. Dzieci idą dwadzieścia kilometrów na sta­cję. Janina troszczy się o młodszego brata. Po drodze musi po­zbyć się tego, co ze sobą zabrała – koca, poduszki, ubrań, bo nie daje rady nieść bagażu.

Zachowuje to, co może być środ­kiem płatniczym: „Zatrzymałam tylko woreczek z sucharami, które mama nasuszyła na czarną godzinę. Brat już nie mógł iść. Napotkanej Rosjance zaproponowałam te sucharki za do­niesienie brata do stacji. Wzięła sucharki oraz brata na ręce i zaniosła na stację. Bałam się, że pociąg odjedzie, ale na sta­cji wszyscy jeszcze siedzieli. Brat miał pozdzierane nogi, to owinęłam mu je szmatkami i kupiłam trochę mleka za parę groszy, które mama zawiesiła mi w węzełki na szyi. Zabrano nas do wagonu”[5].

Zwraca uwagę troska siostry o młodszego brata oraz umiejętność planowania. Trudno również nie za­uważyć wpływu matki na los dziewczynki. Choć gdy zdarza się opisana sytuacja, kobieta już nie żyje, to jednak właśnie jej wcześniejsza zapobiegliwość pozwala Janinie na wykonanie pewnych działań ułatwiających przetrwanie i osiągnięcie celu.

Przybycie do Swierdłowska nie kończy problemów Piwowarczyków. Okazuje się, że i oni, i wspomniane wyżej ro­dzeństwo, Franek i Kasia, doświadczają okrucieństwa ze strony rodaków. Polacy wyrzucają dzieci z pociągu: „Wyrzucili nas, bo nie miał kto się nami opiekować. Krzyczałam, że­by nas zabrali, bo mam babcię w Polsce. Ale nic to nie po­mogło. Oddali nas do pogotowia opiekuńczego w Swierdłowsku. Tam byliśmy dosyć długo”[6]. Ich sytuacja się zmieni, kiedy przypadkowy przechodzień usłyszy, że mówią po pol­sku. Obiecuje poinformować o nich dyrekcję polskiego domu dziecka, który powstał w Monetnej.

Kilka dni później Janina Piwowarczyk poznaje Aleksandra Lewina. Nie wie jeszcze, że człowiek ten znacząco wpłynie na jej życie i że to, co właśnie się dzieje, będzie wspominała kilkadziesiąt lat później z dużym wzruszeniem.

Można się domyślić, że emocje dziewczynki zmieniają się z chwili na chwilę – od obezwładniającego szczęścia, po brak wiary w to, że los może być łaskawy. Janina jest zdeterminowana. Nie może dopuścić do tego, by Lewin tak po prostu odjechał. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie się stanie. Dzieci nie mogą od razu przeprowadzić się do placówki w Monetnej.

Trzeba przygotować odpowiednie dokumenty. Lewin okazu­je się wyrozumiałym i empatycznym przyszłym opiekunem. Rozumie, skąd brak wiary w obietnice u Janiny i pozostałych dzieci. Już raz je oszukano. Dyrektor domu dziecka wpada na oryginalny pomysł. Zdejmuje marynarkę i kładzie ją na plecach dziewczynki. Ma to być gwarancja powrotu i ponownego spotkania. Trwa jesień, więc ciepłe okrycie wierzchnie jest potrzebne.

Janina Piwowarczyk wspomina: „Tej jego ma­rynarki nie zdjęłam z siebie i pilnowałam jak oka w głowie. Bo ta marynarka to była rzecz, która pozwalała mi wierzyć, że nas zabiorą i pojedziemy do Polski”[7]. Kobieta traktuje mary­narkę Lewina jak materialne potwierdzenie tego, co dopiero ma się wydarzyć. Przeniesienie do Monetnej ma być bowiem dla dzieci pierwszym istotnym krokiem do upragnionego ce­lu, czyli powrotu do Polski.

Janina opowiada: „W kilka dni później wychowawczyni, pani Zofia Zelenay, przyjechała po nas. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w domu dziecka, wycho­wawczyni zaprowadziła nas do kancelarii dyrektora. Dyrektor serdecznie nas przyjął, mile uśmiechnął się i zapytał: «Czy masz moją marynarkę?» Powiedziałam: «tak»”[8].

Marynarka, ktoś powie, to tylko rzecz. A jednak właśnie ta rzecz – dosłownie i symbolicznie – okazuje się zalążkiem zbu­dowanej na całe życie więzi. Waleczna i zarazem zrozpaczo­na dziewczynka zostaje potraktowana przez dorosłego po partnersku. Jej nieufności i strachu, będących także wyrazem odczuć pozostałych dzieci, nie zbagatelizowano.

Lewin wyka­zuje zrozumienie dla emocji młodego człowieka. Nie wyko­rzystuje swojej zawodowej pozycji. Nie próbuje więc wywie­rać wpływu poprzez odwołanie do hierarchii i relacji wychowawca–podopieczny. Stawia na porozumienie oparte na uzna­niu i akceptacji uczuć dziecka. Przekazując marynarkę, sym­bolicznie sugeruje, że już niebawem dzieci będą mogły się czuć bezpiecznie, a ktoś dorosły zdejmie z ich ramion brzemię przyspieszonego dojrzewania. Rzecz zamienia się więc w zmaterializowaną obietnicę opieki i lepszej przyszłości.


[1] Zob. T. Bugaj, Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939–1952,Karkonoskie Towarzystwo Naukowe, Jelenia Góra 1982.

[2] J. Wańkowska-Sobiesiak, W sobie mam smutek. Rozmowa z Janiną Małecką,w: Taż, Same cudze dzieci,Olsztyńskie Stowarzyszenie Mniejszości Niemieckiej, Olsztyn 2017, s. 162.

[3] Tamże.

[4] Tamże.

[5] Tamże, s. 164.

[6] Tamże.

[7] Tamże.

[8] J. Piwowarczyk (Małecka), Żyliśmy życiem pełnym polskości…,w: A. Lewin, Dom na Uralu, dz. cyt., s. 176.


Tekst jest fragmentem książki Bernadetty Darskiej Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku i powstał we współpracy z Wydawnictwem Iskry.

Fot. Polscy uchodźcy w Teheranie

Comments are closed.