Republika Wenecka zignorowała umierającego dożę. Tak zaczęła się polityka wielkiej ekspansji

Republika Wenecka zignorowała umierającego dożę. Tak zaczęła się polityka wielkiej ekspansji

Umierający Tommaso Mocenigo zdążył jeszcze zostawić Wenecjanom polityczne ostrzeżenie. Widział bogactwo miasta, siłę floty, sprawność urzędników i rosnące ryzyko wojny. Republika Wenecka wybrała jednak Francesca Foscariego, człowieka, który przyszłość państwa widział w ekspansji na lądzie.

Wenecja lubiła porządek, procedury i gesty, które mówiły niemal tyle samo co uchwały. Wybór doży należał do decyzji ważących na handlu, dyplomacji, wojnie i relacjach z sąsiadami. Gdy po śmierci Tommasa Moceniga kolejnym dożą został Francesco Foscari, zmienił się również sposób ogłoszenia wyboru mieszkańcom miasta.

Wizyta przy czyimś łożu śmierci przestała być ważnym elementem życia społecznego. Z wielu powodów, również tych dotyczących zdrowia, bezpieczeństwa i postępów medycyny, to przedłużone rytualne pożegnanie, dające nieraz pole do dramatycznych wyznań, spóźnionej skruchy, wspaniałomyślnych gestów wybaczenia i pojednania, nie odgrywa już takiej roli jak niegdyś w życiu rodzinnym i społecznym. W średniowieczu jednak umierającym przyznawano tradycyjnie prawo do przeżycia chwili, w której – paradoksalnie – mogli doświadczyć niezwykłej władzy, gdy rozstawali się już z tym światem. Istnieją niezliczone świadectwa relacjonujące czyjeś ostatnie prośby, słowa i gesty, a także za chowanie ludzi zebranych wokół umierającego.

Czwartego kwietnia 1423 roku Tommaso Mocenigo, sześć dziesiąty piąty doża Wenecji, umierał w Pałacu Dożów. Przez dziewięć lat jego rządów Republika stale zdobywała posiadłości lądowe w Italii, przejmując kontrolę nad całym pasem ziem aż po alpejski region Cadore w północnowschodniej części Friuli, gdzie wieki wcześniej osiedlili się germańscy Longobardowie, nim ruszyli dalej w głąb Półwyspu Apenińskiego. Mocenigo, sprawując swój urząd, wykazał się sprytem, dalekowzrocznością i hojnością. Za inicjował odbudowę pałacu spalonego w pożarze w 1419 roku, płacąc za wszystko z własnej kieszeni.

Pilnował stanu państwowego skarbca i finansów Republiki, biorąc pod uwagę, że stała się ona teraz największym i najwięcej wytwarzającym imperium w basenie Morza Śródziemnego. Zdawał sobie zarazem sprawę z rosnącego zagrożenia ze strony imperium osmańskiego. Z niepokojem patrzył również na relacje Wenecji z najbliższymi sąsiadami – królem Zygmuntem z Węgier i księciem Filippem Marią Viscontim z Mediolanu. Zakusy tego pierwszego na Dalmację powstrzymał admirał Pietro Loredan, który już wcześniej zyskał sławę w bitwie z osmańskimi statkami pod Gallipoli. Co do Visconitiego, Mocenigo był przekonany, że łatwiej go kontrolować za pomocą umów handlowych i traktatów o wzajemnym bezpieczeństwie niż przez działania wojenne.

Tekst jest fragmentem książki Wenecja. Niezatapialna, która czeka na Ciebie tutaj:

Doża miał już osiemdziesiąt lat i wiek dawał mu się we znaki. Kiedy ambasador z Florencji chciał go wciągnąć w sojusz przeciw Mediolanowi, doża się na to nie zdecydował, chociaż był świadom, że książę Filippo zawsze gotów jest sprawdzać, jak daleko może się posunąć w związku z aktualnie łagodną polityką Wenecji. Gdy wczesną wiosną 1423 roku Mocenigo zległ na łożu śmierci, chciał jeszcze swoim doradcom powiedzieć dwie czy trzy rzeczy, nim umrze, a cornodogale i gronostajową szatę przejmie ktoś inny.

Tommasone – Wielki Tomasz – jak zwali go przyjaciele, nakazał weneckim patrycjuszom dbać o podtrzymanie prosperity w mieście, przypominając im, że dług narodowy z okresu wojen o Padwę, Vicenzę i Weronę został za jego rządów znacznie zmniejszony. Wyliczył też liczebność statków we flocie handlowej, uwzględniając stan załóg.

