Bank nasion w oblężonym Leningradzie stał się miejscem codziennego wyniszczenia i świadomego wyboru. Garstka naukowców trwała przy kolekcji, gdy głód rozkładał organizmy, a miasto przestawało funkcjonować. Każdy dzień sprowadzał się do decyzji, czy chronić przyszłość kosztem teraźniejszości.
Wojna zwykle opowiadana bywa przez fronty, rozkazy i mapy. Rzadziej przez magazyny, katalogi i metalowe skrzynki, które ważą zbyt dużo jak na ludzkie ręce pozbawione sił. Historia banku nasion w Leningradzie opisana w książce Zakazany ogród Stalina pokazuje wojnę od strony codziennej decyzji, gdzie nauka przestaje być abstrakcją, a zasady nabierają fizycznego ciężaru.
Miasto ogrodów
Bank nasion stał się maleńką, odizolowaną, straumatyzowaną społecznością naukowców i menedżerów. Członkowie zespołu Wawiłowa byli niedożywieni i wyczerpani – albo nie żyli. Wszystkich w mniejszym lub większym stopniu przygniótł połączony ciężar złowrogiej moskiewskiej biurokracji, dorównującej jej obojętności władz Leningradu i bezlitosnych warunków oblężenia. Trwali jednak, by robić, co w ich mocy, choć było to żałośnie mało.
Tekst jest fragmentem książki Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu, która czeka na Ciebie TUTAJ:
Klaudia Pantelejewa zwołała zebranie w dyżurce instytutu. Powiedziała, że wszyscy, którzy jeszcze zostali, muszą wspólnie zdecydować, jak powinni działać w nadchodzących tygodniach, żeby przetrwać utrzymujące się skutki zimy. Zjedzenie kolekcji było nie do pomyślenia, ale krótko wcześniej Iwanow dokonał odkrycia, które mogło ich ocalić.
Groch, który nie należał do kolekcji
Podczas zwykłego obchodu, idąc z lampą w ręku, dostrzegł w ciemnym kącie jednego z pomieszczeń magazynowych jutowy worek. Pomyślał, że ktoś pewnie zgarnął do niego śmieci i potem o nich zapomniał. Odstawił lampę i zajrzał do worka. Okazało się, że w środku jest groch abisyński – może nawet czterdzieści kilogramów. Ktoś go tam w pośpiechu zostawił. Iwanow wywołał Kordona z sąsiedniego gabinetu.
– Jesteś pewien, że to będzie właściwe? – zapytał Kordon, nie bardzo wierząc, że ktoś z pracowników mógł tak po prostu zapomnieć o worku grochu. Nasiona były całe i nietknięte, a co najważniejsze: nie należały do kolekcji, więc można je było zjeść.
– Ktoś musiał przynieść ten worek tuż przed wojną i w tym całym za mieszaniu zwyczajnie go tu zostawił – powiedział Iwanow. – W tamtych dniach to nie była jakaś ważna sprawa.
Botanicy uznali, że w celu zapobiegania szkorbutowi najlepiej będzie jeść bogate w witaminy świeże pędy wykiełkowane z tego nieoczekiwane go źródła.
Życie podtrzymywane kiełkiem
Iwanow umieścił wszystkie groszki na metalowych tacach wysypanych zwapnowanym piaskiem i następnie przykrył tace kloszami. Tylko w jednym pomieszczeniu instytutu było wystarczająco ciepło, żeby nasiona zaczęły kiełkować.
Był to zajmowany przez dyżurnego pokój numer 12 na drugim piętrze budynku przy ulicy Hercena 44. Dniem i nocą pracownicy dorzucali do pieca kawałki drewna, żeby temperatura nie spadała poniżej dziesięciu i nie przekraczała szesnastu stopni Celsjusza. Piątego dnia nasiona zaczęły kiełkować, a od ósmego pracownicy zaczęli zbierać po trzydzieści kiełków grochu dziennie na osobę.
Ten podtrzymujący życie dar nie wystarczył, by uratować wszystkich. Organizmy osób w zaawansowanej fazie wygłodzenia zjadły już za dużo siebie samych, by te straty dało się odbudować.
Ciało, które zjada samo siebie
Deficyt kaloryczny bowiem najpierw spala zmagazynowane w ciele tłuszcze i węglowodany, potem idzie dalej, do komórek i tkanek mięśniowych, a wreszcie do najważniejszych organów ciała. Nawet mózgi się kurczą, przez co ludzie spokojni stają się drażliwi, a skoncentrowani – zagubieni. Nagłe dostarczenie dużej ilości kalorii może się okazać śmiertelne – wywołać zaburzenie nazywane dzisiaj zespołem ponownego odżywienia lub zespołem szoku pokarmowego. Prowadzi ono do niewydolności serca, płuc lub zapaści neurologicznej.
