Wyobrażacie sobie, że waszej śmierci i egzekucji tysięcy ludzi towarzyszy wesoła, skoczna muzyka. I brawa oprawców, dla których to wszystko zdaje się być świetną zabawą? Czy wyobrażacie sobie, że muzyka, jeszcze nie tak dawno wam bliska, jest kolejną torturą, której celem jest oszustwo, oszczerstwo, i przede wszystkim – odebranie wam resztek człowieczeństwa?
Mogłoby się wydawać, że coś takiego to wytwór jakiegoś scenarzysty horrorów. A jednak… Taka historia wydarzyła się naprawdę. W latach 40. ubiegłego stulecia naziści wykorzystywali obozowe kapele do poniżania i odbierania nadziei setkom tysięcy Żydów, Polaków, Cyganów oraz innych nacji, które nie pasowały do ich „wspaniałego nowego świata” Adolfa H.
Trzeba było grać…
Książka Anne Sebbe pod wieloma względami szokuje. Sam pomysł zorganizowania orkiestry w obozach koncentracyjnych zakrawa na bodaj straszny i nieudany żart. A jednak – w Auschwitz-Birkenau, oraz w wielu innych obozach zagłady, takich „kapel” istniało wiele. Ich celem było – głównie – usprawnienie hitlerowskiej maszyny zagłady. Tak po prostu, tak zwyczajnie.
Z drugiej – taka orkiestra była często jedynym miejscem ratunku dla uwięzionych muzyków i muzyczek, którzy bez tego typu „pracy” nie mogliby przetrwać. I tu pojawia się kolejny paradoks – owi muzycy, choć przetrwali, czują/czuli gorycz, że muzyka, ich dusza, stała się częścią czegoś złego, czegoś, na co nie mieli wpływu. Po trzecie – muzyka wypływająca z piekła na ziemi, to coś, czego nie można zapomnieć. Nie można zrozumieć, ogarnąć, zaakceptować, wybaczyć…
W publikacji znajdziemy cały ogrom wspomnień kobiet, które były zmuszone do brania udziału w muzycznej oprawie przemysłu zagłady. Czuć w nich ból, nie zawsze stłumioną odrazę dla siebie, dla innych, dla tych, którzy ratując siebie, tracili resztki godności. Paleta wspomnień jest naprawdę ogromna. I szczerze – nie zawsze budująca. Ale nie jestem kimś, kto ośmieliłby się kogoś oceniać, tym bardziej potępiać. Po prostu taki był świat. Niestety.
Kobiety, które nie miały wyboru
W środku znajdziemy opisy, a raczej rekonstrukcje, losów blisko czterdziestu młodych kobiet, obozowych muzykantek. Jedne były amatorkami, które ledwo liznęły muzycznego fachu, ale nadarzyła się okazja wyrwania się z najgłębszych piekielnych czeluści obozu, więc skorzystały. Są też opisy muzyczek, mających już ugruntowaną pozycję w świecie (na przykład Alma Rosé). Były też kobiety, które znały się tylko na nutach. Wszystkie one, razem, choć nie bez problemów, stworzyły coś niezwykłego, coś, czego nie da się sklasyfikować, zamknąć w jakichś granicach.
Historia dziewczęcej orkiestry z Auschwitz to perypetie różnych kobiet, z różnych środowisk, nieraz ze sobą skonfliktowanych. Towarzyszyła im walka nie tylko o przetrwanie, ale i miłość czy człowieczeństwo. W ich losy wplotły się również spory narodowościowe, odmienność kulturowa, pochodzenie społeczne, głód, strach i towarzyszące im choroby i nieopisana przemoc.
Czytając tę książkę nie potrafiłem sobie uzmysłowić, jak te kobiety przetrwały. Jak wielki hart ducha musiały mieć, aby przeżyć w tym prawdziwym Hadesie. A przecież i warunki zewnętrzne – mróz, deszcz, wiatr, ale i popiół szczątków ludzkich, sypiący się zewsząd, utrudniały skupienie się na graniu. Trzeba pamiętać, że wystarczył jeden jedyny błąd, by stracić te kruchą przystań i stać się kolejną ofiarą nazistów. Aż ciarki przechodzą po plecach.
A grać trzeba było na apelach, wymarszach i powrotach, na „audiencjach” dla obozowych oprawców czy nazistowskich dostojników, odwiedzających tego typu obóz. Grano do pobudki, do snu, ale i do śmierci, bowiem ci, którzy zostali tutaj uwięzieni, dzieleni byli na tych, którym – czasowo – pozwalano żyć, i tych, na których od razu wydawano wyrok śmierci.
