Akcja Łambinowice – pierwsza akcja poszukiwawcza „Sakwy” faktem!

No i stało się. Po jedenastu miesiącach od założycielskiego, pierwszego Zlotu Stowarzyszenia w Sierakowie, rozpoczęliśmy pierwszą, oficjalną i w pełni legalną akcję poszukiwawczą. ( Łambinowice, 17-19. kwietnia 2009 r.) Jej teren to byłe obozy jenieckie, skupione wokół Łambinowic (dawniej Lamsdorf), woj. opolskie.

Po wielu miesiącach rejestracji organizacji, perturbacjach w KRS i innych instytucjach mogliśmy poczuć spokój, wychodząc w teren z wykrywaczem i saperką. A wszystko to dzięki zabiegom naszych nieocenionych kolegów z tego terenu, w tym głównie dzięki Lakiemu (lakivis), który niestrudzenie wydeptywał ścieżki – zarówno do właścicieli terenu jak i do Muzeum, które stało się naszym partnerem (Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu). Tu warto podkreślić wielką otwartość na współpracę z „Sakwą” okazaną przez przedstawicieli Muzeum, za co wielce dziękujemy. Podziękowania należą się również pracownikom WKZ w Opolu, którzy postanowili zaufać naszemu Stowarzyszeniu, mimo że zezwoleń na co dzień nie wydaje się zbyt wiele (a osobom fizycznym w ogóle)… Dziękujemy zatem wielce. Na koniec także wszystkim Członkom „Sakwy”, którzy mimo nawału obowiązków – pracy, zajęć szkolnych, rodzinnych… – zjechali do Łambinowic odkrywać to, co pozostało w tej ciężko doświadczonej ziemi… (Fot.1)

Przyjechaliśmy do Łambinowic sporą, kilkunastoosobową grupą. Gdy wjeżdżałem samochodem na teren Muzeum, w bramie witali naszą podgrupkę już prawie wszyscy. Po nas przyjechał tylko Przemek, ale on sam podpisuje swoje posty słowami „zawsze ostatni”. Na początku, po powitaniach, zaproszono nas do sali prelekcyjnej w Muzeum, gdzie dokonała się oficjalna ceremonia powitania i prezentacja pracowników Muzeum, którzy mieli współpracować z nami w najbliższych dniach. Po kilku minutach wiedzieliśmy już co mamy robić, zameldowaliśmy się w pokojach, rozpakowaliśmy nasze bagaże i przebraliśmy się w robocze ubrania. Hotel udostępniło nam bezpłatnie Muzeum, za co ponownie Wielkie Podziękowania! Już po kwadransie byliśmy gotowi do działania. Spotkaliśmy się przed głównym wejściem do Muzeum na krótką odprawę.(Fot. 2)

Laki zaprezentował szkic zaplanowanych działań, rozdał mapki i opowiedział o pierwszym terenie, na którym mieliśmy działać w piątkowe popołudnie – o okolicach dawnego kasyna, budynku znajdującego się na przeciwko głównego budynku Muzeum i o otaczającym go parku. Chwila uwag na temat zbierania znalezisk i ich pakowania, rozdanie woreczków i przenosimy się na drugą stronę drogi, do parku, gdzie następuje otwarcie Akcji.(Fot. 3)

Park wypełnia różnorodny śpiew wykrywaczy, które sprzęgają się na różne sposoby. Konieczne jest zachowanie dystansu pomiędzy zespołami. Teren jest łatwy do eksploracji, ziemia przystępna, jednak nie brak tu wszędobylskich „polmosów” i innych śladów historii najnowszej. Do dziś w budynku kasyna odbywają się bowiem imprezy: wesela, itp. Stąd śmieci. Na szczęście pojawiają się też pierwsze artefakty: fragment lampy naftowej, jakiś element z maszyny/urządzenia z logo niemieckiej fabryki z Nysy, łuski, guziki wojskowe – przed- i powojenne… Przy okazji pół plecaka złomu, który odkładamy potem do osobnej torby (przy okazji oczyszczamy nieco teren). Przechodzimy park wzdłuż, pasami, a potem zespoły rozchodzą się w różnych kierunkach. Towarzyszą nam Panie z muzeum. Na bieżąco odkładamy do ich toreb poszczególne znaleziska… (Fot. 4 i 5)

