Czy tożsamość zawsze jest wygodna

Czy tożsamość zawsze jest wygodna? Wywiad z Natalką Suszczyńską, rozmawia Małgorzata Iwańska-Kania

Tożsamość opisuje to, kim jesteśmy w sensie psychologicznym, społecznym i filozoficznym. Najważniejszym czynnikiem, który ją kształtuje jest nasza rodzina i wychowanie, które otrzymujemy od najmłodszych lat. Ale czy zawsze wartości przekazywane przez bliskich znajdują w nas zrozumienie?

Najnowsza książka Natalki Suszczyńskiej Wygoda, to opowieść o poszukiwaniu siebie i odkrywaniu świata. Tłem wydarzeń jest bieżeństwo – masowy exodus ludności z ziem Królestwa Polskiego i zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego w 1915 roku, podczas I wojny światowej. W jaki sposób wydarzenia sprzed ponad 100 lat mogą dzisiaj wpływać na nasze życie?

W rozmowie z Małgorzatą Iwańską-Kania pisarka opowiada o swoich inspiracjach literackich. Powieść jest nie tylko fikcją literacką. Odnajdziemy w niej elementy z życia autorki. Wygoda może być odbierana przez każdego nieco inaczej. W rozmowie Natalka Suszczyńska zdradza swój punkt widzenia na opisywane wydarzenia i procesy.

Natalka Suszczyńska jest pisarką, autorką dwóch zbiorów opowiadań, Dropie i Chipsy dla gości, a także zina literackiego Sny i Pokemony, również z opowiadaniami. Regularnie publikuje teksty i opowiadania w różnych miejscach. Niedawno napisała dramat, millenial mumblecore, który został wyróżniony pierwszą nagrodą w konkursie Strefy Kontaktu organizowanym przez Wrocławski Teatr Współczesny. W połowie listopada w wydawnictwie Artrage ukazała się jej powieść, czy może raczej mikropowieść, Wygoda. Inspirowana jest historią rodziny autorki, która pochodzi z Podlasia i należy do mniejszości białoruskiej. Natalka Suszczyńska pracuje obecnie nad retellingiem białowieskich baśni, których efekty pojawią się wkrótce.

Małgorzata Iwańska-Kania: Książka „Wygoda” powstała podczas rezydencji literackiej w Literarne informacne centrum w Bratysławie. Proszę powiedzieć kilka słów o tym projekcie i okolicznościach powstania „Wygody”.

Natalka Suszczyńska: W zasadzie pisałam Wygodę podczas dwóch rezydencji literackich. Najpierw były to trzy miesiące w Bratysławie w ramach Wyszehradzkich Rezydencji Literackich, a następnie, rok później, spędziłam miesiąc w czeskim Broumovie, dzięki Wrocławskiemu Domowi Literatury. Rezydencje literackie są nie do przecenienia – dają autorce okazję do skupienia się na swojej pracy twórczej w oderwaniu od codziennych obowiązków.

Przy okazji ma się możliwość pomieszkania przez chwilę w zupełnie innym miejscu i poznania innych pisarzy i pisarek, nie tylko z Polski. Organizator zapewnia mieszkanie lub pokój, w którym spokojnie można zająć się swoim projektem, a często również środki na codzienne wydatki.

W rezultacie otrzymujemy w zasadzie luksusową sytuację autorki czy autora – oczywiście biorąc poprawkę na to, że branża literatury jest niedofinansowana i z reguły niskopłatna, więc i ten tak zwany luksus jest trochę skromniejszy niż to, co powszechnie zwykło się za niego uważać. Ale książka nie powstawała wyłącznie na rezydencjach – pisałam ją także w domu, w Warszawie. Jednak muszę przyznać, że im dalej od miejsc opisywanych w Wygodzie się znajdowałam, tym prężniej mi szło.

Przejdźmy do Pani ostatniej książki. Skąd pomysł na poruszony w niej temat? Czy jest on związany z Pani doświadczeniami?

