Władysława Piechocka trafiła do formowanego w Związku Radzieckim polskiego wojska po kilku latach spędzonych na zesłaniu w Kraju Krasnojarskim. Jako żołnierka Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater znalazła się później w otoczeniu Karola Świerczewskiego. W swoich wspomnieniach opowiadała o rozmowach z generałem, pracy w jego kwaterze i sytuacjach, które pozwalały zobaczyć „Waltera” poza oficjalnym wizerunkiem dowódcy.
Kilkugodzinne nagranie z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA. Pod koniec kobieta, która na pogrzebie generała szła za jego trumną z dala od żony i córek, mówi o pierwszym z nim spotkaniu, w punkcie mobilizacyjnym w Sumach (dziś w Ukrainie): „Świerczewski organizował wojsko polskie, spotykał się z ludźmi, przyjmował, rozmawiał i między innymi ja miałam okazję z nim rozmawiać w połowie marca 1944 roku”.
Po tym jak Stalin zgodził się na powołanie w Związku Radzieckim polskiego wojska, właśnie formuje się jego zalążek – 1 Dywizja Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki. By do niej wstąpić, przyjechała z Syberii. Generał pyta, jak jej na imię, jak się tutaj znalazła, skąd ją deportowano. I dalej: gdzie przebywają jej rodzice? Czy dzieci się tam uczą? Czy jest jakaś literatura?
Ona próbuje to wszystko streścić w kilku zdaniach. Władysława, zdrobniale Włada (tak będzie później do niej mówił), kresowa dziewczyna. Urodzona w Rohatyniu, w województwie stanisławowskim. Dziadek ze strony ojca, który przed pierwszą wojną przepracował kilka lat jako specjalista od szybów naftowych w Pensylwanii, ulokował przywieziony stamtąd kapitalik w ziemię na Podolu i został rolnikiem, jak przodkowie jej matki z okolic Przemyśla. Rohatyńskie gospodarstwo było spore, ziemia doskonała, buraki odstawiali do cukrowni wagonami.
W lutym 1940 roku do ich domu przyszli uzbrojeni Ukraińcy, w tym dwóch wojskowych, wycelowali broń w pierś ojca, wyjęli z kieszeni dokument: nie wolno mu przebywać dłużej na ziemi ukraińskiej, bo jest wrogiem Związku Radzieckiego. Wszyscy mają godzinę na opuszczenie domu. Jej matka była wtedy w ciąży z szóstym dzieckiem. Po wieloetapowej, męczącej drodze trafili do osady Ajachta w obwodzie uderejskim w Kraju Krasnojarskim, gdzie mieściła się kopalnia złota.
Ojciec pracował w kopalni Kandujak, Włada z siostrami i matką przy wyrębie tajgi, dopóki nie poszczęściło jej się z zatrudnieniem w żłobku. Mówi zatem, że dzieci jest w tej osadzie trochę, ale co mają czytać, skoro nie ma tam radia ani nawet światła, wieczorami siedzi się w ciemnościach. Przez te kilka lat nie widzieli słowa drukowanego, nie licząc książeczek do nabożeństwa pożyczonych od sąsiadów i kalendarza, według którego obliczali swoje święta.
„Dopiero w trakcie dłuższej, to znaczy kilkuminutowej rozmowy, powiedział: »No widzisz, bo ja jestem trzydzieści lat poza Polską, ale zachowałem język dlatego, że czytam, przede wszystkim czytam Sienkiewicza«” – relacjonuje słowa Świerczewskiego, nie ukrywając, że wywarły na niej wrażenie.
Podobno faktycznie czytał, piszą biografowie, chociaż uznawał tylko rosyjską klasykę. Nie Hemingwaya, z którym spotkał się kilkakrotnie, gdy w Hiszpanii dowodził XIV Międzynarodową Brygadą, i dla którego stał się pierwowzorem generała Golza, jednego z bohaterów Komu bije dzwon. Za to po polsku mówił świetnie, także warszawską gwarą. Rozmawiał w tym języku również z córkami, które z różnych okazji dostawały od niego w prezencie polskie książki z dedykacją. W wojsku na co dzień używał rosyjskiego, w razie potrzeby przechodząc na polszczyznę bez akcentu. Tak jak teraz, gdy pyta ją jeszcze, czy rodzice bardzo się cieszyli, że pojechała do polskiej armii. Odpowiada:
– Generale, ależ nikt nie wierzy, że Polska zniknęła.
