Wilkołak, który przed sądem mówi o walce z diabłem, brzmi jak gotowy materiał na ludową grozę. A jednak historia wilkołaków z Liwonii prowadzi nie do taniej sensacji, lecz do archiwów, kolonizacji, dawnych wierzeń i zimowego krajobrazu. Stary Teusz zostawił po sobie zeznania tak osobliwe, że trudno przejść obok nich obojętnie.
W swojej książce Adam Robiński pokazuje, jak jedna sądowa historia potrafi rozsadzić prostą opowieść o zabobonie. W aktach procesu Starego Teusza spotykają się Liwonia, łotewski folklor, chrześcijańska przemoc symboliczna, pamięć o dawnych kultach i bardzo materialny krajobraz: Mālpils, Akenstaka, stawy, śnieg, cisza, droga prowadząca ku miejscu, gdzie według zeznań miały otwierać się wrota piekieł!
Zeznania Teusza wydobył z archiwów sądu w Tartu Her mann von Bruiningk, zaangażowany łotewski historyk, który za ich pomocą próbował obalić stereotyp Liwonii jako ojczyzny wilkołaków. Skrupulatna kwerenda źródeł państwowych i kościelnych pozwoliła mu postawić tezę, że brakuje jakichkolwiek śladów występowania lykantropijnych przesądów przed XVI wiekiem, a więc przed okresem, gdy o liwońskich wilkołakach pisali Olaus Magnus i jemu współcześni.
Tekst jest fragmentem książki Faronauci, która czeka na Ciebie tutaj:
Idąc tym tropem, w opowieści Teusza można usłyszeć echa przedchrześcijańskich wierzeń związanych z kultem bóstw płodności i urodzaju. Schodząc do piekła, wilkołak depcze po piętach greckiej bogini Demeter, która próbuje wyrwać z objęć Hadesa swoją córkę Korę.
Bruce Lincoln, emerytowany historyk religii z Uniwersytetu Chicagowskiego, interpretuje to jeszcze inaczej. Jego zdaniem w wilkołactwo wrobili Łotyszów oprawcy, usprawiedliwiający w ten sposób chrześcijańską kolonizację krajów bałtyckich. W końcu przesądny, ciemny naród, który plecie bzdury o wiedźmach i zmiennokształtnych istotach, wymaga opieki. Najlepiej z rąk kogoś cywilizowanego i reprezentującego kulturowy porządek. W poddanym drzemie przecież zwierzęcy, niemal wilczy instynkt.
Z trzeciej strony, mając w pamięci Listopadowe po rzeczki, nie sposób nie dostrzec w Starym Teuszu jeszcze jednego wcielenia krata. Diabeł, z którym konfrontuje się wilkołak, ma przecież piwnicę i odźwiernych. Lincoln przywołuje zresztą starsze o pół wieku zeznania inne go oskarżonego o wilkołactwo. Pan piekieł pojawia się w nich osobiście, ubrany w „czarny, niemiecki strój”.
Wojując z wiedźmami, które kradną chłopom plony, Stary Teusz odgrywa więc zapisaną w ludowym micie rolę Laczplesisa – Niedźwiedziouchego. Bałtyckiego bohatera, obrońcy uciśnionych. Wilkołaku, ratuj!
Wymiar sprawiedliwości jak zwykle był ospały – Stary Teusz czekał na wyrok niemal półtora roku. Skazano go na karę chłosty i banicję. Publiczne wybatożenie miało dać przykład innym chłopom, że nie warto występować przeciwko woli boskiej i pańskiej.
Nie znamy jego dalszych losów. Nie wiemy, jak zniósł pobicie ani czy udało mu się przerzucić wilkołacze brzemię na innego, być może młodszego i żwawszego nieszczęśnika. Nie mamy też pojęcia, kiedy po raz ostatni odwiedził piekło ani co z niego wyniósł. Zostają nam tylko jego słowa: „Jestem ogarem pana, a diabeł nic na mnie nie ma. Czyniłem wyłącznie dobro”.
