Taniec z Santa Muerte |Recenzja

Piotr Chomczyński, Taniec z Santa Muerte. Kobieca twarz narkobiznesu

Książka „Taniec z Santa Muerte” jest wstrząsająca. Autor kreśli bowiem trudny los mieszkańców latynoamerykańskich krajów, w których dominuje przemoc, korupcja i bezwzględność. Państwa nie mają niemal żadnej mocy sprawczej, aby poprawić los swych mieszkańców. Zresztą ich głos nie ma tutaj żadnego znaczenia – bo liczy się tylko pieniądz.

W tym i tak trudnym świecie, pełnym biedy i beznadziei, niepoślednią rolę odgrywają różnej maści przestępcy, najczęściej handlarze narkotykami. Choć zabrzmi to dziwnie, ale bardzo często to właśnie szefowie karteli czy mniejszych organizacji przestępczych, dbają o losy swych podwładnych. Organizują im pracę, dbają o rozwój lokalnych społeczności, a nawet zapewniają system opieki społecznej. Nic więc dziwnego, że dla tych, który żyją na marginesie, przestępczość ma zupełnie inne konotacje niż dla ludzi z Zachodu.

Czym jest Santa Muerte?

Najprościej rzecz ujmując można powiedzieć, że to personifikacja kostuchy, dosłownie „Święta Śmierć”. To postać „wynaleziona” w Meksyku, ale ostatnimi czasy zyskuje wyznawców również w innych regionach Ameryki Łacińskiej. Jej kult świetnie ma się również w Kanadzie, USA i Europie, gdzie istnieją większe skupiska ludności latynoamerykańskiej. W szerszym ujęciu jest ona traktowana jako opiekunka, uzdrowicielka i przewodniczka po świecie zmarłych. Jest takim połączeniem chrześcijaństwa z pogańskimi wierzeniami z Meksyku.

Kult Santa Muerte powstał jako odpowiedź na trudności bytowe w Meksyku, w tym – przemoc wynikłą z wojen pomiędzy kartelami i rządem. Jest odpowiedzią na poczucie beznadziei w skorumpowanym państwie. Zapewnia swym wyznawcom poczucie bezpieczeństwa, opieki. Santa Muerte opiekuje się niewinnymi, ale i przestępcami. Ma zapewniać powodzenie, zdrowie, ale i pomoc w chwilach krytycznych. Z tego też powodu, władze często niszczą kapliczki i miejsca jej kultu, uważając, że jest symbolem narkobiznesu. Dla ludzi wykluczonych jest ostatnia nadzieją, bo często wydaje się, że Bóg o nich zapomniał…

Ludzie ulicy

„Osoby, z którymi spędziłem sporo czasu, wspominały, że maja poczucie porzucenia przez państwo, które dodatkowo jest słabe i nie potrafi im pomóc. Nie mogą liczyć na polepszenie warunków życia. Na domiar złego są postrzegane przez ludzi spoza ich dzielnicy jako obywatele gorszej kategorii. Każdego dnia, gdy opuszczają swoje kąty, spotykają się z uprzedzeniami i podejrzliwością ze strony mieszkańców „lepszych” dzielnic, w których pracują. Tak silne przekonania, że są gorsi od innych, skutkują wielopokoleniowym dziedziczeniem biedy i słabego wykształcenia.

Nieufność w stosunku do policji i władz lokalnych oraz poczucie izolacji przekładają się na niewiarę w państwo i jego kompetencje. Ludzie odmawiają mu decydowania o tym, kto jest winny, a kto nie, kto łamie prawo, a kto jest praworządnym obywatelem. Co jakiś czas zarówno media, jak i samą społeczność obiega informacja, że aresztowane zostały niewinne osoby, a organy ścigania albo sfabrykowały dowody, albo je po prostu podrzuciły. Każda z osób, z którymi miałem kontakt, co najmniej raz bezpośrednio doświadczyła krzywdy od państwa. Mam tu na myśli akty bezprawia ze strony systemu sprawiedliwości, korupcję, w tym również opłacanie urzędników w ramach derecho de piso, by móc prowadzić interesy (także nielegalne) w dzielnicy. W konsekwencji ludzie, nie ufając policji i nie wierząc w sprawiedliwość, powątpiewają, czy ktoś, kto przebywa w więzieniu, jest faktycznie winny” (s. 88).

Kobiety narkobiznesu

Głównym wątkiem reportażu jest jednak kobieca twarz narkobiznesu. Jak się bowiem okazuje, w świecie latynoskich macho, kobiety odgrywają niepoślednią rolę. Bardzo często biorą udział w organizowaniu całego przemysłu, zajmują się „księgowością”, a coraz częściej i samą dystrybucją na ulicach. Choć musiałbym raczej uściślić – że częściej w przedsionkach własnych domów. Bo Autor sugeruje, iż wiele latynoamerykańskich rodzin z nizin społecznych, aby przetrwać musi dorabiać właśnie handlem narkotykami. Nie na dużą skalę – najczęściej tylko dla bliskich i znajomych… I tak naprawdę to wszystko dzieje się w ich domostwach.

