Socmodernizm dla mas i elit. Kulisy życia architektów w powojennej Polsce

Socmodernizm dla mas i elit. Kulisy życia architektów w powojennej Polsce

Eleganckie kawiarnie Warszawy, zagraniczne wyjazdy, konkursy architektoniczne i życie w cieniu państwowego systemu. Fragment książki o Janie Zdanowiczu pokazuje jednak środowisko pełne kontrastów: od dobrze sytuowanych projektantów po przemęczonych pracowników biur projektowych, którzy funkcjonowali w rytmie norm, dokumentacji i niekończącej się biurokracji.

Powojenna odbudowa Polski stworzyła architektom wyjątkową pozycję społeczną. Projektowali nowe osiedla, gmachy publiczne, pawilony handlowe i symbole modernizującego się państwa. W praktyce codzienność środowiska wyglądała jednak znacznie mniej jednorodnie, niż sugerowały późniejsze wyobrażenia o uprzywilejowanych elitach PRL. Jedni zdobywali nagrody, wyjeżdżali służbowo za granicę i budowali rozpoznawalną pozycję zawodową. Inni tonęli w przeciążonych biurach projektowych, walczyli z absurdem planowej gospodarki i pracowali pod presją narzuconych norm.

Zajrzałem do „Lajkonika”, jednej z najmodniejszych kawiarni warszawskich, uczęszczanej głównie przez plastyków, architektów, grafików. Siedzieli właśnie różni Lipińscy, Srokowscy, Hryniewieccy, Lengrenowie – dobrze ubrani, zadowoleni z siebie, z życia, z kilkunastu tysięcy złotych zarabianych miesięcznie za talenty i serwilizm. Każdy z nich jest rozgoryczony, każdy uważa, że toczy walkę o wolność sztuki, walczy z socrealizmem, nadgorliwością, komunistycznym obskuranctwem, ale walka ta nie musi być zbyt groźna dla postulatów plastycznych régime’u, skoro w ogniu jej kupują sobie oni auta, urządzają luksusowo wielopokojowe mieszkania i jeżdżą w urzędowo sankcjonowane wojaże – za granicę. Nawet najuczciwsi i najbardziej niezależni z nich, jak Hryniewiecki, są przydatni i dlatego wysyła się ich do Chin*.

Autor zacytowanych w motcie słów zapewne zetknął się z kilkoma prominentnymi twórcami polskiej architektury lub mógł słyszeć o stylu ich życia, który tu opisał. Tak bywało. Zresztą tak też mogło bywać w przypadku wybitnych wówczas chirurgów, ortopedów, prawników, uznanych literatów czy reżyserów niekoniecznie posiadających legitymacje partyjne.

Tekst jest fragmentem książki Jan Zdanowicz. Socmodernizm dla mas i elit, która czeka na Ciebie tutaj:

Na drugim biegunie były gorzej opłacane rzesze architektów w państwowych biurach projektowych, których ambicje zawodowe nie miały szans na spełnienie. W realiach gospodarki planowej, obarczonej wieloma bolączkami biurokratycznymi i organizacyjnymi, liczyła się maksymalizacja tzw. przerobu, a nie jakość tworzonej architektury. Już w 1963 r. alarmowano: „Na 1 inżyniera przypada u nas za ledwie 0,52 technika. Tak więc inżynier – zamiast koncentrować się na samej koncepcji budowy – projektuje szczegóły i szczególiki, przerabia dokumentację według wciąż zmiennych wskaźników oraz opiniuje i uzgadnia. W ten sposób zmienia się niekiedy w… maszynę do robienia projektów”.

Ciekawiła mnie sytuacja ekonomiczna Jana Zdanowicza w dobie Gomułki i Gierka, czyli okresie późniejszym niż przywołana na początku obserwacja Tyrmanda z czasu późnego stalinizmu. Przy okazji pierwszego spotkania wprost zapytałem jedną z córek, jakimi samochodami jeździł ojciec, gdzie była ich działka, czy np. w latach 60. i 70. jeździli na wakacyjne wycieczki do Bułgarii, Jugosławii lub Włoch.

Okazało się, że po wypadku samochodowym podczas wojny Jan Zdanowicz przysiągł sobie, że nigdy nie będzie prowadził auta. Ani on, ani żona nigdy więc nie kupili samochodu. Znaczna część jego środowiska dążyła do zdobycia czterech kółek (syreny, fiata czy czegoś z im portu, np. skody, małolitrażowej zastawy lub seata), ale on nie miał tej potrzeby. Wystarczyło, że do pracy jeździł podmiejską kolejką.

Mieszkał w wygodnym domu jednorodzinnym z ładnym ogrodem w podwarszawskim pełnym sosen Aninie. Dom ten zdobył ojciec architekta w miejsce spalonego w 1944 r. przed wojennego rodzinnego domu stojącego niegdyś kilka ulic dalej. W tej sytuacji Zdanowicz nie potrzebował działki i domku w Magdalence czy nad Bugiem.

Do zagranicznych wojaży też go nie ciągnęło. Wystarczyło, że raz czy drugi wyjechał do Jugosławii (lata 60. – budowa szkoły w Skopje jego projektu) oraz do Indii (lata 70. – konsultacja budowy ambasady PRL w New Delhi). Urlop dość często spędzał z żoną i córkami oraz rodziną Jerzego Baumillera w nadmorskim domu profesora Jana Bogusławskiego w Dębkach. Mieli dzieci w podobnym wieku.

