Sienkiewicz, Matejko, film Aleksandra Forda i propaganda Polski Ludowej sprawiły, że mity bitwy pod Grunwaldem stały się częścią zbiorowej wyobraźni. Wiele z nich ma więcej wspólnego z literaturą, sztuką i polityką pamięci niż z ostrożnie czytanymi źródłami.
Chyba nie ma w Polsce drugiej daty tak dobrze znanej jak 1410 rok. Każde dziecko to kojarzy – bitwa pod Grunwaldem, dwa nagie miecze, Zawisza Czarny, Jagiełło i pokonana krzyżacka zawierucha. Spora w tym zasługa powieści Sienkiewicza, zekranizowanej w 1960 roku przez Aleksandra Forda.
Z jednej strony – to dobrze. Z drugiej jednak zbyt często zapominamy, że Sienkiewicz przecież nie pisał rozprawy naukowej, ale powieść historyczną. Krzyżacy musieli się przede wszystkim dobrze czytać. Niebagatelne znaczenie miał też czas, w jakim ta książka powstawała. Dawna potęga Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego była już tylko wspomnieniem. Kraj znajdował się pod zaborami. Polacy byli intensywnie rusyfikowani i germanizowani. Aby uchronić naród przed unicestwieniem, działacze patriotyczni musieli prowadzić szeroko zakrojoną akcję, skierowaną nie tylko do elit, lecz także (a może i przede wszystkim) do mas. Bitwa pod Grunwaldem idealnie nadawała się do rozbudzania i wzniecania patriotycznego ducha Polaków.
Przypominano, że przecież już raz Polacy złamali i upokorzyli butnych Prusaków, czemu więc historia miałaby się nie powtórzyć? Kiedy Matejko w latach 1872 – 1878 malował swoje opus magnum, towarzyszyło mu ogromne zainteresowanie społeczeństwa, nie tylko w Krakowie. Na pierwszy pokaz jeszcze nieukończonego dzieła przyszły tłumy. Płótno zostało sprzedane na pół roku przed uroczystym odsłonięciem!
Rolę, jaką Bitwa pod Grunwaldem odgrywała w sztuce, w literaturze mieli odgrywać sienkiewiczowscy Krzyżacy. Tutaj wymowa była równie jasna i zdecydowanie antyniemiecka. Ten kontekst trzeba mieć zawsze z tyłu głowy, gdy zasiadamy do lektury. Drugie życie obu dziełom przyniosła II wojna światowa. Ponownie odwoływano się do starego schematu – Niemiec równa się Krzyżak. Zresztą sami Niemcy byli świadomi siły tego propagandowego znaczenia.
Dlatego podjęli ogromne wysiłki, aby obraz Matejki znaleźć i zniszczyć bądź wywieźć. Oferowali ogromną nagrodę (początkowo milion marek, później sumę zwiększono aż dziesięciokrotnie!) za wskazanie miejsca ukrycia albo przynajmniej za jakąkolwiek wskazówkę. Jednak dzięki poświęceniu przede wszystkim pracowników Zachęty i muzeum w Lublinie obraz udało się zabezpieczyć. Po wielu perypetiach mogących stanowić podstawę niezłego scenariusza obraz szczę- śliwie doczekał w jednej z podlubelskich wsi na Armię Czerwoną.
Chociaż mało brakowało, aby Niemcy nieświadomie dopięli swego – po pięciu latach wożenia i ukrywania obraz był bowiem w fatalnym stanie, bliski całkowitej destrukcji. Porozdzierany i zapleśniały przedstawiał obraz (nomen omen) nędzy i rozpaczy. I tylko dzięki benedyktyńskiej pracy zespołu profesora Bohdana Marconiego udało się go przywrócić do świetności.
Nowe władze nie szczędziły środków na renowację. Obraz był im bowiem potrzebny propagandowo. Władza ludowa chętnie grała kartą grunwaldzką. To nie przypadkiem pierwszą powieścią wydaną w Polsce powojennej byli właśnie Krzyżacy. Najwyższym odznaczeniem wojskowym ustanowionym po wojnie był Krzyż Grunwaldu. Przysięga żołnierzy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki odbyła się w rocznicę bitwy, 15 lipca 1943 roku.
Jednym z najbardziej znanych plakatów propagandowych tamtego okresu jest plakat Tadeusza Trepkowskiego Grunwald 1410 – Berlin 1945 (przedstawia on dwa hełmy – jeden to podziurawiony hełm rycerski z krzyżem, na którym siedzi kruk, a drugi to bardzo charakterystyczny niemiecki stahlhelm ze swastyką, przy którym też znajduje się kruk). Bardzo prosty i wymowny, zrozumiały w zasadzie dla każdego.