A jednak zeznania starego wilkołaka nie dawały mi spokoju. Wielopiętrowa opowieść domagała się wyrazistej puenty. Chciałem też po prostu nanieść ją na mapę.
Nazwy własne okazały się łatwe do odcyfrowania. Lemburg, o którym wspominał Teusz, to współczesne Mālpils nieopodal Siguldy. Wspomniany przez Teusza Klinkenberg okazał się Akenstaką, wsią położoną kilka kilometrów dalej na północny wschód. Od XIV wieku istniał tam dwór rodu Akerstafów, obdarowanych ziemią przez zakon krzyżacki.
Nazwisko to pojawiało się zresztą w za pisie z procesu wilkołaka – asesor Bengt Johann Akerstaf zastępował sędziego regionalnego, a Teusz wskazał go palcem jako właściciela majątku, na terenie którego trzy razy do roku otwierają się wrota piekieł.
Pięć lat później, po śmierci Akerstafa, wobec braku męskiego potomka dworek przeszedł w ręce innej niemieckiej rodziny. Oglą dałem jego współczesne zdjęcia z przekonaniem, że oto mam przed sobą klucz do tajemnicy wilkołaka. Gdzieś obok zbudowanego w połowie z kamienia, w połowie z cegły dworku miało się znajdować wejście do Czarnej Chaty, Diabelskiej Czeluści, piekieł.
Mniej szczęścia miałem z nazwą jeziora – toponim Puer Esser pojawiał się wyłącznie w wilkołaczym kontekście. Wywnioskowałem, że mokradło, o którym wspominał Teusz, z czasem przekształcono w kompleks stawów rybnych. Bez problemu znalazłem je na mapie i zdjęciach satelitarnych. Sprzyjał mi kalendarz – był 8 grudnia, kilka dni przed wigilią Świętej Łucji. Pozostało objechać Zatokę Ryską, dotrzeć do Akenstaki i nadstawić uszu. O tej porze piekło powinno już sposobić się do wielkiej bitwy.
Rozproszona zabudowa przypominała rodzynki w cieście. Tu dom, tam stodoła, wszystko wrzucone w miękki biszkopt zimy. Wczesne popołudnie w grudniu na tej szerokości geograficznej oznaczało, że wkrótce zrobi się ciemno. Wieczorne słońce zalało śnieg pomarańczową poświatą.
Zaparkowałem przy cmentarzu. Poboczem asfaltowej drogi dreptał chłopiec z tornistrem na plecach, spod wełnianej czapki z pomponem świdrowało mnie podejrzliwe spojrzenie. Obciążone okiścią świerki sypały puch za kołnierz kurtki, sosny pojękiwały na mrozie. Poszedłem bielutką drogą w stronę stawów.
W oddali majaczyły zaśnieżone dachy kilku domów, z kominów nie leciał dym. Towarzyszyło mi poczucie ogromnego osamotnienia, potęgowane jeszcze skrzypieniem śniegu pod butami. Droga minęła dwa małe stawy położone po jej obu stronach.
Skręciłem na ścieżkę wydeptaną przez jakiegoś wędkarza. Biegła po groblach oddzielających od siebie prostokątne zbiorniki. Drzewa rzucały długie cienie na zamarzniętą taflę pokrytą grubą warstwą puchu. Pomiędzy nimi widziałem własną rozciągniętą sylwetkę. Mozaika lisich i zajęczych tropów sugerowała, że w okolicy trwa pewne wzmożenie, nie potrafiłem jednak za nim nadążyć.
Wejście do piekła znajduje się nie na powierzchni, lecz pod ziemią, tłumaczył sądowi Stary Teusz. Chronione jest bramą, którą znaleźć potrafią jedynie wybrani.
Anglicy mają zgrabny termin: eeriness, czyli niesamowitość i dziwaczność w jednym. Mogą one zostać wy wołane przez nieobecność lub przeciwnie, być skutkiem obecności, tłumaczy krytyk literacki Mark Fisher w książce The Weird and the Eerie [Dziwne i dziwaczne].