Książka jest w dużej mierze oparta na moich doświadczeniach i doświadczeniach mojej rodziny, historiach, których słuchałam latami i wątpliwościach, które towarzyszyły mi na różnych etapach życia. Myśl o tym, by opisać moją rodzinę, pojawiła mi się w głowie już mniej więcej dziesięć lat temu, kiedy jeszcze nie miałam na koncie żadnej książki. Wtedy jednak brakowało mi warsztatu, w związku z czym nie miałam pojęcia, jaki kształt powinna przyjąć taka opowieść. W międzyczasie zrozumiałam, że pisanie konwencjonalnego memuaru nie jest tym, co mnie interesuje i potrzebuję innych artystycznych środków do tego, by opowiedzieć tę historię.

Czy miejsce akcji jest Pani szczególnie bliskie?

Akcja rozgrywa się w dużej mierze na Podlasiu, często w Białymstoku i na Wygodzie, jednej z dzielnic tego miasta. Właśnie tam stał dom moich dziadków, a ja sama pochodzę z Białegostoku, więc siłą rzeczy często opisuję miejsca, które dobrze znam.

Kim, w Pani koncepcji, jest główna bohaterka-narratorka?

To osoba, która pochodzi z białoruskiej, prawosławnej rodziny mieszkającej na Podlasiu. Gdy idzie do szkoły, zauważa, że nie wszystkie rodziny wyglądają tak jak jej i zaczyna sobie zadawać liczne pytania – ile jest w niej z Polki, a ile z Białorusinki, czym to się objawia i jakie tradycje powinna kultywować, jakie rzeczy powinny ją interesować, żeby się wpisać w jakiś konkretny wzorzec, w który – jak sądzi – powinna się wpisywać.

Zależało mi na tym, by czytelnik mógł towarzyszyć jej w tym procesie, podejmowanym metodą prób i błędów, a w zasadzie częściej błędów. Na przykład w jednym z rozdziałów bohaterka, wówczas gimnazjalistka, zamierza zgłębić kwestię języka, dlatego też zapisuje się na lekcje języka rosyjskiego. Tymczasem poszukuje tożsamości białoruskiej, więc powinna się przecież zapisać na zupełnie inny kurs!

Bohaterka „Wygody” przechodzi pewną przemianę, proces odkrywania swojej tożsamości. Ukazuje to Pani poprzez symbole. Czy w Pani odczuciu przemiana ta jest szerszym zjawiskiem?

Prawdę mówiąc, nie jestem przekonana, czy bohaterka przechodzi jakąś przemianę. Na pewno godzi się z tym, że nie znajdzie odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, a w końcu temat poszukiwania tożsamości przestaje ją tak bardzo zajmować. Jednak choć rezygnuje z poszukiwań, to i tak różne kwestie związane z pochodzeniem wciąż wypływają na wierzch. Nie zależało mi na tym, by poszukiwania mojej bohaterki zwieńczone były umocnieniem się w swojej tożsamości.

Mam wrażenie, że tego rodzaju opowieści jest już w literaturze ostatnich lat całkiem sporo. Dlatego też, zamiast powielać scenariusz, które na różne sposoby został już odegrany, zmieniając tylko dekoracje na podlasko-białorusko-prawosławne, wolałam raczej opowiedzieć o pewnej ambiwalencji, o poszukiwaniach, które nie kończą się happy endem, który mógłby być tu rozumiany jako znalezienie odpowiedzi na skomplikowane tożsamościowe pytania, możliwością zadeklarowania przynależności do konkretnej grupy w social mediach i tak dalej. Choć oczywiście rozumiem, że ludzie czują taką potrzebę i absolutnie nie dziwi mnie to, że poszukiwania tożsamości są obecnie bardzo popularnym zjawiskiem.

W Pani książce mało jest historii. Można powiedzieć, że dominuje w niej teraźniejszość naszych dziadków, rodziców i nas samych. Czy bieżeństwo zaczęło się i skończyło w 1915 r.?

Nie jest to powieść historyczna. To raczej opowieść o konkretnych losach konkretnych osób, mających swoje własne przeżycia i poglądy, które ukazuję migawkowo. Niekoniecznie zależało mi na odmalowaniu pełnego tła historycznego, na przykład dotyczącego historii Polski XX wieku czy historii polskich Białorusinów, choć nie da się od tego uciec.

