Ksiądz prof. Andrzej Zwoliński, Maryja. Ilustrowana biografia Najświętszej Maryi Panny
Odkąd sięgam pamięcią, lubiłem czytać książki związane z religią – od teologii, przez Dzieje Apostolskie, na żywotach świętych kończąc. Choć w przypadku tych drugich, szybko zdałem sobie sprawę, że są to często zmyślenia, powtórzenia pewnych wątków o charakterze mitologicznym. Przynajmniej dla najwcześniejszych świętych.
Jednak ukochałem sobie książki o Jezusie i Maryi, tych dwóch niezwykłych postaciach, które w swej prostocie, tak trudnej do naśladowania, stworzyli wzorzec, któremu nigdy nie byłem i pewnie nie będę mógł sprostać.
Niemniej, z tych właśnie powodów, w świetle nowych odkryć teologicznych, archeologicznych, literackich czy historycznych, nadal chętnie sięgam po tego typu literaturę. I z nieukrywanym wyczekiwaniem chciałem przeczytać książkę „Maryja Ilustrowana biografia NMP”.
Ale do rzeczy
Publikacja Andrzeja Zwolińskiego zainteresowała mnie swoją szatą graficzną. Byłem niezmiernie ciekaw, jakie obrazy i przedstawienia Marii Panny będę mógł zobaczyć. I pod tym względem wcale się nie zawiodłem. Obrazy i wizerunki bohaterki publikacji są przepiękne. Większości z nich nigdy nie widziałem. Co więcej, przedstawienia takie znajdują się średnio na co trzeciej stronie, co niezmiernie ubogaca tekst. Ma się wrażenie, że dotknęło się nie tylko wyższej kultury materialnej, ale i duchowej. Tym bardziej, że niektóre z nich zdają się wyglądać jako żywe.
Niestety, tekst, mocno uproszczony, poprzeplatany jest wieloma błędami merytorycznymi. I moim zdaniem – niepotrzebnymi wtrąceniami objawień mistyków, które są niezrozumiałe, gdyż w wielu fragmentach stoją w opozycji z nauką Kościoła.
Tak samo jestem ogromnie zdziwiony, iż Autor powołuje się w tylu fragmentach na apokryfy, czyli na teksty nieuznawane za kanoniczne. Dosłownie przelewają się relacje z apokryfów, co w związku z omawianym tematem, jest doprawdy dziwne. Rozumiem, gdyby były to osobne teksty, sugerujące inną tradycję, ale powoływanie się na tego typu teksty nieco mija się z celem. To w końcu czytam o Maryi z Nowego Testamentu, czy z tradycji nieuznawanych przez mój Kościół? mnie nie interesują wczesnochrześcijańskie legendy i mity gnostyczne, tylko prawda o rodzicielce Jezusa.
Podobne zastrzeżenia mam co do kwestii literackiej. Tekst pisany jest bardzo prostym językiem, co zdecydowanie sugeruje, iż jego odbiorcą ma być młodzież. I to młodzież, która nie bardzo wykazuje chęci, aby poszukać jakichkolwiek informacji. Dla mnie, jest to trudna lektura, pod wieloma względami nudna. Intelektualnie ogromnie się nudziłem, i czuję się zawiedziony, że nie zostałem potraktowany poważnie. A przecież uwielbiam czytać o Kościele, i świętych, o Jezusie i Maryi, tych moich bohaterach, których prostota jest tak niezrozumiała, głęboka i wręcz nieziemska.
Błędy, błędy i…
W książce znalazłem wiele nieścisłości i uproszczeń. Pozwolę sobie kilka z nich przytoczyć. Pierwszy, który znalazłem znajduje się na stronach 17 i 18: „Cała Palestyna dostała się w ręce Rzymu podczas podbojów Aleksandra Wielkiego (332-323 przed n. Chr.). Zwycięski Macedończyk okazywał życzliwość małej prowincji żydowskiej, usadowionej w Judei, wokół stolicy – Jerozolimy”. Jest to dla mnie niezrozumiałe. Dlaczego Rzymianie, dopiero budujący swoją potęgę, mieliby przejąć Palestynę z rąk Aleksandra Wielkiego, budującego swoje imperium? Czy pretendent do władzy nad światem miałby potrzebę dzielenia się swymi zdobyczami z kimkolwiek? A tym bardziej z Rzymem, którego planował podbić? Dlaczego nikt nie sprawdził tak ewidentnego błędu myślowego?
