Diableł w Colombes

Diabeł w Colombes. Ostatnia misja templariuszy

Mgła nad Sekwaną skrywała więcej niż tylko statki rycerzy Świątyni. Gdy templariusze dotarli do komandorii, czekał ich widok, który mógłby przerazić nawet najbardziej zahartowanych wojowników – ludzie króla szukali czegoś, co nazwali diabłem. Właśnie wtedy narodziła się legenda o Diabeł w Colombes.

— Henryku. — Ktoś szarpnął go za ramię.

— Tak? — Obudził się i w mgnieniu oka pojął, gdzie jest.

— Za chwilę świt. Musisz oprzytomnieć. — Gérard mówił cichym, metalicznym głosem.

Nad statkiem wisiało jeszcze ciemne niebo, ale świt rzeczywiście musiał być blisko. Henryk słyszał miarowe ruchy ramion wioślarzy i cichy plusk rozgarniających falę wioseł. Dojmujący chłód przenikał zziębnięte po nocy ciała, ale flotylla płynęła równo i miarowo z prądem rzeki. Wychylił się za burtę. Nad wodami Sekwany unosiły się szare mgły. Było jeszcze tak ciemno, że linia brzegu roztapiała się w mroku. Uniósł się, ukląkł i rozpoczął poranną modlitwę. W ciszy i skupieniu powtarzał nieme słowa pamiętane z katechizmu. Za siebie, Świątynię, Jakuba de Molay i wszystkich ludzi zakonu, którym będzie dane zmierzyć się tego dnia ze złem. Na pozostałych nefach rycerze w białych tunikach z krwawymi krzyżami klęczeli jak on i modlili się równie gorliwie.

Tekst jest fragmentem książki Koniec świata templariuszy, która czeka na Ciebie tutaj:

Świt pokonał w końcu straszną wiedźmę nocy, a powietrze zaczęło szarzeć. Kiedy Henryk powstał z kolan, bracia Gérard de Villiers, Odon i Ludolf podeszli nieco bliżej i usiedli na stercie lin, by odbyć radę. Serwienci przyprowadzili jakiegoś marnego człowieczka, zapewne miejscowego rybaka, który znał okolicę.

— Mów, człeku, gdzie jesteśmy.

— Niedługo Bezons, panie — wykrztusił człeczyna. — Tu rzeka się rozwidla. Prawa odnoga jest żeglowna, lewa przeciwnie. To mokradła, ale można przepłynąć, gdy się wie, gdzie nurt bardziej wartki.

— Jeśli przed nami Bezons, to gdzieś tu komandoria w Colombes — rzekł de Villiers.

— Tak, panie — potwierdził człeczyna.

— Płyniemy dalej czy zatrzymujemy się w Colombes? — zapytał brat Ludolf.

— Powinniśmy zatrzymać się w jakimś odludnym miejscu i wybrać po zapasy do Colombes. Będą potrzebne. Droga do La Rochelle zajmie wiele dni — odpowiedział Gérard.

— Colombes to wielka i bogata komandoria.

— Nie mam wątpliwości, że będą tam już ludzie króla — rzekł jakby do siebie Henryk.

— Trzeba sprawdzić, czy Filip zdecydował się na atak — rozstrzygnął Gérard. — Odonie i Henryku, zatrzymamy się w martwej odnodze rzeki tuż za Bezons. Popłyniecie do brzegu i udacie się do Colombes. Jeśli bracia przyjmą was w spokoju, ujawnicie swoje imiona i weźmiecie zapasy. Jeśli traficie na ludzi króla, wrócicie na statki. I najważniejsze: musicie być niewidzialni. Nikt z nieprzyjaciół Świątyni nie może was ani zobaczyć, ani rozpoznać. My wszyscy, ta flotylla i to, co wieziemy — nie istnieje! Jeśli mielibyście być pojmani, wydrapcie sobie oczy i odgryźcie języki. Jesteśmy duchami.

— Tak, panie — odpowiedzieli bracia Henryk i Odon. — Zaraz ruszamy.

— Jeszcze jedno. — Gérard obrócił się na pięcie i wydał rozkaz zatrzymania floty w bezpiecznym miejscu na lewej odnodze Sekwany. — Co do was. Nie możecie wyglądać jak służebnicy Świątyni. Zaraz zajmie się wami golibroda.