Czy byłaby więc taka odważna, żeby pojechać i pokazać się im w polskim mundurze? Oczywiście wziąwszy sobie kogoś do tej wyprawy, nie sama.
Ona zgadza się natychmiast.
– Człowiek młody gotów jest jechać na koniec świata, by zobaczyć swoich.
– Skoro tak, wydam rozkaz i pojedziecie do Moskwy pierwszym samochodem ciężarowym. Dam wam pisemko, zgłosicie się do Związku Patriotów Polskich. Weźcie tylko tyle, co w plecaku. Powiedzcie, że powstaje polska armia, będzie Polska, i podajcie miejscowości, gdzie są Polacy. Bo jeśli nie, to ludzie na Syberii mogą nie dowiedzieć się o nas i tam zostać – mówi Świerczewski.
I już po rozmowie z generałem – i tyle go też w tym długim nagraniu.
W Sumach wiosną 1943 roku ona ma dziewiętnaście lat, on – czterdzieści siedem. Pseudonim „Walter” przybrał od ulubionego pistoletu Walther PP. U Hemingwaya jako Golz ma „dziwnie bladą twarz, której nigdy nie chwyta opalenizna, sokole oczy, duży nos, wąskie wargi i ogoloną głowę, poznaczoną zmarszczkami i bliznami”. Przy tym pierwszym spotkaniu ona widzi przed sobą starego, łysego potwora. Dziś dodalibyśmy też: „dziadersa”. Na widok młodych kobiet rozpływa się, zaczepia, robi się nad wyraz szarmancki, choć gdy sobie popije albo jest w kiepskim humorze, bywa przykry. Opowiada też rubaszne dowcipy, taki to styl, żołnierski. Próbkę humoru „Waltera” przywołuje Jerzy Pomianowski we wspomnieniu z 1944 roku, kiedy prowadzi do Świerczewskiego przybyłą do Moskwy grupę dąbrowszczaków, jego dawnych podwładnych:
Mieszkał w kamienicy na drugim piętrze. Zajęli całe schody od parteru. Zadzwoniłem do drzwi, otworzył mi człowiek z mydłem na twarzy, z żyletką – a nie brzytwą – w ręku i opuszczonymi szelkami. Panie generale – zameldowałem w pozycji wojskowej – przy jechali dąbrowszczacy z Afryki, chcieli do pana. A Świerczewski zamiast rzucić się na nich i witać, obrócił się w stronę mieszkania i krzyknął do swoich córek: „Dziewuchy, spuszczać majtki, moi chłopcy przyjechali”.
Przybocznym się podoba, że „równy chłop”, choć jest tutaj królem. A króla się podziwia i mu nie odmawia. Więc Włada też się go słucha. Bierze ze sobą do towarzystwa jeszcze koleżankę, a za obstawę – syna leśniczego, i ruszają we trójkę do Moskwy.
Ale to tylko skrót tej historii. Zaczęło się tak:
W Sielcach, sto siedemdziesiąt pięć kilometrów na południowy wschód od Moskwy, gdzie dotarła po wielu tygodniach jazdy z zesłania i przeprawie promem, przywitała ją brama, nad nią napis: „Witaj żołnierzu, wczorajszy tułaczu”. Piechocka była jedną z blisko siedmiuset kobiet, które zameldowały się tam na wiadomość o poborze. O wiele więcej niż przewidywało dowództwo, zakładając, że zasilą służby pomocnicze albo dołączą do męskich batalionów. Zapada spontaniczna decyzja o powołaniu osobnej jednostki: Samodzielnego Batalionu Kobiecego imienia Emilii Plater. W żołnierskim slangu: „babbat”, babski batalion albo „platerówki”. Wśród nich – Włada.
Z batalionu trafia do służby w kasynie oficerskim w Sumach. Tam zwraca jego uwagę – wiadomo, krasawica. Któregoś dnia chwali ją za piękne rozmieszczenie zastawy stołowej i pyta, kto ją tego nauczył. „Powiedziałam, że mama. »To dobrze, że cię tak matula nauczyła«”.
Zauważywszy niedbalstwo generalskiego kucharza, szef logi styki uznaje, że z jego obowiązkami lepiej poradzi sobie dziewczyna. Włada oponuje, słyszała już, że Świerczewski miewa zmienne humory, i nie chce mieć z nim do czynienia. Jednak rozkaz to rozkaz.