Zdanowiczowie z Baumillerami bywali na nie dzielnych obiadach u Bogusławskich, w domu przy ul. Królowej Aldony, oraz sami odwiedzali Baumillerów. Rewanżowali się goszczeniem wszystkich u siebie w Aninie przy ul. Ukośnej. Członkowie tych rodzin byli ze sobą zżyci i ufali sobie. Po latach Jerzy Bogusławski, syn profesora, z całą stanowczością potwierdził, że tych trzech architektów było przyjaciółmi.

Wspomniał też, że wszyscy nieraz wybierali się do domku wspólnych znajomych – państwa Prayznerów – w podwarszawskich Górkach3. Później, gdy Baumiller coraz częściej pracował za granicą, czekali na jego przyjazdy, na wieści o światowej architekturze, z którą się stykał, na profesjonalne materiały związane z projektowaniem. Odsłaniał im bowiem kulisy pracy architekta na wolnym rynku. Do tego kręgu był też zbliżony kolega z zespołu Czesław Wielohorski.

Niekiedy architektom zdarzały się profity, odpowiednie dla epoki, w której żyli i pracowali. Pewien ślad można znaleźć w relacji z wręczenia nagród w konkursie „Mister Warszawy 1973”. Zdanowicz otrzymał wówczas pierwszą nagrodę za budynek Węgierskiej Ekspozytury Handlowej:

Walory budynku docenili jego gospodarze. Radca handlowy ambasady inż. Gyula György w krótkim przemówieniu podziękował projektantom i budowniczym za piękną, funkcjonalną siedzibę i przekazał na ręce autora obiektu inż. Zdanowicza list z podziękowaniem od ministra handlu zagranicznego WRL [Węgierskiej Republiki Ludowej] dra Brio Józsefa. Również od kierownictwa tegoż ministerstwa projektant oraz inż. [Halina] Kokocińska i [Tadeusz] Miłobędzki otrzymali zaproszenie do spędzenia dwutygodniowego urlopu nad Balatonem.

Gratisowe wczasy nad Balatonem, zapewne w komfortowym ośrodku ministerstwa, były dla Zdanowicza atrakcyjne, ale byleby tam dojechać!

Wróćmy jednak do lat młodzieńczych i młodości naszego bohatera. Nie wiadomo pod czyim wpływem Jan Zdanowicz wybrał studia architektoniczne w Rzymie, a później konsekwentnie je kontynuował w Warszawie. Przybył do Warszawy na początku 1947 r. Przyjęto go na studia, ale wkrótce uzyskał długie zwolnienie lekarskie i tak naprawdę naukę rozpoczął jesienią tego roku. Bardzo istotne jest pokazanie ówczesnych realiów na tym kierunku. W 1945 r.

Ministerstwo Oświaty ustaliło limit naboru na pierwszy rok studiów architektonicznych w Warszawie na 200 osób, a zgłosiło się 500 kandydatów. I nie było w tym nic dziwnego, bo nie biorąc pod uwagę tajnych kursów, zorganizowanych w czasie okupacji, które pozwoliły na studiowanie niewielkiej liczbie osób, sześć roczników miało przerwę w nauce. […] Ministerstwo podniosło limit do 400 osób z jednoczesnym wprowadzeniem „biegu z przeszkodami”. Aby uzyskać rejestrację na drugi rok studiów, należało mieć zaliczone tzw. „minimum”, aby uzyskać rejestrację na trzeci rok studiów trzeba było mieć zaliczone wszystkie przedmioty z dwóch lat i ponadto zdać egzamin nazywany „półdyplomem”. System ten sprawdził się w pełni. Jesienią 1946 roku na drugi rok studiów otrzymało rejestrację tylko 200 osób, a w 1947 roku półdyplom zaliczyło tylko 100 osób.

Jan Zdanowicz studiował od roku akademickiego 1947/1948 do 1951/1952. Był to wyjątkowo trudny czas, także na uczelniach, ze względu na bezpardonowe wprowadzanie dialektyki stalinowskiej. Udało się ustalić plan studiów oraz wykładowców na pierwszym i drugim roku6. Spis otwiera matematyka wykładana przez Zbigniewa Wasiutyńskiego oraz geometria wykreślna u Leona Suzina.

Budownictwo ogólne wykładał sędziwy Zdzisław Mączeński, a technologię materiałów budowlanych – Gustaw Trzciński. Zdzisław Mączeński był twórcą czynnym od początku XX w. i pracownikiem naukowym o ogromnym doświadczeniu. Od 1946 do 1948 r. był prorektorem Politechniki Warszawskiej. W 1950 r. otrzymał doktorat honoris causa na tej uczelni. Zajęcia z rysunku technicznego i liternictwa prowadził Kazimierz Marczewski, a z rysunku od ręcznego – Zygmunt Kamiński.

Z pewnością komplet słuchaczy pojawiał się na wykładach Jerzego Hryniewieckiego z historii architektury starożytnej czy Jana Zachwatowicza z historii architektury polskiej. Kompozycję elementów architektonicznych przybliżał Jan Bogusławski, a kompozycję najprostszych form architektonicznych – Romuald Gutt. Spis wykładów na pierwszym roku zamykała kultura polska prezentowana przez Stanisława Herbsta oraz wstępne wiadomości o architekturze przedstawiane przez Lecha Niemojewskiego.


*Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Warszawa 1999, s. 49.


Tekst jest fragmentem książki Jan Zdanowicz. Socmodernizm dla mas i elit i powstał we współpracy z Wydawnictwem UŁ.

Fot. Osiedle Torwar w Warszawie.Widok od strony wschodniej. Na pierwszym planie ulica Solec i trzy budynki 24-kondygnacyjne tzw. Iksy. W tle pozostała część osiedla i ulica Fabryczna, CC BY-SA 4.0

Comments are closed.