Czegoś takiego nie da się zbyć, zapomnieć, przejść nad tym, do porządku dziennego. W ten sposób, każdy dźwięk, każdy takt staje się zapisem partytury śmierci, zatracenia i wyrzutów sumienia. Bo nie było wyjścia, nie było możliwości odmówienia… To takie straszne.
Należy również uzmysłowić sobie fakt, iż dla tych dzielnych niewiast, nawet jeśli przeżyły, nawet wolność była formą opresji. Wszak nie były w stanie zapomnieć, wyzbyć się swych obozowych traum. Całe ich późniejsze życie naznaczone było udręką, pragnieniem ucieczki od cierpień, które dopiero na wolności zyskały szanse, aby ujawnić się w pełni
Muzyczna retrospekcja
Muszę się przyznać również do pewnego doświadczenia, które stało się moim udziałem. Zagłębiając się w losy kobiet opisywanych przez Anne Sebbę, czytałem o różnych muzykach, artystach czy utworach. Szczerze powiedziawszy, większość z nich w ogóle nie była mi znana, lub znana zaledwie powierzchownie. Jednak zaczęła mnie palić ciekawość i poświęciłem trochę czasu, by sobie wynotować konkretne pozycje, by móc je odsłuchać.
Jakie wrażenia? Powalające. Te, w większości przepiękne utwory, pełne wzniosłości, czasem patosu, gdy już znam ich „treść” wypełniły tę publikację nowymi znaczeniami. Wszystkie słowa obozowych muzyczek nabrały innego, zdecydowanie głębszego sensu. Wszystkie one zyskały większego dramatyzmu, a cała opisywana sytuacja wręcz wryła się w serce. Nie dziwi mnie więc fakt, jak ta muzyka mogła krzywdzić wszystkich tych, którzy musieli jej słuchać z przymusu. Nie dziwi mnie poczucie traumy tych, które musiały grać. I już nigdy te dźwięki nie będą miały dla mnie innego wydźwięku, jak ten, który był udziałem obozowiczów w Auschwitz.
W reportażu nie znajdziemy jednak tylko pokręconych losów samych muzyczek, ale i części z ich oprawców, jak choćby mrocznej Marii Mandl, której chora pasja do regulaminowego przestrzegania bodaj najmniejszych przejawów dezorganizacji życia obozowego, stała się udręką dla tysięcy kobiet, które miały nieszczęście spotkać ją na swojej drodze. A przecież, kobieta ta również była pełna pasji, niezaspokojonej miłości. Nawet ona, rzadko bo rzadko, potrafiła okazać człowieczeństwo osadzonym.
Czyżby Autorka sugerowała, że zło nigdy nie jest skończone? Albo że w najgłębszych ciemnościach zawsze czai się odrobina światła? Być może tylko doszukuje się niepotrzebnych wątków i znaczeń, ale chyba tak jest mi łatwej spojrzeć na te wszystkie historie.
Tę książkę trzeba czytać powoli, z pewną dozą wyciszenia. Nasze moralne oceny, wysnuwane na podstawie czasowej odległości, nic tu nie dadzą. Tylko zagłuszą to, co Autorka chciała nam przekazać. A tych znaczeń jest doprawdy sporo. Nie są one tożsame z naszą oceną, bo świat, tamten świat, miał inne wartości, takie, których nie można prosto uszeregować. Zresztą tamta prawda nie jest prosta, jednoznaczna, czarno-biała. Jeśli pozwolimy dojść do głosu własnemu oburzeniu, stracimy coś ważnego – odbierzemy głos tym, które przeżyły piekło, które z niego wyszły, które przez swoje opowieści, pragną nam coś przekazać.
Ja czytałem ją powoli, co rusz odkładając, zastanawiając się dlaczego akurat tak/ dlaczego akurat tam? Dlaczego one? Pytań pojawiało się bez liku. Ale pozwoliłem, by to muzyczki z Auschwitz opowiedziały swoje losy. Oddałem im głos, którego nie miały, musząc żyć i grać w nazistowskim obozie.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 416 stronach tekstu, z niewielką ilością fotografii. Muzyka, która towarzyszy tej książce, nadal brzmi w moich uszach. I nie mogę się od niej uwolnić. I już nigdy nie będę potrafił zapomnieć. W moim odczuciu, to jedna z obowiązkowych książek, które trzeba przeczytać, aby odkryć wieloznaczność znaczeń przypisywanych światom nazistowskich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. Bez tej publikacji, ich obraz jest niepełny, zdecydowanie bardziej ubogi. Gorąco polecam. Jednocześnie ostrzegam – to nie pozycja dla wrażliwych ludzi.
Znak Literanova
Ryszard Hałas