Bardzo szczegółowo omówił osiągnięcia Arsenału, zatrudniającego trzy tysiące cieśli i tyle samo szkutników, rozwodził się nad znakomitym weneckim przemysłem tekstylnym, opartym na pracy aż dwudziestu tysięcy robotników. „Jeśli dalej będziecie tak działać” – oświadczył Mocenigo słuchaczom – „całe złoto świata chrześcijańskiego będzie wasze (…). Jak ognia unikajcie tylko zabierania tego, co słusznie komu innemu przynależy, jak i prowadzenia niesprawiedliwych wojen, Bóg bowiem zawsze odwróci się od tych, którzy dopuszczają się podobnych występków”.

Wychwalał Wenecjan za „walkę z Turkami, która rozsławiła naszą odwagę i kunszt marynarski”. Wyróżnił ambasadorów i dyplomatów, jako że ich zdolności podziwiano w całej Europie, a także „doktorów dziedzin wszelakich, szczególnie zaś prawa, do których nawet obcokrajowcy zwracają się o opinię i poradę”.

Cała ta inwentaryzacja na łożu śmierci nie zaskakiwała, zważywszy na to, jak sumiennym człowiekiem był doża. A jednak wszyscy otaczający dożę Moceniga musieli rozumieć, że jest to tylko wstęp do znacznie ważniejszej kwestii, czyli złowieszczego ostrzeżenia: „Z wielką rozwagą musicie obrać mojego następcę, pamiętając, jak wiele dobrego i jak wiele złego może wyniknąć z waszego wyboru”.

Następnie wyliczył członków Wielkiej Rady, których osobiście rekomendował. Wymienił też jedno nazwisko jako przykład człowieka zupełnie bezwartościowego. Mocenigo określił go jako „chełpliwego fanfarona, płytkiego i głupkowatego, który w niejednym sił próbował, ale nigdzie za wiele nie zdziałał”. Jeśli tego człowieka obrano by dożą, Wenecja zostałaby wciągnięta w pasmo niekończących się wojen. „Oprócz złota i srebra utracicie również honor i reputację. Teraz jesteście panami kondotierów i ich żołnierzy, a skończycie jako ich niewolnicy”. Człowiekiem, który zdaniem doży miał doprowadzić Wenecję do upadku, był Francesco Foscari.

Rodzina Foscarich miała w Wenecji stosunkowo małe znaczenie. Jej członkowie zasiadali w Wielkiej Radzie, ale nie odgrywali czołowej roli w sprawach Republiki, póki w 1390 roku Nicoló Foscari nie został wybrany do Rady Dziesięciu. Jego syn Francesco wychowywał się w poczuciu, że wszystko mu się należy, i opływał w zbytki. Bardzo szybko został ambasadorem.

Wybrany na jednego z trzech przewodniczących Quarantii (Rady Czterdziestu), z łatwością wykorzystał tę funkcję jako krok do członkostwa w Radzie Dziesięciu i prestiżowego stanowiska prokuratora Bazyliki Świętego Marka. Jego zadaniem – wraz z dziewięcioma innymi urzędnikami – było zarządzanie bazyliką, zachowującą funkcję kaplicy pałacowej, a także nadzorowanie działań charytatywnych Republiki oraz pilnowanie, by prawidłowo wypełniano zapisy testamentowe w poszczególnych dzielnicach, zwanych sestieri. Karierze Francesca Foscariego z pewnością przysłużyło się to, że był człowiekiem hojnym, wręcz rozrzutnym, chętnie dzielącym się swoim majątkiem z uboższymi czy z członkami własnej warstwy społecznej, którzy znaleźli się w potrzebie.

Trzeba też przyznać, że był bardzo zręcznym parlamentarzystą; zdaniem doży Moceniga – aż nazbyt przekonującym. Zdolności retoryczne łączył z umiejętnym przywoływaniem faktów, z łatwością więc zdobywał poparcie senatu. Potrafił zawierać sojusze, choć oczywiście w trakcie kariery zyskał i paru wrogów. Żenił się korzystnie, najpierw z Marią Priuli, córką czołowego bankiera, a po jej śmierci – z równie bogatą Marią Nani, pochodzącą z rodziny niedawno wpisanej do Złotej Księgi.

Popularność pośród swojej warstwy społecznej zdobył jako zagorzały zwolennik budowania imperium, czym La Serenissima zajmowała się właśnie w regionie Veneto. Foscari nie zaliczał się do tych, którzy sądzili, że przyszłość Wenecji leży wyłącznie w sile jej floty i dominacji handlowej na morskich szlakach. Uważał, że nowe ziemie do podbijania i nowe rynki zbytu znajdują się we wschodniej Lombardii oraz w dorzeczu Padu, że to stamtąd Najjaśniejsza Republika powinna czerpać zyski. Umierający Tommaso Mocenigo faktycznie miał więc powody do niepokoju.