Przemek dołącza po kwadransie od rozpoczęcia. Wjeżdża na teren poszukiwań z dwiema, wielkimi flagami „Sakwy”, łopoczącymi wysoko na masztach zatkniętych na pace samochodu. Wkrótce jest z nami w parku, więc jesteśmy w komplecie. Po kilku godzinach kończymy. Zmęczenie i lekkie znużenie wygrywa z pasją – wiele osób przed akcją pokonało spore dystanse samochodem. Wracamy do hotelu, gdzie bardziej zmęczeni padają do łóżek, a reszta robi jeszcze porządek z artefaktami i złomem. Sporządzamy pierwszą część fotografii znalezisk. Do spisu trafia 18 przedmiotów, które uznajemy za ważne. Reszta wędruje do kilku odrębnych toreb: na łuski; na złom i na przedmioty o nieznanym pochodzeniu i raczej niewielkiej (bądź żadnej) wartości historycznej. Poniżej jedno ze znalezisk pierwszego dnia.(Fot. 6)

Sobotni ranek, wbrew wszelkim prognozom pogody, jest lekko pochmurny, ale bezdeszczowy. Po szybkim śniadaniu w hotelowej kuchence spotykamy się o ósmej na dole. Naszym celem na sobotę są tereny w sercu obozu – sektor baraków obozowych (z pozostałościami zabudowań, teren ekspozycyjny) oraz przyległe do niego bliźniacze tereny obozowe, przy czym dziś zalesione, kryjące wiele tajemnic. Rozpoczynamy jednak wizytą pod dwoma pomnikami. Najpierw jedziemy pod wielki pomnik upamiętniający losy jeńców wielu narodowości, którzy żyli i zginęli w obozie w Lamsdorf w długim okresie jego działania (od lat wojny francusko-pruskiej po okres po II WŚ). Nasza delegacja, wraz z pracownikami Muzeum zapala symboliczne znicze pod pomnikiem.(Fot. 7 i 8)

Przejeżdżamy następnie na teren pozostałości baraków, gdzie również zatrzymujemy się na moment pod pomnikiem Powstańców Warszawskich, wywiezionych do Łambinowic (ponad 5000 osób!, w tym kilkunastoletni chłopcy – ich zdjęcia prezentowane w salach muzealnych w Łambinowicach robią wielkie wrażenie…). Pod pomnikiem robimy pamiątkowe zdjęcie grupowe naszej „ekspedycji”. (Fot. 9)

Rozpoczynamy właściwą część, czyli poszukiwania. Najpierw przedmiotem akcji jest właśnie teren baraków. Tak naprawdę tereny wokół to też „teren baraków”, ale pod tym pojęciem nazywamy sektor, w którym utrzymano pozostałości zabudowań oraz zrekonstruowano wieżę wartowniczą i jeden z baraków. Teren ten służy m.in do prezentacji dla wycieczek i zwiedzających, a także do realizacji przedsięwzięć artystycznych, spektakli itp. Tak naprawdę to tylko ten sektor świadczy dziś o tym, że faktycznie był to teren obozu, reszta jest porośnięta lasem i gęsto zakrzewiona. Nasza grupa rozchodzi się po sektorze, tak jak wczoraj w towarzystwie pracowników Muzeum. Na tym terenie pojawiają się jedne z najciekawszych artefaktów weekendu: zegarek, medale z wojny francusko-pruskiej, guziki belgijskie (i nie tylko), a także – jak wszędzie tutaj – mniejsze i większe fragmenty i pozostałości amunicji, głownie kule i łuski. (Fot.10 i 11)

Ciekawostką, a zarazem największym znaleziskiem całej Akcji, był żeliwny podkład kolejki wąskotorowej, która doprowadzona była do obozowych baraków. (Fot. 12 i 13)

