A świat trwa

A świat trwa |Recenzja

László Krasznahorkai, A świat trwa

To będzie dość nietypowa recenzja, bowiem książka węgierskiego noblisty A świat trwa nie jest pozycją zwykłą, łatwą i przystosowaną do szerszego grona czytelników. Czytając ją, musicie uzbroić się w sporą dawkę cierpliwości, i gotowości do dwuznacznych, niebezpośrednich intelektualnych tortur, które zmienić się mogą w bezpośrednie spotkanie z kulturą wyższą. A więc do rzeczy.

To, co oczywiste, nie zawsze jest proste

Przyznam, że miałem nie lada problem czytając tę pozycję. Zarówno forma wypowiedzi, jak i ukryte znaczenia, są naprawdę wymagające. Były takie momenty, że zastanawiałem się czy się nie poddać, czy nie odpuścić dalszego brnięcia w tę literaturę eksperymentalną, pełną intelektualnych zawiłości, prawd, pół-prawd, błazeństwa, głębokiej treści, skrywanej pod prostą formą ludzkich wątpliwości, rozterek, fluktuacji bytu z niebytem, przenikania się na wskroś tylu rzeczywistości.

Początkowo, ciężko było mi oddzielić to, co było sednem tych dwudziestu jeden opowiadań. Jednak im dalej byłem, tym bardziej oczywistym zaczął się zdawać obraz kondycji współczesnej ludzkości. Autor w dosyć, jak dla mnie, dziwnych formach, zawarł fragmenty, nie wiem czy swoich własnych przemyśleń, czy też bardziej obserwacji konkretnych ludzi, dotyczących ich jakości egzystencji. Ich problemów z byciem szczęśliwym, z byciem tu i teraz.

Jednocześnie każda z tych nienazwanych postaci, anonimowych współtwórców, gubi się w trzewiach własnych pragnień, oczekiwań, rozterek, snów, które z nieprzepartą siłą nacierają na etos rzeczywistości, sprawiając, że granice ludzkiej jaźni zacierają się.

W tej całej gmatwaninie znaczeń, pouczeń, doświadczeń, obserwacji czy zwątpień ukryty jest głęboki sens. I sądzę, że warto jest się pomęczyć, bo Autor zadaje nam, jako czytelnikom mnóstwo pytań. Nie oczekuje jednak żadnych odpowiedzi. Sam ich szuka, pozwalając nam brnąć przez mgłę tego wszystkiego, co zagłusza równowagę pomiędzy rozsądkiem, miłością, szczęściem, zrozumieniem siebie i świata, dając miejsce dla niepewności, smutku, czasem arogancji, pod którą skrywa się strach przed odrzuceniem.

Ciężko jest mi pisać, o czymś, co jest tak trudne do uchwycenia jak nasze „upośledzenie”, wynikłe z niesamowitego postępu cywilizacyjnego, za którym nie nadąża ani nasza biologia, ani intelekt, nie mówiąc już o przystosowaniu mentalnym. Autor wyłuszcza nam w tych wszystkich dziwnych, ale jakże sensownych formach wypowiedzi, to, jak próżne stało się nasze życie. Ukazuje, że mimo całego tego dobrobytu, nie potrafimy się cieszyć z życia. I to nawet wtedy, gdy w wyścigu szczurów stoimy na podium.

Jeszcze trudniej jest tym, którzy jeszcze nim wyruszyli w podróż życia, już nie byli w stanie się przystosować. I stoją w miejscu, nie wiedząc, co z sobą począć, pełni oczekiwań, że może los, choćby przy zastosowaniu tak zwanego efektu motyla, poruszy jakąś cząstkę ich jaźni, aby mogli wreszcie ruszyć. I tak czekają, modlą się, później przeklinają wszystko, co ich spotyka, ale bardziej to, co ich ominęło, staczając się po równi pochyłej w coraz większą rozpacz. Zresztą są tak nieszczęśliwi, że nie zauważają, że ciągną innych na dno…

Szczerze, jestem pod ogromnym wrażeniem. i choć nadal nie jestem przekonany, czy wszystko dobrze zrozumiałem, czy wszystko odebrałem tak, jak należy, wciąż odkrywam nowe znaczenia, nowe problemy.

A im więcej o tym wszystkim myślę, tym bardziej jestem pod urokiem pracy, jaką wykonał nasz węgierski noblista. Ileż trudu musiał włożyć w to, by tak świetnie zakamuflować siebie i ludzi ze Środkowej Europy.