Zapewne wiedział, że senat może zrobić dokładnie to, co on sam by mu odradzał. Po jego śmierci 14 kwietnia 1423 roku, gdy tylko ciało złożono w grobie w Kościele Santi Giovan ni e Paolo – pod piękną nagrobną płytą kamienną, którą w stylu późnośredniowiecznym wykonał Andrea Bregno – kolejnym dożą wybrano Francesca Foscariego. Przy okazji zrezygnowano z tradycyjnej formułki, jaką wygłaszano zawsze przy przedstawianiu ludowi nowego władcy: „Oto wasz doża, o ile wam odpowiada”.

Wielki kanclerz senatu ponoć wcześniej zwrócił na to uwagę innym elektorom: „A co, jeśli wybór nie będzie odpowiadał mieszkańcom miasta?”. Odpowiedziano mu: „Powinniśmy zwyczaj nie poinformować ich, że wybrano nowego dożę”. W ten oto sposób przekształcono dotychczasowy protokół postępowania.

Nowy doża wenecki bezsprzecznie nie miał zamiaru stać się jedynie kosztownie ubranym figurantem. Sporo było do zrobienia, a czterdziestodziewięcioletni – czyli w kwiecie wieku – Francesco Foscari był człowiekiem czynu. By zaznaczyć nowe otwarcie, zorganizował mnóstwo wystawnych celebracji, które w tej czy innej formie trwały w mieście cały rok. Wizerunek publiczny był dla niego bardzo ważny, ale nowy doża – który miał się okazać najdłużej panującym weneckim dożą w historii – przede wszystkim skupił się na relacjach Republiki z innymi włoskimi państwami.

Interesowali go zarówno rywale, jak i potencjalni sojusznicy, zwłaszcza że nieraz bardzo łatwo było przejść z jednej pozycji na drugą. Na razie wciąż trwało ocieplenie stosunków z Filippem Marią Viscontim, choć ambasador Florencji nadal starał się wciągnąć Wenecję w sojusz przeciwko Mediolanowi. Dopiero wiosną i latem 1424 roku, kiedy wojska Viscontiego pokonały siły florenckie w Romanii i wydawało się, że są gotowe ruszyć dalej na północ na terytorium weneckie, doża Foscari uznał, że nadszedł czas, by wprowadzić w życie politykę ekspansyjną.

W tym momencie na pierwszym planie zjawia się klasyczna już postać kapryśnego kondotiera. Ryzyko związane z zatrudnianiem takich ludzi trzeba było zawsze niwelować, kusząc kondotiera pieniędzmi, zaszczytami i swobodą działania. Filippo Maria Visconti sobie z tym nie poradził w odniesieniu do swego głównego kondotiera, którym był Francesco Bussone, hrabia Carmagnola.

Ten ostatni tytuł był wywalczony, nie odziedziczony – kondotier pochodził z chłopskiej rodziny, żyjącej na wsi koło Turynu. Naj wcześniejsze lata spędził jako świniopas. W wieku dwu nastu lat postanowił zaciągnąć się jako żołnierz na służbę w armii mediolańskiej. Szybko zyskał szacunek i zaufanie dowodzących. Książę Filippo Maria doszedł do wniosku, że ten młody człowiek może być użyteczny dla panującej dynastii jako jej ramię zbrojne. Przy znał mu więc tytuł szlachecki, wzięty od nazwy jego rodzinnej wioski.

Wydał też za niego pochodzącą z rodu Viscontich Antonię. Aby dodatkowo podbić świeżo uzyskany wyższy status społeczny, nowo upieczony hrabia Carmagnola otrzymał również posiadłości w Lombardii i prawo zbudowania sobie pałacu. Dalej jednak książę Mediolanu nie planował się posuwać. Kiedy zaczął podejrzewać, że Carmagnola może żywić większe ambicje, doszedł do wniosku, że powinna zadowolić go funkcja gubernatora w Genui, wówczas znajdującej się w rękach Mediolanu.

W tym właśnie momencie charakter kondotiera zatriumfował nad takimi wartościami, jak honor i lojalność. Jako że wciąż czuł się nie dość doceniony, Carmagnola poprosił o audiencję u księcia, której mu odmówiono. Uznał zatem, że przyszedł czas, aby swoje usługi zaproponować komuś innemu, kto będzie wiedział, jak je należycie wynagrodzić. Wenecka Signoria wyglądała na pracodawcę idealnego.


Tekst jest fragmentem książki Wenecja. Niezatapialna, Jonathan Keates, Wydawnictwo Literackie.

Fot. Portret mężczyzny w czerwonym berecie, Vittore Carpaccio, ok. 1490–1495, Wikimedia Commons Archeodontosaurus

Comments are closed.