Wyspy Korzenne na krawędzi wojny. Jak Hiszpanie i Portugalczycy rozpoczęli walkę o Moluki

Przybycie Hiszpanów na Moluki zmieniło układ sił, który wcześniej pozwalał Portugalczykom rozwijać handel goździkami i gałką muszkatołową bez otwartego konfliktu z europejskim rywalem. Wyspy Korzenne stały się miejscem rywalizacji o wpływy, handel przyprawami oraz przynależność archipelagu do stref wyznaczonych przez Hiszpanię i Portugalię.

Pierwsi Portugalczycy, którzy dotarli do Wysp Korzennych, trzy mali się ściśle rozkazów swego króla, a te wyraźnie mówiły, że mają być pokojowo nastawieni do ich mieszkańców. Chociaż starali się opanować wiodący przez Ocean Indyjski szlak dostaw przyprawy, zdawali sobie sprawę, że teraz znaleźli się w świecie, nad którym władza centralna nie ma kontroli. Zwyciężył zdrowy rozsądek i wy zbyli się ambicji politycznych oraz militarnych.

Okręty królewskie odbywały regularne rejsy po gałkę muszkatołową i goździki, ale do puszczano również, chociaż nie bez tarć, statki prywatne. Kupcom i dowódcom okrętów wojennych nie wolno było atakować innych jednostek ani przeszkadzać ich załogom w zabieraniu ładunków przypraw bez względu na to, skąd przypływały i jaką wyznawały wiarę. Mieli uważnie studiować zwyczaje tubylczych kupców i iść za ich przykładem, włączać się do ich systemów handlowych i szanować miejscowe zwyczaje. Zapewne wyciągnęli wnioski z nauczki, którą otrzymali na Rzece Perłowej.

To ugodowe podejście mogłoby trwać bez końca, gdyby nie przybycie Victorii i Trinidadu. Wtargnięcie przez Pacyfik rywali z Hiszpanii zmieniło reguły gry. Uznanie przez Tidore zwierzchnictwa Karola V pogłębiło istniejące od dawna podziały między wyspami. Wskutek pojawienia się europejskiego konkurenta Portugalczycy musieli więcej płacić za przyprawy.

W latach dwudziestych XVI wieku Lizbona przyjęła więc nowe zasady postępowania: wysyłała na Moluki coraz więcej okrętów, ustanowiła tam swojego gubernatora, zbudowała fort na Ternate i – dążąc do zmonopolizowania handlu przyprawami – zburzyła miasto Tidore wraz ze znaj dującą się tam hiszpańską placówką handlową. Natomiast sułtan Tidore dostrzegł w Hiszpanach przeciwwagę dla Portugalczyków i zaostrzył rywalizację z Ternate. Każda z tych wysp miała teraz swojego europejskiego protektora.

Ta gra zaczęła się toczyć na dobre, gdy do miasta Zamafo na wyspie Gilolo przypłynęła Santa María. Tu Hiszpanie dzięki nieocenionym usługom swojego tłumacza, Gonzala de Vigo, dowiedzieli się, jak naprawdę wygląda sytuacja, i pojęli pewne zawiłości molu kańskiej polityki plemiennej. Okazało się, że Portugalczycy zniszczyli miasto Tidore, sułtan zmarł niedługo przed przybyciem Santa Maríi, a jego rodzina uciekła w gęste ostępy porastające zbocza wulkanu wznoszącego się w środku wyspy.

Nad cieśniną rozdzielającą rywalizujące ze sobą wyspy panował fort Ternate, a stacjonujący tam Portugalczycy mieli okręty, armaty i ludzi. Dla władcy Gilolo, wasala Tidore, przybycie Hiszpanów było darem losu. Mógł odnowić formalny sojusz, który Tidore zawarła z Kastylią w 1521 roku. Przybyszów powitano z otwartymi rękami, ale musieli postępować ostrożnie. Andrésowi de Urdaneta powiedziano, że „Gdy tylko [Portugalczycy – A.J.] się o nas dowiedzą, przypłynie i pojmie nas Dom Garcia Henriques, Kapitan przebywający obecnie w forcie”.