I dalej: Kapłan Matatiasz z Modeny i jego czterech synów…” (s. 18). Kim był ów Matatiasz, wywodzący się z włoskiej Modeny? Wszak miejscowość ta jeszcze nie istniała pod tą nazwą, a do tego, cóż Żyd z dalekiej Italii miałby do powiedzenia w Palestynie? Autorowi chodzi zapewne o Modin (Modi’in), miasteczko, w którym żył ród Machabeuszy przed wybuchem powstania, a w którym Juda Machabeusz został pochowany po swej śmierci.
I kolejny lapsus ze strony 19: „Palestyna […], była pod panowaniem Imperium Rzymskiego – państwa powstałego w wyniku działania Rzymu (753 przed Chr.), w którym od 510 roku powstała – wraz z okolicznymi osadami – niezależna republika”. Naprawdę ciężko byłoby sądzić, że dane państwo zostało założone na przykład przez Chińczyków lub Marsjan. Tak samo, dlaczego pierwsza data jest określona przed narodzinami Chrystusa, a już druga – nie. W 510 roku cesarstwo rzymskie dawno już nie istniało.
Na stronie 35 znaleźć można takie oto stwierdzenie: „Mistyczka, błogosławiona Anna Katharina Emmerich (1774-1824), mistyczka i wizjonerka, z przekonaniem przekazuje, że przodkowie świętej Anny byli esseńczykami – pochodzili od kapłanów, którzy za czasów Mojżesza i Aarona nosili Arkę Przymierza”.
Jest to ewidentny błąd mistyczki, bowiem esseńczycy wyodrębnili się dopiero w połowie II wieku p.n.e., gdy Machabeusze wzniecili powstanie przeciwko Seleucydom. Choć geneza ruchu nie jest w pełni poznana, to można przypuszczać, że ruch esseńczyków, o silnym charakterze monastycznym, powstał jako forma oporu czy zawodu, gdy arcykapłanem wybrano Jonatana Machabeusza. Tak czy inaczej, powoływanie się na przesłanie mistyczki, które przeczy historii, nawet tej uznawanej przez Kościół, jest mocno wątpliwe.
Nie rozumiem również, dlaczego Autor powołuje się na mistyków, którzy opowiadali swoje wizje tysiące lat po narodzinach i zaśnięciu NMP? Jaki w tym sens, skoro zaprzeczają i historii, i oficjalnej linii Kościoła? I to pisał ksiądz profesor?
Wprawdzie później błędów merytorycznych jest nieco mniej, ale są. I nawet jeśli rozumiem koncepcję pewnych uproszczeń dla mało obeznanego czytelnika, to nie jestem tego zwolennikiem. Uważam, że ludzie powinni aspirować wyżej, wciąż i wciąż, a nie, że obniża się poziom, aby przystosować się do innych. Nie w przypadku wiedzy.
Na koniec
Podsumowując, czuję się ogromnie rozczarowany. Sam pomysł jest świetny, ale wykonanie – w moim odczuciu – pozostawia wiele do życzenia. Jako album, publikacja byłaby naprawdę świetna. Jednak jako źródło faktograficzne, już takie nie jest. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Publikacja liczy sobie 382 strony. Znajdziecie tutaj trzydzieści sześć rozdziałów – od historii Maryi jeszcze przed jej narodzinami, po jej wspólną drogę z Chrystusem, na historii kultu maryjnego kończąc. Książka miała ogromny potencjał, ale chyba nie został odpowiednio wykorzystany. Szkoda, naprawdę szkoda.
Wydawnictwo Fronda
Ocena recenzenta: 3/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Fronda. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.