Annie Ernaux, Powroty
Annie Ernaux to pisarka niemalże spełniona. Na jej koncie znajduje się Literacka Nagroda Nobla. Mimo to nie zamierza spoczywać na laurach i podąża swoją ścieżką naprzód. Jednak tym razem robi krok w tył – do czasów swej młodości, do roku 1952. Opisuje swoje spostrzeżenia z życia niewielkiej normandzkiej mieściny. To czas, gdy jeszcze nie była kobietą, ale już przecież nie dzieckiem. Świat, który ją otacza, zniszczony, a właściwie odbudowujący się po II wojnie światowej jest szary, prosty, niemal że brutalny.
Zamiast początku
„(Zasady tego uniwersum mogę sformułować i opisać tylko w czasie teraźniejszym, jak gdyby nie zmieniły się, odkąd miałam dwanaście lat, jak gdyby pozostały nienaruszone. Kiedy składam ten wszechświat na nowo, jego spójność i moc wydają mi się porażające. A przecież żyłam w nim spokojnie, nie pragnąc niczego innego. W słodkim zapachu jedzenia i wosku unoszącym się na klatce schodowej, w gwarze przerwy, w ciszy przeszywanej gamami wygrywanymi na czyjejś prywatnej lekcji fortepianu nie dostrzegało się jego praw” (s. 47)
Życie po wojnie nie było wcale prostsze niż przed wojną. Wprawdzie śmierć nie groziła już taką erupcją, jednak, gdzieś, na obrzeżach świadomości, czaiła się nadal. A to ktoś kogoś zamordował, a to znowu jakaś kobieta się utopiła… albo ojciec Noblistki podejmuje próbę zamordowania szanownej małżonki. Od tego zaczyna się nostalgiczna podróż w głąb siebie, do własnych korzeni.
A jednak życie płynie, musi płynąć, dalej. Stąd też takie przywiązanie do pewnych standardów, zachowań, uzusów, które miały przynieść „dostojne” szczęście. Z jednej strony mamy świat zdominowany przez wyznawców katolicyzmu, którzy – w kontrze do rozbuchanego, niebezpiecznego świata, starają się nie wyróżniać. W ich poczuciu ta skromność jest formą wychwalania łask Pana. Pal licho, że ich świat jest bardzo zbrutalizowany, oportunistyczny, opresyjny.
„Dzieci uważa się za złe z natury, więc ich karanie i dyscyplinowanie to obowiązek dobrych rodziców. Od „klapsa” po „lanie” – wszystkie chwyty dozwolone. Nie było to oznaką bezduszności czy brutalności, o ile poza tym starano się potomstwo rozpieszczać i nie przesadzano z karami. Często rodzic kończył opowieść o przewinie dziecka i karze, jaką mu wymierzył, słowami: „Miałem ochotę go zatłuc!” – dumny, że zdołał wymierzyć sprawiedliwość, nie dając się jednak ponieść wściekłości, uzasadnionej przecież w obliczu takiego zła.” (s. 37)
Wymagania, dobry ton, ciężka praca, skromność, bogobojność posunięta aż do dewocji. Ma być lepiej. Czy jest? Nie mnie to osądzać. Powiem tylko tyle, że to nie mój świat.
„Nie ma się jednak poczucia życia pod przymusem. Prawo narzucane jest łagodnie, swojsko – na przykład przez aprobujący uśmiech „pani”, którą pozdrawia się z uszanowaniem, mijając ją na ulicy” (s. 51).
Z drugiej strony jest świat nowoczesny, świecki. Fascynujący, nieznany i w jakiejś mierze inspirujący, przerażający swą otwartością. Majaczy gdzieś z daleka, czasem nieświadomie dobijając się do świata wiernych. Ci, którzy mu ulegają pozostają stygmatyzowani, a czasem wykluczeni. Po prostu – zdrady się nie wybacza.
Prosta prostota
Powieść jest wciągająca. Choć wyziera z niej swoista szarość, tak podobna naszemu swojskiemu PRL-owi, to jednak Autorka zdaje się sugerować, że ten świat miał w sobie pewien powab, pewne piękno, które nadal ją pociąga. Proste wybory. Proste ścieżki rozwoju. Brak rozpasania, gonitwy myśli. Po prostu życie, stąpanie twardo na dwóch nogach.
Bardzo podoba mi się fakt poruszania pewnych intymnych, prywatnych przeżyć i obserwacji. Takich, które nie krzywdzą, ale poruszają. Autorka, choć oszczędna w formie wypowiedzi czy środków stylistycznych, potrafi poruszyć w nas jakąś nutkę nostalgii – za dawnym, „sielskim” życiem naszego dzieciństwa. Świata, gdzie podporządkowani rodzicom, mogliśmy żyć, wprawdzie na pół gwizdka, ale za to bezpiecznie, bez poczucia ciągłej pogoni.
Wszystko było uporządkowane, i czemuś – zazwyczaj rodzicom – podporządkowane. To jak powrót do Arkadii naszych dziecięcych dni. I wiecie co? Czytając tę książkę, gdzieś pomiędzy wersami wróciłem do czasów swej młodości. Krajobrazy, czy niektóre wspomnienia Annie Ernaux były tak podobne do moich. Momentami czułem z nią jedność emocjonalną. Coś doprawdy niezwykłego. I tak sobie myślę, że warto było sięgnąć po tę książkę.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 172 stronach, z czego blisko 1/3 zajmują prywatne fotografie Autorki. To powieść z elementami autobiografii, ale takiej, która w jakiś magiczny sposób pozwala odnaleźć elementy naszych własnych małych ojczyzn, naszych dawnych przemyśleń i przeżyć. Czyta się naprawdę ciekawie. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Czarne
Ocena 5/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.