„Walter” przy tym kolejnym spotkaniu nie okazuje się potworem. Raczej starszym, zmęczonym mężczyzną. Wieczorem brakuje dla niego nawet herbaty. Powoli czyści buty, nie zwracając uwagi, co przygotowują mu na śniadanie. Kiedy nie ma kolacji, potulnie kładzie się spać i do późna czyta. Ona zerka, co to takiego: na krześle obok łóżka leżą tomy Czechowa i Lermontowa. Podporucznik Piechocka ma mgliste pojęcie o literaturze rosyjskiej, ale wie, że skoro została przydzielona do pomocy w kwaterze, musi zająć się generałem, choć ten ma już ordynansa i kobiecego jeńca – Niemkę. Generał polskiego wojska nie będzie więcej dojadać zimnych resztek z wczorajszej kolacji. Już ona się o to zatroszczy.
Według relacji przełożonego Świerczewskiego, generała Zygmunta Berlinga, „Walter” od kolacji, a nawet od śniadania, woli wódkę. Wychyla ją szklankami, w mig. „Takiej sztuki jeszcze nie widziałem – wspominał Berling. – Czułem się zażenowany. I prawdę powiedziawszy, nie byłem pewny czym. Czy tym, że nie miałem takiej wprawy jak on, czy tym, że on miał taką wprawę, jakiej nie miałem ja”.
Tekst jest fragmentem książki Dom warszawski, która czeka na Ciebie tutaj:
Może więc dlatego, a może z innych powodów – generał sprawia wrażenie, jakby teraz prawie Włady nie dostrzegał. Dziękuje tylko za szklankę herbaty i świeżą pościel. Jeśli w ogóle rozmawiają, to z rzadka i ogólnie, bardziej można to uznać za pouczenia pod jej adresem: należy pracować nad sobą, czytać klasykę polską i rosyjską. Nowa, komunistyczna Polska zapewni młodzieży w tym względzie właściwą edukację. Ona słucha z podziwem: taki mądry, doświadczony mężczyzna! Pozwala, żeby objaśniał jej świat, którego – poza rodzinnym Rohatyniem i Syberią – dotąd nie poznała.
Kiedy raz pojedzie z jego adiutantem na tańce, po powrocie „Walter” spyta, czy przypadkiem się w sobie nie zakochali. Ona mówi, że nie. Świerczewski:
–To dobrze.
Któregoś wieczoru wraca zmęczony, zastaje ją siedzącą w kwa terze między jego sypialnią a kuchnią. W białej bluzce wygląda bardzo świeżo, dziewczęco. Świerczewski nie może tej nocy zasnąć, targany wątpliwościami, bo jakże to staremu uwodzić młódkę? Tak przynajmniej opisuje to jego rosyjski biograf Emil Władymirowicz Kardin. Mało przekonujące, zwłaszcza że według wielu innych relacji generał – nawet jeśli miewał tego rodzaju skrupuły – dotąd raczej je ignorował. No ale teraz podobno naprawdę się zadurzył.
Następnego dnia zaczyna robić zamieszanie, podczas odprawy ogłasza, że ma już dość platerówek. Obrazowo dowodzi, czemu nie pasują do armii. Ktoś wtrąca: ale przecież niedawno sam podawał je za przykład dobrej służby i opowiadał anegdotę o tym, jak platerówka kazała mu położyć się na ziemi, bo zapomniał hasła.
– I co z tego?! – wścieka się Świerczewski.
Każe wyekspediować Piechocką do Kraju Krasnojarskiego, gdzie zostawiła bliskich. Niech opowie rodzinom polskich żołnierzy o życiu w armii. Żywe słowo, nawet z ust kobiety, będzie bar dziej przekonujące niż artykuły w gazetach. Po drodze poleca jej odwiedzić jego rodzinę w Moskwie, przekazać żonie pozdrowienia i paczkę, jakby tym gestem chciał definitywnie przekreślić widoki na romans. Po powrocie ona prosi, by odesłał ją do pułku – pisze o tym Kardin, który spotkał się i długo rozmawiał z Piechocką wiele lat później w Warszawie.
Tekst jest fragmentem książki Dom warszawski, Beata Chomątowska, Wydawnictwo Czarne.
Fot. Karol Świerczewski, 1946
