Amerykański kontrwywiad w Salzburgu młody agent, nazistowski więzień i przesłuchanie, które pachnie końcem wojny

Amerykański kontrwywiad w Salzburgu: młody agent, nazistowski więzień i przesłuchanie, które pachnie końcem wojny

Młody sierżant dostaje pierwszą szansę, która może zrobić z niego agenta albo boleśnie pokazać mu własną naiwność. W sali przesłuchań czeka więzień, a amerykański kontrwywiad pracuje już w powojennym chaosie, gdzie plotki o Hitlerze, zbrodniarze wojenni i ambicje niedoświadczonych ludzi mieszają się z kawą, nerwami i grą pozorów. Frank Stone bardzo chce wyglądać jak ktoś, kto panuje nad sytuacją…

Siedziba Korpusu Kontrwywiadu Armii USA, Salzburg, 9 maja 1945, piątek

Sierżant Frank Stone w marcu skończył dwadzieścia sześć lat. Do Korpusu Kontrwywiadu trafił trochę przez przypadek. Miał smykałkę do języków, nauka niemieckiego przyszła mu łatwo, a w korpusie szukali akurat tłumacza. Do dziś codziennie dziękował losowi za ten przypadek. Nie żeby specjalnie przepadał za zbrodniarzami wojennymi, których te raz spotykał na co dzień, ale przynajmniej dni spędzał pod dachem, w czystym mundurze i z kubkiem gorącej kawy, a wszyscy mówili do niego „agencie Stone”. Czuł się niemal jak słynny Sidney Reilly, tylko że on, Frank, pracował dla tych dobrych. Początkowo samo bycie agentem mu wystarczało, nawet jeśli jego najtajniejszą dotąd misją było ustalenie, kto buchnął termos z kawą z pokoju oficerskiego, ale szybko, trochę z nudów, zaczął przyglądać się pracy prawdziwych speców. I właśnie w ten sposób odkrył swoje powołanie.

Stone nalał sobie kawy do lekko wyszczerbionego czerwonego kubka z nadrukowanym wizerunkiem mężczyzny w białym, zdobionym gwiazdkami cylindrze, wzywającego do zgłoszenia się do armii amerykańskiej. Siorbnął i spojrzał na siedzącego naprzeciwko młodszego kolegę.

– A ty? Wierzysz w to, że Hitler uciekł?

– Ja? – Chudzielec o bujnych blond lokach się zawahał. – Bo ja wiem. A miał inne wyjście?

Sierżant przejrzał się w oknie wychodzącym na zacienione podwórze. Obciągnął rękawy munduru, poprawił pasek i prze czesał palcami czarną czuprynę.

– I jak, kapralu? Szykujesz się na tę… jak ona… Corinę?

hłopak zarumienił się i potrząsnął głową.

– Ta Brigit, która była wczoraj na potańcówce, też niczego sobie – dodał Stone.

– Ej, ej! Od niej się odwal, tak? – Blondyn gwałtownie poderwał się z miejsca.

– Spokojnie, nie wiedziałem, że kręcą cię rude. – Frank po klepał kolegę po ramieniu i sięgnął po skórzaną torbę leżącą na metalowym stoliku. Odpiął paski i wsadził rękę do środka. – A wracając do tematu, ciała Adolfa niby nie znaleziono – dodał, szukając czegoś uparcie.

– Nie mówili, że je spalili? – Chudzielec podrapał się po głowie.

– Mówili! Pewnie, że mówili. Ale wierzysz im? Ile to my rzeczy mówimy. Taka robota. O, jest! Już się przestraszyłem, że gdzieś go zostawiłem. – Sierżant wydobył z teczki piórnik z jasnej skóry, a z niego metalowy, błyszczący długopis. Ścisnął go w dłoni i uśmiechnął się.

– Wow! Pokaż! – Kapral wyciągnął rękę. – To Biro? Oryginał?

– A jak! Zobacz na skuwce! – Frank rzucił koledze długopis, a ten zręcznie go chwycił.

–Skąd masz?

– Ojciec właśnie mi przysłał.

– Fajny! – Blondyn obrócił długopis w palcach i odłożył go na stół. – Nie wiedziałem, że paczki już przyszły. Zaraz pójdę sprawdzić. Matka obiecała mi przysłać jakieś lakierki.

– Białe z brązowymi czubkami?

– A jak! – Blondyn wypiął dumnie pierś.

Frank gwizdnął przeciągle.

– To muszę się spieszyć. Bo zaraz będziesz tu nimi czaro wał. – Wymierzył kompanowi kuksańca. – A tak serio, słyszałem, że stary ma być w jakimś zespole do zbadania, co tak naprawdę tam się stało.

– Czyli jednak coś jest na rzeczy… Ciekawe. – Blondyn przygryzł wargę. – Może zwiał?

Sierżant wyciągnął z teczki złotą odznakę Korpusu Kontr wywiadu z orłem i gruby notatnik z literami „CIC” wykaligrafowanymi czarną czcionką na każdej stronie.

– Jest taka opcja. Zakładam, że co jak co, ale bunkier Führera w Berlinie na pewno miał jakieś tajne wyjście, tunel, który po zwalał Hitlerowi uciec z niego przez nikogo nieniepokojonym.

– A potem co? – Kapral zakręcił długopisem po blacie.

Frank wzruszył ramionami.

– Samolot? Łódź podwodna? Miał czas, żeby wszystko dobrze zaplanować. A dokąd? Opcji jest masa. Szwecja, Dania, Portugalia… Ci przecież ogłosili po nim żałobę. Albo dalej: Argentyna. Mógł zwiać nawet do nas.