Co więcej, w powojennym porządku pobojowisko znalazło się w granicach Polski. A więc władza zyskała miejsce, gdzie można było stawiać pomniki, zbudować muzeum, organizować uroczystości rocznicowe, a także zainicjować badania archeologiczne. Okazją do tego była przede wszystkim 550. rocznica bitwy, przypadająca na 1960 rok.
I właśnie na tę rocznicę zaplanowano premierę filmu Krzyżacy Aleksandra Forda. To była chyba ostatnia (o ile nie jedyna) produkcja polskiej kinematografii, która mogła stawać w szranki z filmami hollywoodzkimi. Tutaj też władza nie oszczędzała. Producenci dysponowali tysiącami kostiumów i setkami statystów. Wojsko udostępniło swoje stajnie i konie (dlatego sekwencje bitwy kręcono nie na polach grunwaldzkich, ale w rejonie Starogardu Gdańskiego).
Tekst jest fragmentem książki Historyczne bzdury o średniowieczu, która czeka na Ciebie tutaj:
Na potrzeby filmu na kilka dni odcięto mieszkańców Tczewa od prądu (bo trzeba było położyć słupy wysokiego napięcia) i kupiono ogromne ilości kolorowej taśmy firmy Kodak (ale tu nadmienić trzeba, że wbrew powszechnej opinii nie był to pierwszy polski film zrealizowany w kolorze). Do konsultacji naukowej zaproszono wiodących badaczy, między innymi wybitnego bronioznawcę, Andrzeja Nadolskiego, czy mediewistę, Stefana Marię Kuczyńskiego.
No i cóż… opłaciło się. Krzyżacy okazali się absolutnym sukcesem. Dość powiedzieć, że do 1987 roku film obejrzało ponad 32 miliony osób! W okresie Polski Ludowej wyczynem było znaleźć kogoś, kto go nie widział. Nawet dzisiaj cieszy się on sporą popularnością i jest chętnie puszczany w telewizji. Przyznam szczerze, że ja sama mam do niego sentyment, mimo iż doskonale widzę pewne braki, no i gdzieniegdzie wyłazi z niego dość nachalna propaganda.
A ta w 1960 roku szła już dwutorowo. Pierwszy to ten doskonale znany od XIX wieku wydźwięk antyniemiecki. Mimo upływu lat w ogóle się nie zestarzał. Musimy zresztą pamiętać, że problem wschodniej granicy na Odrze i Nysie został częściowo rozwiązany dopiero w 1970 roku (to wtedy Niemcy uznały tę granicę), a ostatecznie dopiero w latach 90. Mieszkańcy tak zwanych Ziem Odzyskanych obawiali się, że Niemcy mogą wrócić.
Władza doskonale wyczuwała te obawy i niekiedy wręcz podsycała strach (jednocześnie przypominając, że jedynym gwarantem tej granicy jest ZSRR, co było zresztą prawdą). Idealnym narzędziem propagandowym stało się zdjęcie kanclerza Konrada Adenauera wykonane w 1958 roku. Został on wtedy honorowym członkiem zakonu krzyżackiego i sfotografowano go w płaszczu z czarnym krzyżem. Lepszego prezentu propagandyści z PZPR nie mogli sobie wymarzyć. Zdjęcie to stało się wręcz symbolem niemieckiego rewizjonizmu.
Ale to tylko jeden tor przekazu, ten nastawiony „anty”. Był też drugi, „pro”. Poprzez Grunwald bowiem podkreślano odwieczną przyjaźń i braterstwo broni między Polską a narodami ZSRR. Aż do absurdalnych wymiarów podkreślano udział w bitwie chorągwi (które w przekazie rozrosły się do pułków) smoleńskich. Słowem – Grunwald miał się jawić jako bitwa, w której zjednoczona słowiańszczyzna dała skuteczny opór germańskim najeźdźcom wspieranym przez zachodnie rycerstwo. Wypisz wymaluj – starcie NATO vs. Układ Warszawski.
Pewien problem dla propagandystów stanowiło to, że była to bitwa rycerska. Pobili się więc ze sobą wyzyskiwacze, dla których przecież w socjalistycznym kraju nie mogło być miejsca. Ten problem delikatnie przypudrowano, wysyłając na pole bitwy piechotę chłopską. I to ona miała zadać ostateczny cios niemczyźnie, zwalając z konia i zabijając dumnego wielkiego mistrza. Wizja nakreślona w okresie Polski Ludowej wciąż trzyma się mocno.
