Andrzej Boszko-Rudnicki, Vakho. Czerwone wrota

Vakho. Czerwone wrota |Recenzja

Andrzej Boszko-Rudnicki, Vakho. Czerwone wrota

Niby mało się dzieje, ale wciąga. W swoich przygodach z beletrystyką historyczną przewędrowałem różne epoki i miejsca. Ale chyba dotychczas nie rzuciło mnie na dawne wschodnie kresy Polski w okresie wojny z bolszewikami. Jak tylko pojawiła się ta książka wiedziałem, że muszę się w to wgryźć i nie żałuję.

Marek Boszko Rudnicki jest dziennikarzem, kilkukrotnie nagradzanym, choć z wykształcenia jest informatykiem. Jak zostało napisane na skrzydełku okładki, jest pasjonatem historii, paleoastronautyki i gór. Wcześniej napisał kilka książek, m. in. Szpony Diabła, Remedium 111, Krwawy Bursztyn. Vakho. Czerwone wrota to druga część trylogii. Książka ukazała się nakładem Novae Res w 2023 r. Oprawa klejona, okładka miękka ze skrzydełkami. Stron ponad 630.

Głównym bohaterem jest Janek, którego poznajemy w tomie wcześniejszym, czyli Wilczym szczenięciu (od razu powiem, że warto zacząć od pierwszej części nie tylko, żeby zrozumieć powiązania rodzinne. W pierwszej części dowiadujemy się dokładnie kto jest kim i jak to się stało, że młody Janek został pułkownikiem i dowodził swoim Wilczym Pułkiem). Tom wcześniejszy kończy się przebiciem oddziału Janka do polskiego wojska przez linie bolszewickie w 1920 r. Janek z rąk Piłsudskiego dostał bardzo odpowiedzialne zadanie – musi zdobyć szyfry będące w posiadaniu jednego z oddziałów konarmii Budionnego. Akcja kończy się pod Warszawą w sierpniu 1920 r.

Bardzo mi się podoba, że autor osadził swoją opowieść w tym właśnie miejscu i czasie. Abstrahując od samej wojny z bolszewikami, którą obserwujemy raczej z dystansu, dawne Kresy są niezwykle skomplikowanym i złożonym pod wieloma względami regionem. Mieszają się tam religie, narodowości, etniczność, różna świadomość narodowa, polityka, języki i nie tylko. Dobrze to obrazuje oddział Janka, w którym znaleźć można Polaków, Ukraińców, Żydów, Tatarów. A maskotką jednostki jest najprawdziwsza wilczyca imieniem Saba.

Przez karty powieści przewija się mnóstwo postaci i w zależności od swojego pochodzenia mówią nieco innym językiem. Niektórzy mówią po ukraińsku i ich wypowiedzi pisane są alfabetem łacińskim, ale słowa i zwroty są ukraińskie i nie są tłumaczone. Osobiście mówię i czytam po ukraińsku, więc rozumiem co autor napisał, ale dla osób nieznających tego języka może być niekiedy potrzebny tłumacz. Niezbyt często, ale może się przydać.

Jak napisałem wyżej, pojawia się sporo ludzi i czasem można się zgubić kto jest kim. Może się przydać jakiś notatnik.

Właściwie całą wojnę z bolszewikami oglądamy z pewnego dystansu. Chcę przez to powiedzieć, że nie obserwujemy wielkich manewrów brygad czy dywizji. Nie czuć, że to wielka wojna, nie czuć jej skali i wagi. Najpierw mały oddział realizuje ważne zadania gdzieś na rubieżach państwa, potem walczy pod Radzyminem. W pełni zrozumiałe jest dla mnie, że zwykły żołnierz, a nawet dowódca oddziału nie zna pełnej skali i wielkości toczonej wojny. Tego się nie będę czepiał.

Za to muszę się czepić całkowitego pominięcia roli i osoby porucznika Kowalewskiego w zwycięstwie w tej wojnie. Szyfry bolszewickie nie zostały złamane, a przejęte przez Janka. Nie została też wspomniana rola Węgrów. Działania bolszewickie na arenie międzynarodowej i namawianie do sabotowania transportów z bronią i sprzętem zostały omówione, ale pomoc węgierska nie.

Nie ma grafik, ale to do przeżycia. Nie ma mapy, więc zupełnie nie wiadomo gdzie się akcja dzieje. Nie jest to jakiś szczególny problem, bo nie chodzi o to, żeby osadzić opowieść w jakimś konkretnym miejscu. Ma być na wschodzie i jest. Nie ma też komentarza ani przypisów. To zawsze zaliczam na minus.

Czyta się to bardzo sprawnie, choć relatywnie niewiele się dzieje. W żadnym razie nie można tej książki traktować jako podręcznika do historii i na jej podstawie formułować wnioski o wojnie z bolszewikami. Od tego są książki naukowe. Vakho jest beletrystyką i tego się trzymajmy.


Wydawnictwo Novae Res
Jakub Łukasiński

Comments are closed.