15 marca 1942 roku, gdy słońce zaczynało przebijać zimową mgłę, a pąki na drzewach zbierały się do kwitnienia, umarła księgowa banku nasion E.I. Dmitriewa, która przetrwała najgorsze mrozy i brak jedzenia w zimie. Siedem dni później z głodu zmarła naukowczyni M.N. Ławrowa. I wreszcie 14 kwietna ostatnią w budynku instytutu ofiarą oblężenia została asystentka naukowa Serafina Szczawińska.
Mimo kolejnych tragedii wiosna przyniosła ze sobą pierwsze promy ki nadziei, zapomniane dawno temu poczucie, że może nadchodzi zmiana. Kordon z ciałem słabym, ale umysłem wciąż aktywnym, na zebraniu przekonywał, jak ważna jest świadomość celu.
– Wytrzymaliśmy tak długo dzięki naszej pracy – powiedział. – I musi my się tego trzymać. Jeśli stracimy kolekcję, nic nam nie zostanie do pokazania [naszego poświęcenia]”.
– Nie damy rady codziennie sprawdzać wszystkich magazynów – powie działa Nadia Katkowa. – Jest ich czterdzieści, a nas ledwo garstka.
Przyjęli nowy plan: jeszcze raz przepakować kolekcję – zagęścić zbiory, by zmieściły się w mniejszej liczbie pomieszczeń.
– Mnie to pasuje – powiedziała Pantelejewa. – Zabierzemy nasiona z parteru, z tego zimna i z zasięgu włamywaczy. I zrobimy katalog, żeby wiedzieć, co gdzie jest.
Łatwo było powiedzieć, trudniej wykonać. Żaden z ocalałych pracowników nie był bowiem w stanie chodzić bez pomocy laski. Tłuszcz zmagazynowany w ich ciałach dawno się zużył, a uszkodzenia organów w wielu przypadkach były już nieodwracalne, nawet przy właściwym odżywianiu. Cztery kilometry od banku nasion, w szpitalu Erismana, patolodzy, którzy przeprowadzali sekcje osób zmarłych na „dystrofię”, odkryli, że wątroby w ciałach tych ludzi były średnio o jedna trzecią mniejsze i lżejsze niż normalnie. Masa serca potrafiła być mniejsza nawet o połowę.
„Po wykorzystaniu zasobów tłuszczu ciało zaczyna niszczyć własne komórki. To tak jak statek – gdy skończy mu się zapas węgla, stopniowo po zbawia się drewnianych elementów, by zaspokoić potrzeby własnych kotłów. Wszystko to wiedzieliśmy teoretycznie, ale teraz widzimy na własne oczy, do tykamy własnymi rękami, obserwujemy pod mikroskopem”, napisał pięć dziesięcioczteroletni szef szpitalnych patologów.
Praca jako ostatni ratunek
Pracownicy instytutu, pozbawieni mięśni i z trudem chwytający powietrze w płuca, rozpoczęli karkołomne zadanie przepakowania i skonsolidowania kolekcji. Nie miało to właściwie praktycznego znaczenia, chodziło raczej o zbawienny wysiłek, o to, by czymś się zająć, włożyć głowę i ręce w pracę, w której każde z nich szukało ratunku.
Część pracowników skupiła się na bibliotece instytutu. Suszyli zawilgocone książki i układali w szafach z odpowiednimi oznaczeniami. Inni zajęli się przepakowaniem kolekcji pszenicy. Jedna osoba powoli przepychała po podłodze kolejno żelazne skrzynki. Gdy skrzynka już się znalazła na właściwym miejscu, inny pracownik pomagał ją podnieść.
Nie dalej niż kilka miesięcy wcześniej pracownicy banku nasion łączyli metalowe pojemniki z nasionami w wiązki po dziesięć sztuk i potrafi li w ten sposób przerzucić cztery tysiące pojemników dziennie. Teraz każda pojedyncza puszka stano wiła monumentalne wyzwanie. Gdy Iwanow z pomocą kolegi wnosił jeden z pojemników po schodach na pierwsze piętro, musiał co chwila siadać i odpoczywać. Po kilku minutach wstawał powoli, chwytał się poręcz i czekał, aż miną zawroty głowy. Dopiero wtedy szedł dalej.
Gdy próbki pszenicy zostały uporządkowane, zespół zabrał się za żyto, potem jęczmień i wreszcie proso. Uporawszy się z ziarnami o najwyższym priorytecie, przeszli do ryżu; potem gryka, groch, fasola. Załoga zapisywała postępy: „306 pojemników ziaren kukurydzy, 1334 pojemniki lnu, 1582 pojemniki fasoli (różne odmiany)”.