Dla wielu Polaków Jagiełło ma twarz Emila Karewicza, wielki mistrz zaciąga nieco po kresowemu, Litwini są w skóry odziani, a Krzyżacy w stal zakuci. Ale jak to często z popularnymi wyobrażeniami bywa, wizja ta nie zawsze jest zgodna z prawdą historyczną. Przyjrzyjmy się więc najpopularniejszym mitom związanym z Grunwaldem i spróbujmy dociec, jak to w rzeczywistości było. Zacznijmy może od tego, że Sienkiewicz, pisząc Krzyżaków, opierał się zdecydowanie na relacji Jana Długosza.
To najbardziej znane źródło dotyczące wydarzeń z lat 1409 – 1411, ale przecież nie jedyne. W dodatku nie jest to źródło pierwotne. Długosz urodził się dopiero pięć lat po bitwie. Owszem, w wojnie brał udział zarówno jego ojciec, jak i patron i chlebodawca, Zbigniew Oleśnicki, ale to wciąż przecież relacja z drugiej ręki. W dodatku by zrozumieć Roczniki Długosza, musimy zdać sobie sprawę, kim był on sam, a także kim był rzeczony Oleśnicki.
Zwłaszcza ta druga postać będzie dla nas kluczowa. Kiedy zaczynała się wielka wojna z zakonem krzyżackim, Zbigniew Oleśnicki był młodym sekretarzem w królewskiej kancelarii. Pochodził z zamożnej i bardzo wpływowej rodziny. Nic więc dziwnego, że na polach grunwaldzkich znalazł miejsce u boku króla. Jaką rolę tam odegrał? Tego niestety nie wiemy dokładnie.
W ogóle o nim nie wspomina najwcześniejsze z naszych źródeł, tak zwana Kronika konfliktu (pisana niemal na gorąco). Niestety nie znamy jej autora – mógł to być albo Zbigniew Oleśnicki właśnie, albo kanclerz Mikołaj Trąba. Co gorsza, źródło to znane jest tylko z XVI-wiecznego skrótu, gdyż oryginał zaginął. Długosz natomiast sławi odwagę Zbigniewa i szeroko opisuje pewien incydent podczas bitwy. Kiedy wielki mistrz w obliczu nadchodzącej klęski rzucił do ostatniej szarży swoje 16 odwodowych chorągwi, jeden z rycerzy, Dypold von Köckritz, miał odłączyć się od oddziału i natrzeć na króla. Życie monarchy zgodnie z długoszową opowieścią uratował właśnie Oleśnicki, który bez zbroi, uzbrojony wyłącznie w złamaną włócznię, ruszył na wroga i powalił go na ziemię. Jak było naprawdę? Tego niestety się nie dowiemy.
Według autora Kroniki konfliktu wrogiego rycerza pokonał osobiście Władysław Jagiełło. Czy Długosz posunął się do konfabulacji, by przydać sławy swojemu dobrodziejowi? Czy ten epizod został całkowicie zmyślony, czy tylko podkolorowany? A może to autor Kroniki konfliktu uważał, że czytelnicy mogą zarzucić tchórzostwo królowi, który całą bitwę spędził na wzgórzu, dlatego – aby wytrącić argument z rąk krytyków – pozwolił sobie na odejście od faktów? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Chociaż pewną wskazówką może być to, że kiedy w 1423 roku Oleśnicki miał objąć biskupstwo w Krakowie, musiał wystarać się u papieża o dyspensę za przelanie krwi chrześcijańskiej. Jakkolwiek by było w rzeczywistości, Zbigniew kariery dworskiej nie zrobił. Za to nabierała rozpędu jego kariera jako duchownego. Najpierw został proboszczem kościoła kolegiackiego św. Floriana, a po kilku latach otrzymał wspomnianą sakrę biskupią.
Oleśnicki nie uciekał też od polityki. Ostro sprzeciwiał się zbliżeniu polsko-husyckiemu, zablokował plany koronacji królewskiej Witolda. Jego wpływy w kraju wzrosły jeszcze bardziej po śmierci Jagiełły. Władysław III (który do historii przejdzie jako Warneńczyk) w chwili śmierci ojca miał zaledwie dziesięć lat. Zgadnijcie, kto sprawował opiekę nad małoletnim królem? No właśnie…
W trakcie rządów Warneńczyka to w zasadzie Oleśnicki kierował polityką państwa. Po tragicznej śmierci młodego króla biskup początkowo był orędownikiem wyniesienia na tron jego brata, księcia Kazimierza Jagiellończyka. Ale z czasem popadł w konflikt z królem i stał się jedną z twarzy antykrólewskiej opozycji. Uważał na przykład, że błędem jest wikłanie się w kolejną wojnę z zakonem krzyżackim (która to wojna w historii zapisze się jako trzynastoletnia).
Tekst jest fragmentem książki Historyczne bzdury o średniowieczu, Anna Zielińska, Wydawnictwo Sploty.
Fot. główna, Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, Muzeum Narodowe w Warszawie (fragment)