Dobrym przykładem jest tu opowieść o mojej prababci Marii, która będąc młodą dziewczyną, w 1915 roku, wyruszyła spod Michałowa w głąb Rosji jako bieżenka. Prababcia spędziła kilka lat w rosyjskich sierocińcach, a potem wróciła do wsi, z której pochodziła, stamtąd pojechała do Warszawy, by pracować jako służąca, a potem znów wylądowała na rodzinnej wsi.

To tylko jedna z wersji bieżeńskiego losu. Nie wszyscy uchodźcy z 1915 roku decydowali się na powrót. Często układali sobie życie na nowo w innym miejscu – mam i takie przypadki w dalszej rodzinie, choć nie opisuję tego w książce. Sama wędrówka bieżeńców odbyła się w 1915 roku, ale uchodźstwo i wojna zawsze ma głębszy wpływ na doświadczające ich osoby i ich losy.

Czemu służy przyjęta forma książki tzn. epizody układające się w pewną całość?

Książka ma odzwierciedlać strukturę pamięci, która nie jest pamięcią badaczki czy historyczki – pełną luk, dziur, zawieszonych myśli. W równym stopniu, jak fakt opowiadania konkretnej historii, interesowało mnie to, by oddać tę, jak mi się wydaje, bardziej powszechną formę percepcji historii rodzinnej – nie tę, w której jesteśmy ekspertami od genealogii rodu do siedmiu pokoleń wstecz, nie tę, gdzie przekopaliśmy wszystkie możliwe archiwa i mamy odpowiedź na każde możliwe pytanie, tylko tę, która jest pełna niepewności.

Tematyzuję to w mojej książce choćby przez częste powracanie do motywu powtarzania opowieści rodzinnych tyle razy, że aż wszyscy przestali się zastanawiać nad tym, czy to faktycznie się wydarzyło i czy rzeczywiście tak, jak przyjęło się o tym opowiadać.

Ile jest fikcji w „Wygodzie”?

Bardzo zależało mi na tym, aby w Wygodzie prawda łączyła się z fikcją, i to dość płynnie, dlatego też absolutnie zmyślone wydarzenia przeplatają się z tym, co rzeczywiście miało miejsce. To autofikcja, a więc opiera się na prawdziwych epizodach z mojego życia i z życia mojej rodziny, ale to także mikropowieść – ale nie powieść historyczna, tak więc stronię od dat i często pozwalam sobie na różne zmyślenia.

W książce znajduje się na przykład epizod, w którym mój dziadek jedzie do Warszawy na zlot poetów z całej Polski i próbuje zająć miejsce w konkretnym, wyznaczonym mu rzędzie. Nic takiego nigdy się nie wydarzyło, a ten epizod jest raczej komentarzem na temat roli poety tworzącego w języku białoruskim w Polsce, gdzie większość artystów – co zrozumiałe – pisze po polsku.

Jak Pani myśli – co lub kto kształtuje nasze rodzinne tradycje?

Trudno na serio próbować kogokolwiek przekonać o tym, że nasze rodzinne tradycje w pierwszej kolejności kształtuje ktokolwiek inny niż najstarsi, czyli rodzice czy – częściej – dziadkowie. Jeśli sądzimy, że rodzinna tradycja jest czymś, co przekazuje się z pokolenia na pokolenie, to inna odpowiedź nie jest w zasadzie możliwa. Ale celem tradycji jest przecież budowanie wspólnoty, dlatego też sądzę, że i młodsze pokolenia – o ile je to interesuje – powinny mieć na nią wpływ. Jestem więc zwolenniczką wprowadzania nowych tradycji, które mogą być kultywowane na równi z tymi dobrze już ugruntowanymi.


Fot. Żydowscy uchodźcy z Lublina, Polska, na drodze do linii austriackich, I wojna światowa, Narodowe Muzeum Marynarki Wojennej USA

Comments are closed.