Tysiące pojemników stanowiły główny obiekt zainteresowania mężczyzn i kobiet, których życie ograniczało się do jednego budynku, a społeczność liczyła zaledwie dziesięć osób, równie wynędzniałych, co zdeterminowanych. Jeśli ktoś z pracowników bezwładnie osunął się na podłogę, zawsze inny pomagał mu wstać i dodawał otuchy. Przed zapadnięciem zmroku cały dzienny zapas energii u każdego i każdej ulegał wyczerpaniu.
Pewnego wieczoru Iwanow zaczął się wspinać po schodach do pokoju dyżurnego, żeby odpocząć i coś zjeść. Nim doszedł na górę, zabrakło mu sił. Opadł na stopnie i stracił świadomość. Z odrętwienia wyrwał go krzyk. Otworzył oczy. Zobaczył, że przejęta Galia Lebiediewa z twarzą mokrą od łez potrząsa go za ramiona.
– O co chodzi? Coś się stało? – zapytał.
– Myślałam, że odszedłeś.
– To tylko twoja wyobraźnia – odpowiedział Iwanow, starając się ja uspokoić. – Nie trzeba panikować.
Na zewnątrz trwało niemieckie bombardowanie. Dyżurny za każdym razem starannie zapisywał czas rozpoczęcia i zakończenia ataku artyleryjskie go. Czasami działa potrafiły walić sześć godzin bez przerwy. W stosunkowo bezpiecznym budynku ludzie powoli i mimo fizycznych cierpień kontynuowali pracę. W końcu został schowany ostatni pojemnik. Kolekcja zmieściła się w czternastu pokojach. Kordon, Pantelejewa i Iwanow wspólnie prze prowadzili audyt i sporządzili plan nowego rozkładu magazynu; gdyby nie przeżyli oblężenia, zostałby przynajmniej wykaz nazw i lokalizacji przechowywanych nasion.
Inwentaryzacja przyniosła kilka ciekawych wniosków: otóż niektóre pudełka zawierały stare próbki nasion. Zdaniem naukowców ich data przydatności do wysiewu już minęła, utraciły zdolność kiełkowania. Jedna kolekcja lnu miała już osiem lat – została zebrana w 1934 roku. Z jakiegoś powodu te nasiona nie zostały wysiane ponownie w ciągu sześciu lat od zbioru, jak nakazywała standardowa procedura instytutu. Starsze próbki powinny być usuwane z kolekcji. To odkrycie wywołało pewne poruszenie wśród ocalałych pracowników.
– My tu umieramy z głodu, a wy po prostu pozwoliliście, żeby nasiona się zepsuły – krzyczała jedna z pracownic, gdy zrozumiała, że jej koledzy mogliby przeżyć, gdyby jedli przeterminowane nasiona. – Serca nie macie. Ja chcę żyć! Żyć! A słyszę tylko: „Nie wolno nam. Nie mamy prawa”.
Zasady ważniejsze niż głód
Szefostwo zebrało się w biurze Pantelejewej. Ktoś zasugerował, że każdy dodatek do skromnych racji żywnościowych mógłby ratować życie i za pobiegać kolejnym zgonom. Z przeterminowanych próbek można by robić owsiankę na śniadanie i zupę wieczorem.
– Zdaję sobie sprawę, że to by nie naruszało przepisów – powiedział Iwanow. – Ledwo łazimy. Ale nie mogę się na to zgodzić. Po prostu nie mogę.
Tłumaczył, że nasiona starzeją się w różnym tempie. Zasada była jasna: próbki należy przechowywać nie pięć czy sześć lat, ale przynajmniej dziesięć – do dwudziestu. Między setkami martwych nasion zawsze może się znaleźć jedno żywe. I ono mogłoby wykiełkować. I wyrósłby z niego kłos pszenicy. Wiadomo, że niektóre nasiona kiełkują nawet po dekadach przechowywania.
– …A my byśmy je zjedli – ciągnął. – Dlatego proponuję, żebyśmy nie dotykali niczego.
Ta literalna wierność naukowym procedurom wykraczała już nawet poza akademickie reguły, na które łatwo się zgodzić w czasach pokoju i dostatku. Upór Iwanowa, niewątpliwie wynikający ze szlachetnych pobudek, stawał się śmiertelnie niebezpieczny. W dodatku uważał on, że zjedzenie nawet przeterminowanych nasion byłoby zdradą wobec kolegów, którzy poświęcili życie, by ratować kolekcję.
– Takie są zasady – przyznał mu rację Lechnowicz. – Jakoś dotrwamy do wiosny.
Tekst jest fragmentem książki Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. poglądowa: Radzieckie działa przeciwlotnicze w Leningradzie, w tle widoczny jest Sobór św. Izaaka, 1 października 1941 roku