Środkowoeuropejski bagaż…

Dosłownie czuć tutaj ten nasz komunistyczny bagaż, istny fatalizm, niemożność znalezienie dla siebie miejsca w otaczającym świecie. Mieszkańcy tego regionu Starego Kontynentu, wciąż stoją w rozkroku, między przeszłością, a teraźniejszością, niepomni, że przyszłość tworzy się na naszych oczach. Jesteśmy rozdarci między nasze sny, ojczyźniane traumy, legendy, które mogłyby nas opisywać, gdyby nie zabrakło nam odwagi, by nie wstydzić się własnej tożsamości, zawiłości. Tak jakby inne narody świata, nie miały skomplikowanych, nierozliczonych kart w swych dziejach.

Wprawdzie nie znajdziemy w tych historiach zbyt wielu odnośników do czasów „zamierzchłych”, a jedynie te, które kształtują naszą zachodnią tożsamość w przeciągu ostatnich z grubsza trzydziestu lat, i tak podskórnie czuć, że nie chodzi tylko o współczesność. Podskórnie wyłania się nasza niedola, przekazywana z pokolenia na pokolenie, pełna znojów, zakodowanych w kodzie DNA traum, upadków, zwątpień i niepewności. Czy właśnie tacy jesteśmy? Czy nie ma w nas nic więcej, niż tylko suma naszych antenatów?

Autor pyta więc, gdzież jest miejsce dla nas, na nas samych? Po co nam cały ten technologiczny i kulturowy splendor, skoro nie ma nas, skoro nie wiemy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, ani co byśmy chcieli dalej robić – ze sobą, ze światem, z rzeczywistością.

Pyta czy bliżej jest nam do Boga, czy diabła, który siedzi w naszych nieoczytanych, rozdartych, coraz szybciej pędzących sercach i umysłach. A gdzie jest miejsce na refleksję, na skupienie, na rozmowę z samym sobą, z innymi? Wielowarstwowość pytań, poszukiwań momentami przytłacza.

Jednak, o ile na początku sądziłem, że czytam książkę jakiegoś niespełna rozumu wariata, bibliofila żywiącego się nekrofilią literackich poprzedników, o tyle teraz rozumiem, dlaczego Lászlo Krasznahorkai otrzymał Literacką Nagrodę Nobla.

Dlatego chciałbym postulować, abyście nie oceniali książki po okładce, po treści, która od początku wydaje się trudna, wręcz niemożliwa do przebycia. Jeśli tylko dacie sobie chwilę wytchnienia, moralno-intelektualnej swobody, ten węgierski pisarz zaprowadzi was na nieznane wody samoświadomości, która będzie wykraczała nie tylko poza wasze jestestwo, ale i poniesie was ponad kulturowymi ograniczeniami, zupełnie jakby wszelkie granice były tylko wytworem wyobraźni chorego z nienawiści człowieka. Dlatego, gorąco wam tę pozycję polecam.

A wszystko i tak trwać będzie

A propos – jedynym ponadczasowym wnioskiem, czy też bardziej obserwacją Autora jest fakt, że niezależnie od nas, naszych postaw, świat będzie wciąż trwał. I tak bez końca. Dlatego wszystko, co tutaj opisuje, może być fantasmagorią, snem, przewidzeniem. Ale może też być najprawdziwszą prawdą. Zresztą, jak to zawsze bywa – odpowiedź jest zawsze względna. Sami musimy wybrać, co jest treścią tej książki. Każdy z nas może wybrać tę funkcję i znaczenia, które są dla niego najważniejsze. Ta wielopłaszczyznowość, mnogość wątków łączy się w jedną konkluzję, która stanowi tytuł książki.

„[…] znów się uwolni i opanuje świat, który my, ludzie, ciągle i bez przerwy nazywamy nowym i nieznanym, aczkolwiek nigdy nie jest ani nowy, ani nigdy nie jest nieznany, gdyż był tu od początku stworzenia, wyrażając się ściślej, dotarł tu wraz z nami, czy mówiąc jeszcze dokładniej, stoimy, zawsze tak, że jego nadejście byliśmy i jesteśmy w stanie pojąć, tylko oglądając się za siebie, już tu jest, a kiedy już rozumiemy, że znów tutaj jest, i tak zawsze nas zaskakuje nieprzygotowanych, mimo że powinniśmy wiedzieć, że już nadchodzi, że tylko na pewien czas był gdzieś przywiązany […]” (s. 30-31).

A świat trwa – podsumowanie

Książka liczy sobie 342 strony. To powieść wymagająca, zapewne nie dla każdego. Mniemam, iż i niejeden czytelnik zaangażowany, będzie miał kłopoty z recepcją treści oraz stylu wypowiedzi-refleksji. Niemniej warto, bo pod tą eksperymentalną otoczką, mieści się wielka literatura. I z przesłaniem. Ale nie wierzcie mi na słowo – przekonajcie się sami.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.