Nocą, po cichu, by uniknąć odkrycia przez Portugalczyków, wysłano na Tidore czółno z wiadomością o przybyciu Santa Maríi. Wróciło z zapewnieniem, że obecny sułtan, ośmioletni chłopiec pod kuratelą matki, ciepło ich powita. Tymczasem wygłodzeni żeglarze ucztowali na Gilolo: „przysłali nam dużo jedzenia i picia, dość, by wykarmić setkę ludzi”. Wyspy oferowały tropikalną obfitość: „świnie i kozy, i ryż, i kurczaki, orzechy kokosowe, banany i wiele innych owoców”.

Chociaż Hiszpanie starali się zachowywać dyskretnie, przybycia Santa Maríi nie dało się długo utrzymać w tajemnicy. 30 listopada, w dzień Świętego Andrzeja – pobożny Urdaneta zawsze pamiętał, żeby uwzględnić też kalendarz kościelny – przypłynął statek kurierski z listem do dowódcy Hiszpanów, Carquizana, od Garcii Henriquesa, jego portugalskiego odpowiednika. Przywiózł go główny zarządca Ternate, Francisco de Castro. Wymowa listu była jasna: Hiszpanie naruszyli własność Portugalii. „Wszystkie te wyspy znajdowały się w strefie należącej do króla Portugalii”. Henriques domagał się, by przybyli na Ternate, „gdzie [Carquizano] zostanie przyjęty z wielkimi honorami”.

Jeśli się do tego nie zastosuje, muszą opuścić wyspy i wrócić do Hiszpanii tą samą drogą, która przybyli.

Odpowiedź Carquizana była stanowcza: „Pisz sobie, ile chcesz, ale my przybywamy, nie odpływamy”. Poza tym zawierała automatyczne roszczenie wzajemne – Moluki znajdują się w strefie wpływów cesarza Karola V, która zresztą sięga jeszcze 400 lig poza nie. „Z którego to powodu domagał się, by [Henriques] odpłynął z rzeczonych wysp i nie zatrzymywał się, dopóki nie opuści uzgodnionej strefy wpływów Jego Wysokości”. Trzydzieści dwa lata po podziale świata między siebie przedstawiciele obu nacji powtarzali swoje gołosłowne twierdzenia z Badajoz. O tym, do kogo będą należały Moluki, mogło zdecydować jedynie ich zajęcie. Chodziło nie tylko o honor i terytoria, lecz także o marzenia o niebotycznych, 1000-procentowych zyskach z przypraw.

W niemal komicznym geście urażonej arystokratycznej dumy Carquizano celowo nie złożył podpisu pod listem ze swoją formalną odmową, ponieważ ten, który otrzymał, też nie był podpisany. To z kolei zostało poczytane przez Henriquesa, który w pośpiechu po prostu zapomniał się podpisać, za afront. Kilka dni później przypłynął z Ternate drugi posłaniec, urzędnik placówki handlowej Fernando de Baldaya, z tym samym żądaniem i otrzymał taką samą odpowiedź. Portugalczycy starali się wyprzeć swoich konkurentów bez rozlewu krwi.

23 grudnia Carquizano i jego ludzie wylądowali na bezludnej wyspie, by wziąć udział w mszy. Potem zastanowili się nad swoją sytuacją. Podróż na Moluki kosztowała ich wiele trudów i cierpień, ale teraz zostali przyparci do muru i byli sami wobec przeważającej siły. Jak powinni zareagować? Wywiązała się otwarta dyskusja. „Wszyscy razem i z osobna odpowiedzieli kapitanowi, że są gotowi służyć Jego Wysokości i zginąć w Jego służbie i że w żadnym wypadku nie powinniśmy zaniechać pływania na Moluki”.