– Do nas? A kto by go przewiózł? – Chudzielec machnął ręką.

– Myślę, że chętnych by nie brakowało. Kilka sztabek złota, jakiś Rembrandt albo Leonardo da Vinci? Jeden numerek i jesteś ustawiony do końca życia.

– Nie wierzę, że to mówisz. – Blondyn założył ramiona na piersi i zmarszczył brwi.

– Wyrobisz się. – Frank usiadł i założył nogę na nogę.

Tekst jest fragmentem książki Strażnik Rafaela, która czeka na Ciebie tutaj:

– Wolę nie. A ten tutaj… – Kapral skinął na małe okienko umieszczone wysoko na ścianie, łączące ich pokój z kolejnym pomieszczeniem. – Ten za co do nas trafił?

– Jezu, młody! Za jajco! A jak myślisz? Kogo my tu przesłuchujemy? Kolegium kardynalskie?

– Nie no, tak generalnie to wiem za co… Ale bardziej konkretnie?

– Konkretnie? Konkretnie to za rozpieprzenie naszego świata. Gadałeś już z nim?

– No co ty. Stary by mi dał. Tylko zerknąłem. Byłem ciekawy, jak wygląda.

–I?

Blondyn rozłożył ręce i wydął dolną wargę. Zdawał się szukać właściwego słowa.

– Jakoś zupełnie inaczej go sobie wyobrażałem.

– Ale że co? Spodziewałeś się, że ma wielki ropiejący róg na środku czoła? – prychnął Frank.

– No nie. Ale ten drugi… Zresztą co ci będą gadał. Zaraz sam zobaczysz. A skoro już jesteś, będę leciał. – Kapral zgarnął ze stolika czapkę i zatknął ją pod pachę. – Do wieczora!

Gdy Frank został sam, dopił zimną już kawę. Rozpisał długopis na serwetce, schował go do piórnika, a potem wstał, zabrał swoje rzeczy i znów przejrzał się w oknie.

Nie, tak nie. Wyglądam jak uczniak, stwierdził. Teczka! Schowam wszystko do teczki. Z teczką będzie lepiej.

Jak zaplanował, tak zrobił. Ponownie stanął przed oknem i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Tak, teraz zdecydowanie lepiej!

U siebie, w New Jersey, Stone przez większość czasu snuł się bez celu, trochę pomagał ojcu przy naprawie samochodów, a trochę imprezował. W woju trafił pod skrzydła pułkownika Johna Amena. Okazało się, że to jakiś daleki krewny ciotki Mary, a do tego szycha, jakich mało. Studiował na Uniwersytecie Princeton i Harvardzie, a potem pracował w jakiejś znanej kancelarii na Manhattanie. I jako jeden z nielicznych nie przestawiał Franka z kąta w kąt.

To właśnie dzięki pułkownikowi dostał teraz szansę przeprowadzenia swojego pierwszego przesłuchania w życiu. Wprawdzie miał tylko dwie godziny, bo potem więźnia mieli zabrać do Centrum Przesłuchań Ósmej Armii w Augsburgu, gdzie czekał na niego właśnie pułkownik.

Dobre i to, pomyślał.

Starał się sobie przypomnieć wszystkie wskazówki, jakie usłyszał od mentora. Pewność siebie i przygotowanie były kluczowe. Do tego należało dołożyć stanowczość. To on miał tu rządzić. A młody wiek, postrzegany przez samego Franka jako słabość, według pułkownika był wielką zaletą. „Niech cię zlekceważą – mówił. – Niech zje ich pycha. A zanim się zorientują, będziesz ich miał na widelcu”.

Sztuczny uśmiech spełzł z twarzy sierżanta. Dłonie mu się pociły. Spojrzał w górę, na niewielkie okienko łączące po mieszczenie, w którym się znajdował, z salą przesłuchań. Nie wiele myśląc, odstawił teczkę na podłogę, przystawił do ściany mały stoliczek, z całych sił nacisnął dłońmi na stalową ramę, a upewniwszy się, że konstrukcja nie załamie się pod jego cię żarem, ostrożnie stanął na jego brzegach. Złapał równowagę i opierając się dłońmi o ścianę, wyprostował się, po czym zajrzał przez okienko.

Pokój przesłuchań był niewielki, zaadaptowany z sali natryskowej. Podłoga i wszystkie ściany wyłożono małymi białymi kafelkami. Na samym środku stał metalowy stół, którego nogi przymocowano do podłoża hakami. Do stołu dostawiono dwa krzesła. Jedno proste, metalowe, dla więźnia, przytwierdzone na stałe do terakoty i ustawione tak, żeby przesłuchiwany sie dział tyłem do wejścia. Drugie większe, drewniane, z miękkim siedziskiem i podłokietnikami – dla przesłuchującego. Wszystko to za radą pułkownika. Aresztowany od razu, jeszcze przed pojawieniem się agenta, miał znać hierarchię i wiedzieć, kto zarządza tą przestrzenią.

Rzeczywiście wygląda niepozornie, pomyślał Frank. Zaraz jednak w głowie zadźwięczały mu słowa mentora: „Niech to cię nie zmyli”.


Tekst jest fragmentem książki Strażnik Rafaela, Wydawnictwo Czarna Owca.

Fot. 20. Dywizja Pancerna Armii Stanów Zjednoczonych wchodzi do Salzburga, Austria, 3 maja 1945, United States National Archives

Comments are closed.