Zza pleców Gérarda usłyszeli ciche gwizdy i poczuli, że statki skręcają delikatnie w lewo. Jeszcze chwila i zatrzymały się pod gęstymi od żółknących liści parasolami nabrzeżnych drzew. Nie minął pacierz, kiedy do braci Henryka i Odona podszedł zapowiedziany przez Gérarda człowiek z wielkimi nożycami. Był to niski, grubawy mężczyzna z wyrastającymi przy uszach kępkami siwizny. Na głowie miał czarny wyświechtany czepek. Obaj uklękli przed nim, jakby był rozdającym komunikanty kapelanem prowincji zakonu. Czekali w pokorze na nożyce, wiedząc, że ich ogolone głowy i długie brody templariuszy są znakiem zakonu. Między ludźmi czyniłoby to ich nadto rozpoznawalnymi. Golibroda wyjął skręcone śrubą żelazne ostrza i sprawnymi ruchami pozbawił ich owłosienia. Henryk stracił niewiele, bo jego kilkutygodniowy zarost ledwie się rysował na szczupłej twarzy, ale Odon, dużo starszy i już siwy, wyglądał bez brody jak duże, pulchne dziecko. Obaj bili się w piersi i ronili łzy. Czyż przez lata nie byli sługami Świątyni? Czyż nie przyzwyczaili się do atrybutów rycerskich tak bardzo, że owa ostrzyżona głowa i długa broda były ich drugą skórą, a nawet więcej, prawdziwą ludzką tożsamością? Pozbawieni tego, co zakonne i męskie, czuli się jak odstępcy od wiary.

— Zmieńcie ubrania — rozkazał Gérard.

Zdjęli tuniki z krzyżami, włożyli rzucone im przez służbę proste stroje i tak przebrani znów uklękli do modlitwy. Było już kilka pacierzy po świcie, kiedy Gérard ucałował każdego z nich w czoło, a niewielkie czółno zawiozło obu braci na brzeg. Świt był w pełni. W przybrzeżnych zaroślach budziło się z krzykiem ptactwo. Chaszcze i tataraki rozbrzmiewały chórem pisków, kwękań i pogwizdywania. Znad rzeki unosiła się gruba jak flandryjskie sukno mgła. Chłodne błoto przyklejało się do skórzanych ciżem, które mieli na nogach, ale chłodu bali się najmniej.

Wyszli na brzeg i szybko skierowali się łęgami i łąkami na wschód, w stronę komandorii w Colombes, gdzie w przeszłości nie raz bywali jako wizytujący prowincję współbracia. Wilgotny las tłumił kroki. Biegli, by po chwili zwolnić; kiedy odpoczęli, biegli znowu, zatrzymywali się i biegli dalej. Szarówka świtu ustąpiła pierwszym dojrzałym promieniom słońca. Łęgi parowały, więc widoczność była bardzo słaba. Momentami zatrzymywali się, widząc ziemiste chaty kmieci. Nie chcieli, by ktoś ich zauważył. Było wciąż bardzo wcześnie, kury piały dopiero drugi raz, ludzie się budzili. Po godzinie marszu dotarli do kępy olch, z której widać było zabudowania komandorii.

— Podejdźmy, bracie Odonie, bliżej, ale tak, by nas nie dostrzeżono — wyszeptał Henryk.

Odon potwierdził skinieniem głowy.

Weszli w głębokie trawy łąki, która ciągnęła się w stronę zabudowań. Szli pochyleni, skupieni, bezszelestnie i uważnie spoglądali na zabudowania. We wczesnym słońcu Colombes wydawała się cicha i bezpieczna, jakby nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo. Nagle powietrze przeszył krzyk. Potem drugi, trzeci, kolejny. Przylgnęli do ziemi. Po chwili lekko unieśli głowy i poprzez ścianę traw zobaczyli coś, co ich przeraziło. Przed kamienną bramą komandorii kłębili się ludzie uzbrojeni w tarcze i włócznie. Musieli być sługami bajlifa z Saint-Denis. Górował nad nimi wysoki mężczyzna, pewnie komendant oddziału. Przed nim klęczało na ziemi kilkunastu ludzi. Żaden z nich nie miał na sobie białej tuniki, ale bez wątpienia była to załoga komandorii. Dowódca oddziału podchodził do niektórych i bił ich po twarzy ciężkim przedmiotem. Niektórzy upadali, chwilę leżeli na ziemi, potem się podnosili. Uderzał ponownie i wtedy krzyczeli. Jego słudzy skuwali część klęczących żelazem. Pozostałych zmuszano do wyciągania rąk. Słudzy podchodzili do nich i bili kijami po głowach, plecach, by zmusić ich do uległości. Krzyki były coraz gęstsze.