Bardzo zaskoczyło mnie to, że mimo całego tego kultu macho, pozycja kobiety jest nieco inna niż zdają się sugerować filmy i serialowe ekranizacje. Jeśli wierzyć słowom Piotra Chomczyńskiego, tamtejsze kobiety bardzo często są obrotniejsze od mężczyzn. Dbają nie tylko o całą księgowość – co warto podkreślić – wszystkie informacje „zapisane” mają w głowie. To one pilnują dbania o rodzinny honor, organizują sieć dystrybucji. Jednocześnie zajmują się życiem rodzinnym, życiem dzielnicy, w niesamowity sposób łącząc rodzinną delikatność z dbaniem o interes. W końcu – to one często stają w obronie swych mężczyzn, gdy grozi im policyjne zatrzymanie, pobicie czy śmierć…

W ogóle wiele spraw w krajach omawianego regionu jest niezwykle skomplikowanych. Z jednej strony mamy narkobiznes, który niszczy życie. Ale z drugiej strony, daje wielu ludziom szansę nie tyle na dorobienie się, ale na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Gdyby nie narkotyki, wiele rodzin nie miałoby szans na przetrwanie.

Z jednej strony mamy dbanie o honor, ale z drugiej jest sporo miejsca na bezwzględną przemoc. Państwo i urzędnicy są skorumpowani, i niejednokrotnie dają w kość niewinnym. To świat, w którym nie chciałbym żyć. I współczuję tym, którzy nie mają wyboru. Jednocześnie rozumiem ich trudne wybory.

Po lekturze tej książki nie uważam już, że wszyscy handlarze narkotyków są cynicznymi bandziorami, którzy kierują się tylko osobistym dobrem. Teraz zdaje sobie sprawę, że cały ten problem nie jest czarno-biały, że to wszystko ma szersze dno.

Ciarki na ciele

Autor świetnie pisze. Potrafi stopniować napięcie do tego stopnia, że momentami serce podchodzi do gardła. Jego wywiady i perypetie wśród różnej maści przestępców są nie tylko zajmujące, ale i rzeczowe. Jest tu miejsce na nieco cynizmu, ale i sporej dawki poczucia humoru. Zresztą Chomczyński nie bawi się w ukrywanie własnego strachu, wątpliwości, a czasem i beznadziei.

Jego rozmowy ze świadkami i uczestnikami narkobiznesu są tak przekonujące, że miałem poczucie, iż sam uczestniczę w tych rozmowach. Widziałem wszystkie te kobiety krzątające się po domach, gdzie dzielono narkotyki na porcje. Widziałem twarze tych mężczyzn, którzy zajmowali się przemytem i handlem towarem. Czułem zapach przyrządzanych potraw i palonych jointów.

Wszystko zdaje się być dobrze skrojone. Autor bowiem nie tylko oprowadza polskiego czytelnika po świecie, którego najpewniej nigdy osobiście nie poznamy, ale i sprawia, że tamtejsi ludzie zyskują w naszych oczach uznanie.

Dlaczego? Bo walczą z opresyjnymi systemami. Z jednej strony z państwem, w którym sporą władzę mają skorumpowani politycy i amerykańska DEA. Z drugiej świat – międzynarodowych karteli, tworzących państwa w państwie, bardzo często nie liczące się z życiem tych, którzy znajdują się poza ich przestępczą organizacją. W tym niezwykle brutalnym świecie, muszą codziennie stawiać czoła różnym przeciwnościom, z których nie zawsze wychodzą z tarczą.

Po drugie – Autor kreśli obraz tamtejszych kobiet, tak odmienny od tego, co możemy zobaczyć w telewizji.

Po trzecie – nie ma tu miejsca na ubarwianie, na zbytni dramatyzm. Wszystko przedstawione jest rzeczowo, ale w przystępny sposób, który wciąga czytelnika od pierwszej strony.

Po czwarte – świat narkobiznesu zyskuje twarz, bo poznajemy konkretnych ludzi, konkretne osoby. Mamy możliwość zrozumienia, co sprawiło, że zajęli się tym biznesem. Nie zawsze był to ich samodzielny i dobrowolny wybór. Najczęściej nie mieli żadnego. Możemy ich zrozumieć, poznać (na tyle ile pozwala konwencja i kamuflaż przed dekonspiracją), dosłownie liznąć fragment świata w którym żyją. I jakkolwiek by o tych ludziach myśleć, w kategoriach moralnych, czuje się do nich szacunek – bo nie starają się przeżyć w świecie, który nie patyczkuje się z nikim.

Podsumowanie

„Taniec z Santa Muerte” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników krajów latynoskich czy świata przestępczego. To ciekawy i wciągający zapis ludzkiego życia, takiego, którego nie jesteśmy w stanie pojąć, bo wyrasta ponad wszystko to, co nas nauczono. To zapis losów ludzi, którzy niejednokrotnie nie mają innego wyboru i muszą balansować na cienkiej linii pomiędzy przetrwaniem, moralnością i prawem. Naprawdę świetna pozycja. Gorąco polecam.


Wydawnictwo Bukowy Las
Ocena 6/6
Ryszard Hałas

Comments are closed.