Stroicielka cudów

Stroicielka cudów |Recenzja

Magdalena Rzewnicka, Stroicielka cudów

Książka Magdaleny Rzewnickiej pod tytułem „Stroicielka cudów” to powieść dwuwątkowa, która klamrą łączy dwie historie odległe od siebie o blisko 100 lat. Historie odmienne – które jednak się dopełniają, druga jest bowiem konsekwencją pierwszej…

Książka jest ciekawa, choć język, jakim posługuje się Autorka momentami jest trudny, czasem nieco przytłaczający. Co więcej, to swoiste rozdwojenie początkowo wywołuje ból głowy. Ciężko jest połapać się, co to wszystko ma ze sobą wspólnego. Jednak w miarę lektury, zmienia się to na plus. Wszystko nabiera logicznej całości, a nawet jakiejś formy egzaltacji ludzkich zawikłanych losów.

Ofiary

Powieść zaczyna się od opisu ostatniej ze zbrodni dokonanych przez szajkę oszustów i morderców, którzy w latach 20. ubiegłego wieku grasowali w różnych miastach II Rzeczypospolitej. Spotykamy ich w momencie, gdy niejaka Joanna Wasilewska, kobieta z problemami zdrowotnymi, wyrusza do Suwałk, ale nigdy tam nie dociera.

Szybko do jej męża – Teodora – zgłasza się zakonnica, która twierdzi, że opiekowała się zaginioną w białostockim szpitalu. Proponuje mu spieniężenie całego majątku i podążenie za swoim bratem, który miał mu wskazać miejsce, w którym przebywa jego małżonka. Wszystko dzieje się tak, jak proponuje, ale wyprawa kończy się jednak tragicznie. Po jakimś czasie u Urszuli Sarneckiej pojawia się detektyw, który stara się rozwikłać tajemnicę śmierci Wasilewskiej, która była jej siostrzenicą.

Nieszczęśliwa Anna

Czasy współczesne. Pani Anna jakiś czas temu straciła ciążę, i nie potrafi się pozbierać po tym traumatycznym zdarzeniu. Wszędzie czuje się nieszczęśliwa. Nie ma ani wsparcia partnera, który jest raczej zainteresowany sobą niż jej cierpieniem… a nawet istnieniem.

A do tego „teściowa”, która jest równocześnie jej pracodawczynią. To kobieta oschła, nieczuła, opresyjna, zarówno wobec syna, jak i jego partnerki. Go niańczy nadmiernie, obarcza swoimi emocjonalnymi problemami, wymuszając zainteresowanie i działanie według jej „planu”. Ją zaś traktuje jak zaciekłego wroga, deprecjonując jej istnienie do roli przeszkody… Teściowa osacza Annę i niszczy ją jak tylko się da. Ciężko czyta się o czymś takim.

W obliczu takich doświadczeń Anna ucieka do rodzinnych Suwałk, gdzie zamierzała zamieszkać w domu babci. Jednak po przyjeździe okazuje się, że babcia trafiła do szpitala, a z jej domu zniknęły pewne rodzinne pamiątki. Nie potrafiąc sobie tego wyjaśnić, zaczyna zadawać pytania, które stają się początkiem jej przygody z wyjaśnieniem rodzinnych sekretów.

Epoka jak z bicza strzelił

Na plusa jest świetne oddanie realiów obu epok, zwłaszcza dwudziestolecia międzywojennego. Zarówno słownictwo, jak i wzory postępowań są jakby żywcem wyrwane z tamtych czasów. Pisząc te słowa zdałem sobie sprawę, że to trochę tak, jakbym czytał o wymyślaniu i ewolucji zbrodni, które mają miejsce dzisiaj. To naprawdę fajna sprawa! Pokusiłem się nawet o poszukanie informacji o Janinie Szykowicz (właściwie Janina Szykowiczowa) i Stanisławie Zbońskim. I wiecie co? Oni naprawdę istnieli!

Ich przestępcza działalność trwała od 1919 do połowy 1924 roku. W tym czasie dopuścili się niezliczonych kradzieży, wyłudzeń oraz 51 morderstw na tle rabunkowym. Przynajmniej oficjalnie „tylko” tyle im udowodniono. Stanisław, który liczył sobie 28 wiosen był z zawodu szewcem ze stolicy. Towarzyszyła mu 22-letnia Janina, która podawała się za jego małżonkę.

Ich przestępcza kariera zaczęła się od fałszowania kwatermistrzowskich dokumentów. Słowem – były szewc defraudował wszystko, co nadawało się do sprzedaży, począwszy od jedzenia, na umundurowaniu kończąc. Gdy zorientowano się w tym procederze, Zboński zbiegł z wojska.

Schronił się u Janiny Szykowiczowej, która szybko stała się jego kochanką. Wspólnie stworzyli szajkę, która dopuszczała się drobnych kradzieży i oszustw. Jednak, gdy brat Janiny usiłował wybić jej z głowy kroczenie drogą występku, para dokonała pierwszego zabójstwa. I się zaczęło… Ale o tym musicie poczytać sami.

Zalety powieści

Powieść „Stroicielka cudów” podobała mi się zwłaszcza pod dwoma względami. Po pierwsze – Autorka poruszyła wręcz egzystencjalną strunę – czy zawsze warto szukać swoich korzeni? Czasem niewiedza, nawet jeśli doskwiera setkami pytań i trosk, okazuje się być lżejszym brzemieniem niż poznanie. Bowiem prawda nie zawsze wyzwala, częściej podcina skrzydła.

Po drugie – sprawa macierzyństwa, a raczej jego wynaturzenia – nadopiekuńczości. Jak wiecie, każde „przegięcie”, każde wynaturzenie, prędzej czy później mści się na nas. Rodzic, który wykazuje nadmierną troskę o dobro dziecka/dzieci, często sam przyczynia się do przyszłej tragedii. Unikanie cierpień, zmartwień czy trosk powoduje tylko, że dziecko żyje pod opiekuńczym kloszem, a w chwili gdy on zniknie, okazuje się, że jest bezradne wobec życiowych trudności. Niezdarne, słabe psychicznie, nieprzystosowane do życia w społeczeństwie. A jeśli jeszcze dochodzą do tego mroczne rodzinne tajemnice – tragedia gotowa.

Ale to takie moje skromne przemyślenia. Najlepiej sprawdźcie sami – a naprawdę warto. Znajdziecie w niej wiele spraw związanych z rodzinnymi tradycjami, które mają ogromny wpływ na egzystencję tych, którzy odważą się w nich grzebać.

Książka ma 456 stron tekstu.


Wydawnictwo Novae Res
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Novae Res. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.