W przerwach w poszukiwaniach Członkowie „Sakwy” udzielili również wywiadu dla TVP Opole, której reporterzy przygotowali z naszej Akcji krótki materiał, po południu był on już emitowany w Kurierze Opolskim (patrz zakładka „Sakwa w mediach”). (Fot. 14)

Bardzo zadowoleni, po małym podsumowaniu zbiorów na murku jednego z baraków i po pożegnaniu przedstawicieli TV, przejechaliśmy kawałek dalej, na główny teren, znajdujący się nieopodal i będący celem na sobotę. Spędzamy tutaj kilka godzin, rozprzestrzeniając się po okolicznym lesie i polu, które ze względu na wąski kształt nazwaliśmy leśną przecinką. Teren jest mocno doświadczony przeszłością, poprzecinany siatką okopów. Wykrywacze dzwonią ponownie głównie z powodu pozostałości militarnych. Cudem unikamy chyba znalezisk większego kalibru. Przecinka okazuje się mekką ołowianych kulek. Ściągnęły tu chyba z całego województwa. To oczywiście pozostałości szrapneli. Nie ma metra bez kulki. Szybko więc wycofujemy się więc do lasu. Na przecince pada też jedna moneta – stare 5 kopiejek z końca XIX w. Najlepsze jednak okazuje się dopiero przed nami. Część grupy natrafia na pozostałości odzieży i butów. To ewidentny ślad dołu zrzutowego, czyli miejsca śmietniska, do którego zrzucano odzież, obuwie jeńców. Zaczyna się kopanie…(Fot. 15 i 16)

Po połowie godziny dół już jest po pas, a my, wokół niego jak dobrze zorganizowany ul – każdy ma jakieś funkcje: część stoi w dole i kopie, wyrzuca ziemię na brzegi, gdzie inni przeszukują ją wykrywaczami i rękami, wydłubując z niej głównie guziki – przeróżne guziki… Pomocnikami do wydłubywania są nasi najmłodsi: Miłosz (syn Wiślanina) i mój Wojtek. Guziki wyskakują jak grzyby po deszczu. Wkrótce mamy ich kilka woreczków… Natomiast butów i fragmentów skór jest cały kosz na bieliznę podstawiony do tych celów przez Muzeum. Trafił się nawet jeden prawie cały but. Jest też podkówka z obcasa, no i ponownie są guziki… francuskie, belgijskie i nawet jeden litewski! Na twarze, mimo zmęczenia, wychodzą uśmiechy. To więcej niż oczekiwaliśmy…(Fot.17 i 18)

Dół po przejrzeniu ziemi zostaje zasypany, a my ruszamy na obiad… Niezwykły obiad…. Ryszard, nasz kolega z Niemodlina, Członek Stowarzyszenia, przygotował jedną z największych niespodzianek – zafundował nam wspaniałe biesiadne żarcie (inaczej tego nie określę) z tzw. jednego gara (tzw. Eintopf), w którym razem z kiełbasą, karkówką bulgotały ziemniaki i inne pyszności… Raj dla podniebienia po takiej ilości tlenu i ruchu… Ryszard przywiózł zarówno sam wielki kociołek i jego zawartość, ale i ławki, przy których zasiedliśmy wszyscy do biesiadowania… Przez krótką chwilę najważniejszym znaleziskiem stał się dla mnie pełen talerz smaczności (jeszcze raz dziękujemy, Ryszard!)…(Fot. 19 i 20)

Po obiedzie załatwiamy kilka spraw formalnych związanych z uchwałami (przyjęcie nowego Członka, akceptacja sprawozdania za rok 2008 itp…). Wkrótce ławy biesiadne stały się ławami do przeglądania i segregacji artefaktów. Skorzystaliśmy też ze światła dziennego, by zrobić lepsze zdjęcia niż piątkowe, które były wykonane w półmroku kuchni hotelowej. Kilka osób segregowało guziki, przerzucając na osobne kupki niemieckie groszki, francuskie „półkulki” i inne grupki… Do woreczków pojedynczo wędrują największe „skarby”, tj. zegarek, grzebienie, harmonijki, guziki rzadsze, nieśmiertelniki… do zbiorowych opakowań zaś – grupy guzików, popularne monety niemieckie itp… W sumie, nie zapakowaliśmy tylko… kosza butów i podkładu kolejowego, byłoby to raczej niemożliwe.(Fot. 21 i 22)