Kolejni mówcy dodawali sobie i swym towarzyszom otuchy, utrzymując, że mają wiele armat i amunicji, są dobrze uzbrojeni i nie ustępu ją liczebnie przeciwnikom. „Na okręcie było nas stu pięciu, z czego ponad dziewięćdziesięciu żołnierzy, kanonierów i kuszników, i wszyscy [w co trochę trudno uwierzyć] byli tak twardzi i silni jak w dniu, kiedy odpływaliśmy z Hiszpanii”. Przede wszystkim wyrażali przekonanie, że odkrycie nowej drogi na Wyspy Korzenne było zadaniem powierzonym im przez Boga, powołując się przy tym na herb cesarza – stojące po bokach końca Morza Śródziemnego dwie kolumny opatrzone dewizą „Jeszcze dalej”.

A zatem Carquizano, „widząc w ich reakcjach bojowego ducha swych ludzi, wsiadł na okręt, podzielił załogę na gotowe do walki oddziały, kazał przy gotować i wyekwipować okręt we wszystko, co potrzebne, i wyru szyliśmy na wojnę”.

Na zerowej szerokości geograficznej, na przecinającej łańcuch rodzących goździki tropikalnych wysp linii równika, stanęły na przeciw siebie dwie miniaturowe armie kolonialne, by stoczyć za ciekłą, brudną wojnę. Wciągnęły w nią opowiadające się po jednej bądź po drugiej stronie, podzielone plemiennymi waśniami społeczności molukańskich wyspiarzy.

Tekst jest fragmentem książki Walka o przyprawy, która czeka na Ciebie tutaj:

Przeciwników dzielił niewielki dystans – Ternate i Tidore, obie z dominującymi nad nimi, buchającymi dymem wulkanami, leżały po dwóch stronach cieśniny szerokiej na niespełna kilometr, ale obfitującej w zaskakujące prądy morskie i omiatanej zmiennymi wiatrami. I one, i rozproszone wokół nich inne, otoczone przezroczystymi wodami wyspy, z za toczkami i strumieniami przecinającymi ich porośnięte dżunglami wnętrza, stwarzały mnóstwo możliwości do przeprowadzania partyzanckich wypadów, zakładania zasadzek i przypuszczania ataków z zaskoczenia.

Była to wojna zarazem nowoczesna i prymityw na, z użyciem armat i prochu strzelniczego, którego obie strony zdawały się posiadać nieprzebrane zasoby, ale również broni molu kańskiej – drewnianych oszczepów z utwardzonymi w ogniu grotami i żelaznych narzędzi walki. Głównymi środkami transportu były lekkie, szybkie proa, łodzie z pływakami i żaglami, oraz będące ich odmianą, tradycyjnie używane na Molukach do najazdów i przewożenia jeńców kora-kora, jednostki wojenne, których osada mogła liczyć nawet stu wioślarzy.

Urdaneta nie posiadał się ze zdumienia, gdy po raz pierwszy ujrzał jedno z wojennych proa króla Tidore, precyzyjnie zbudowane bez użycia gwoździ, z dużą wioślarską załogą i platformą mieszczącą pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu wojowników. Trzysta lat później brytyjski przyrodnik Alfred Russel Wallace tak samo zachwycał się umiejętnościami budowniczych tych łodzi, którzy za pomocą prostych narzędzi, bez gwoździ i innych żelaznych elementów, tworzyli cudowne łodzie, „tak dobrze wykonane, że najlepsi europejscy szkutnicy nie potrafią zrobić solidniejszych i lepiej dopasowanych połączeń”.

Mimo pozornej przewagi pozycja Portugalczyków nie była tak mocna, jak się wydawało. Równie nietrwała okazała się solidarność Hiszpanów okazywana przez nich podczas narady po mszy. W ich obozie panowały strach i niepewność. Carquizano niebawem do wiedział się o próbie wzniecenia buntu podjętej przez okrętowego rachmistrza Francisca de Soto. Jego decyzję o ścięciu wichrzyciela powstrzymały składane przez wielu członków załogi prośby o ułaskawienie skazańca.


Tekst jest fragmentem książki Walka o przyprawy, Roger Crowley, Wydawnictwo Rebis.

Comments are closed.