Nie pokój budzi więc coś napotkanego w miejscu, które po winno być puste, albo pustka w przestrzeni, która zwykle tętni życiem. Kluczowe są tu oczekiwania oraz fakt, że na nasze doświadczenie wpływać może coś, czego po pro stu nie ma. Wiele wykwitów popkultury czerpie z ludowych wierzeń o istnieniu tak zwanych cienkich miejsc – takich, w których granica między światem materialnym a duchowym jest płynna i łatwo ją naruszyć. Miejsca te zazwyczaj niczym nie różnią się od otoczenia, a ich nie zwykłość wynika z tego, czego nie widać i nie słychać.
Spędziłem pół godziny, a może dłużej, kręcąc się po groblach. Jeśli Akenstaka była cienkim miejscem, łotewskim Twin Peaks, wyczucie tej granicy wymagało znacz nie więcej czasu i cierpliwości, niż miałem do dyspozycji. Posiłkowałem się więc niezawodną wyobraźnią, od dziecka karmioną wytworami kultury innej niż łotewska.
Pośród absolutnej ciszy, w złotej godzinie tego grudniowego dnia ujrzałem, jak w otoczeniu świerków pojawia się niespodziewanie czerwona kotara, za którą mogę zniknąć. A potem wejść do pozbawionego okien pokoju z zygzakowatą, czarno-białą posadzką, bo tak go kiedyś wymyślił David Lynch. W środku powitać mnie miał roztańczony karzeł wymawiający słowa wspak.
W jednej z najbardziej szalonych wizji Kivirähka z Listo padowych porzeczek do umęczonej wsi zbliża się zaraza. Ma postać białej kozy, która węszy po gospodarstwach, szukając potencjalnych ofiar. Na razie czai się za rzeką, ale wkrótce na pewno znajdzie sposób, aby się przez nią przeprawić. Przerażeni mieszkańcy chronią się w koś ciele. Ktoś radzi, by gromadnie zalec na podłodze świą tyni, „na krzyż jak gałęzie świerku na mrowisku”, a więc głowa przy nogach przy głowie przy nogach. Człowiek obok człowieka, jak kłody w składzie drewna. W tym czasie koza, udając piękną kobietę, uwodzi przypadkowego domokrążcę i na jego wozie przedostaje się przez bród. Gdy zagląda wreszcie do kościoła we wsi, konkluduje:
– Łby i nogi jedne na drugich, jak u świń w chlewie, to nie mogą być ludzie. Same zwierzęta. Nie mam tu dziś czego szukać.
Zobaczyłem ją niespodziewanie we wstecznym lusterku. Czarna, prostokątna źrenica patrzyła na mnie z mroku tylnej kanapy samochodu. Na karku czułem miarowe dyszenie niczym tykający zegar. Naraz zorientowałem się, że od jakiegoś czasu drapie mnie w gardle, a moja głowa zrobiła się niespodziewanie ciężka. Mimo grubej puchowej kurtki trząsłem się z zimna. Ogromnym wysiłkiem obserwowałem drogę, marząc tylko o tym, by znaleźć się w łóżku.
Dotoczyłem się do hotelu na przedmieściach Rygi. W oświetlonej jedną żarówką recepcji siedział młody Rosjanin. Odnalazł w komputerze moją rezerwację i dał klucz do pokoju.
Wziąłem gorący prysznic i w trzech warstwach ciuchów zaległem pod kołdrą. Obudziłem się przed południem, spocony i wciąż targany gorączką. Bez sił na błyskotliwą refleksję, że oto w kraju, w którym szukałem potworów, jak na ironię dopadł mnie ten, którego w tamtym czasie wszyscy baliśmy się najbardziej. Nie widzialny koronawirus, który jednym susem pokonał morza i oceany.
Tekst jest fragmentem książki Faronauci Adama Robińskiego, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne.
Fot. Niemiecki drzeworyt przedstawiający wilkołaka, 1722 rok. Wikimedia Commons