Na listę trafia łącznie z piątkiem 67 pozycji (guzików oczywiście jest dużo więcej, ale takie same pakujemy zbiorczo). Wieczór spędzamy w małej jadalni, spisując raport z Akcji. Krok po kroku wpisujemy do raportu wszystkie artefakty. Jest tego sporo… Razem z Prezesem sporządzamy teksty podjętych uchwał, Shin zbiera podpisy na liście obecnych… Przygotowujemy również pisma do WKZ i Muzeum z podziękowaniami i egzemplarzami raportu… Do łóżka kładę się po północy… Wszyscy już śpią, a muzeum spowija cisza…

Niedziela zaczyna się od małego nieporozumienia organizacyjnego (rożne wersje godziny spotkania rano), które jednak udaje się szybko zażegnać. Przekazujemy oficjalnie ponumerowane artefakty. Panie z Muzeum uważnie przeglądają zbiory. Przypominają o 5-kopiejkówce. Faktycznie, Prezes postanowił spędzić z nią pożegnalną noc i zdał ją dopiero rano. Zaraz też dołącza ona do zbiorów. Raport zostaje podbity, podpisany, a zbiory zostają w Muzeum.(Fot. 23)

Większość z nas wyjeżdża już do domu zaraz po przekazaniu zbiorów. Zostajemy właściwie w piątkę (nasza rodzina, Shin i Laki). Udajemy się jeszcze raz w okolice hydroforu, penetrujemy okolice wielkich dołów (podobno miały funkcję wielkiej oczyszczalni), odkopując jednak tylko fragment olbrzymiej blachy. Chodzimy też wzdłuż głównej osi obozu (drogi dojazdowej), gdzie wykopujemy kilka łusek i kul szrapnelowych. Wracamy w okolice budynku Muzeum, zatrzymując się jeszcze na pół godziny na sąsiedniej, zarośniętej działce. Mnóstwo tu pozostałości po zabudowaniach, zapadniętych magazynów-piwniczek itp. W ziemi jednak tylko złom i łuski… Blacha, którą podejrzewam o fragment skrzynki amunicyjnej zostaje przez Shina zakwalifikowana do kategorii „stare bagażniki rowerowe”… Tak więc w niedzielę już bez wielkich sukcesów… Wracamy do hotelu, pakujemy się, zwalniamy pokój, żegnamy się z Paniami z Muzeum, a na koniec z Lakim. To były bardzo udane dni. A przecież to dopiero początek akcji! Pozwolenie zostało wydane do końca roku, a więc trzeba mieć nadzieję, że spotkamy się na terenie obozu jeszcze klika razy i dostarczymy do muzealnych gablot jeszcze wiele ciekawych rzeczy. (Fot. 24)

Na koniec, ponownie, składam podziękowania wszystkim zaangażowanym w Akcję osobom, a także tym, którzy sprawili, że jest ona możliwa do przeprowadzenia. Mam nadzieję, że niedługo znów spotkamy się w terenie.

PS: No i jeszcze kilka wybranych fotografii z protokołu z pierwszej odsłony Akcji „Łambinowice” (protokół przekazano wraz z CD z fotografiami do Muzeum i do WKZ Opole) (Fot. 25, 26 i 27)

Oczywiście najwięcej odkrytych znalezisk to militarny złom – łuski, kule, kulki szrapnelowe itp. Zapakowaliśmy je w osobną torbę papierową. Najcenniejszymi znaleziskami były m.in. nieśmiertelniki, w tym widoczny tu cały nieśmiertelnik z numerem tutejszego obozu…

Druga część Akcji Łambinowice odbyła się jesienią 2009 roku. Relację z niej będzie można również przeczytać już niebawem.

Źródło: sakwa.org


Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*