Nagle jeden z klęczących uniósł się i rzucił do ucieczki. Strażnicy krzyknęli głośno, a kilku z nich porzuciło skutych już więźniów i rozpoczęło pogoń. Ów śmiałek, który zdecydował się na ucieczkę, najpierw kluczył, ale po chwili skierował się bezwiednie w stronę niewidocznych dla niego Henryka i Odona. Goniło go trzech strażników. Biegli z trudem, ociężale. Mimo że porzucili broń, w biegu przeszkadzały im ciężkie szaty i stalowe hełmy. Zgubili je zresztą po przebiegnięciu części łąki. Teren był grząski, niewygodny, sapali więc strasznie, a w ich oddechu słychać było zmęczenie. Henryk i Odon przywarli do ziemi i zamarli w bezruchu. Przeklinali w duchu, że nadto się zbliżyli do komandorii i narazili na niebezpieczeństwo. Woleli zostać niezauważeni, ale było za późno. Uciekinier przybliżał się do miejsca ich kryjówki. Był już tak blisko, że słyszeli jego urywany oddech i sapanie goniących. Był o rzut kamieniem, o połowę, zbliżał się niebezpiecznie, jakby czując, że biegnie w stronę współbraci. Henryk skupił się na chwilę, zwarł w sobie i gdy uciekinier go minął, sprężył wszystkie mięśnie. Uciekinier był młodym chłopcem w zakonnej szacie. Miał rumianą od wysiłku twarz i złote włosy. Przebiegł obok Henryka, nikogo nie zauważając. Tuż za nim biegli słudzy bajlifa. Oni również nie widzieli ukrytych w trawie braci, ale tym razem, gdy mieli wyminąć obu konfratrów, Henryk uniósł się błyskawicznie i z szybkością młodzieńca doskoczył do jednego ze strażników. Nie zaatakował go jednak, ale będąc tuż przy nim, błyskawicznie się uchylił, nisko przykucnął i wyciągniętą lewą stopą podciął biegnącego tak precyzyjnie, że ten wzbił się w powietrze, wykręcił kozła i padł twarzą na ziemię. Chrzęst krótkiej kolczugi zagłuszył jego krzyk. Pozostali dwaj minęli już Henryka i Odona, ale widząc kątem oka, co się stało z ich towarzyszem, zatrzymali się raptownie, zawrócili i popędzili w stronę templariusza. Ten zaś, zamiast uciekać, ruszył z pełną prędkością w ich kierunku. Nie minęła chwila i wpadł między nich, uderzając jednego w pierś i zahaczając ręką drugiego. Jako że wszyscy byli w pełnym pędzie, wywrócili się. Zanim jednak strażnicy zdołali się podnieść, Henryk siedział już na piersi pierwszego z nich i bił tak silnie w skroń, że słychać było tylko chrzęst kości, drugi zaś, krzycząc z przestrachu, błyskawicznie zawrócił i chciał uciekać. Henryk chwycił jednak leżący nieopodal płaski kamień i rzucił go z taką zręcznością i siłą, że trafił w uciekającego i powalił go na ziemię. Henryk znów schował się w trawie. Krzyknął z cicha do uciekiniera z Colombes, który okrągłymi ze zdziwienia oczami patrzył na leżących na ziemi strażników i pochylonego Henryka.

— Na ziemię, bracie! — krzyknął templariusz.

Uciekinier najpierw się skulił, potem przykucnął, a w końcu dotknął nosem wilgotnego gruntu. Teraz nikt, ani templariusze, ani nieprzytomni strażnicy, ani uciekinier nie byli od strony komandorii widoczni.

— Odonie, czy strażnicy zauważyli to nasze widowisko?

— Nie sądzę — wyszeptał Odon. — Byli zajęci resztą więźniów.

— Odejdźmy, zanim zaczną szukać towarzyszy.

Henryk zbliżył się do jasnowłosego chłopca w szacie zakonnika, gestem nakazał milczenie i zaczął się wycofywać w kierunku zarośli. Odon podążył za nim.

— Kim jesteś, chłopcze? — spytał jasnowłosego, gdy siedzieli już w bezpiecznej odległości od komandorii.

— André, panie. Postulant z Colombes.

— Mów — rozkazał.

— Przyszli nas aresztować, szukali diabła, bili, więc uciekłem.

— Czego szukali?

— Diabła.

— Jak to diabła?

— Brodatej głowy z rogami, mówili, że diabeł.

Templariusze patrzyli na niego zdziwieni.

— W kościele diabła? Przecież to świątynia boża. Diabła szukali?

— Tak, panie. Diabła. — Postulant oddychał ciężko.

— Kogo pochwycili?

— Wszystkich, panie. Brata Baldwina, serwientów, kapelana, cieśli, stolarzy, parobków.

— I co chcą z nimi zrobić?

— Nie wiem. Mówili, że poprowadzą do Saint-Denis.

— Boże wielki — westchnął Henryk. — Stało się, jak mówił brat Ewerard.

Nagle od strony komandorii doszły ich głośne krzyki. To strażnicy wołali towarzyszy, którzy popędzili za jasnowłosym.

— Idziemy — rzekł Henryk. — Zaraz tu będą. Nie powinni nas widzieć.

Ruszyli, wciąż pochyleni, w kierunku Bezons, gdzie czekały statki. Po drodze zajrzeli jeszcze do kilku chat i odebrali chłopom pół tuzina bochnów wczorajszego chleba. Jeden z kmieci, który protestował, został obity przez Odona kijem po głowie i plecach.

— To dla Boga! — krzyczał Odon i pomstował na gnuśność tutejszego chłopstwa.

Gdy dotarli na statki, słońce już stało wysoko. Czółno zawiozło ich na przeciwległy brzeg odnogi Sekwany, gdzie kryły się statki zakonu. Preceptor Francji, Gérard de Villiers, czekał na wieści.

— Panie, nic dobrego nie mamy do powiedzenia — wydusił z siebie Henryk.

— Zgroza! — dodał Odon.


Tekst jest fragmentem książki Koniec świata templariuszy Bogusława Chraboty i powstał we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

Comments are closed.