Joseph E. Stiglitz, Droga do wolności. Ekonomia i budowa dobrego społeczeństwa
W świecie, w którym „wolny rynek” stał się religią, a neoliberalizm udawał naukę przez pół wieku, Stiglitz wchodzi na scenę z lodowatym prysznicem: wolność nie istnieje bez instytucji, regulacji i wspólnego działania. Droga do wolności to intelektualny demontaż dogmatów, które kształtowały globalną gospodarkę – i propozycja systemu, w którym wolność naprawdę coś znaczy.
Książka jest napisana językiem pewnym siebie, miejscami ironicznym, miejscami wściekle precyzyjnym. Przypisy są rozbudowane, ale narracja pozostaje przystępna. Struktura jest logiczna: od teorii wolności przez analizę rynku, nierówności i polityk publicznych, aż po międzynarodowy ład i propozycję systemową. Polskie wydanie jest staranne, ma klarowną przedmowę i klasyczny układ akademicko-popularny, który pozwala oddychać tekstowi. To nie jest książka, którą można streścić w kilku punktach – ona wymaga wejścia w sposób myślenia autora, bo to on jest tu najciekawszy.
Neoliberalny mit wolności: pięść, nos i XXI wiek
Stiglitz zaczyna od powrotu do podstaw, ale nie po to, by je odświeżyć, tylko by zburzyć. Wolność – ta ukochana flaga neoliberalizmu – według niego nigdy nie była absolutna, lecz zawsze relacyjna. Jedna osoba może „poszerzyć wolność” tylko dlatego, że komuś innemu ją ograniczy. W poprzednich epokach dało się to jeszcze ogarnąć prostą metaforą pięści i nosa.
Dzisiaj jednak nasza pięść to technologie, globalne epidemie, kryzysy finansowe, wymykające się spod kontroli korporacje i zmiany klimatu. Uciekanie przed regulacjami w imię wolności kończy się tym, że wolność przejmują ci, którzy mają najwięcej zasobów – a nie społeczeństwo. Stiglitz nie ukrywa irytacji wobec tego, jak łatwo dogmatyczna ekonomia potrafiła zamienić wolność w hasło bez treści.
Najmocniejsze fragmenty książki dotyczą wielkiej mistyfikacji, którą autor rozbiera z chirurgiczną precyzją: neoliberalizm nie zepsuł się w praktyce. On był zepsuty już w teorii. Gdy ekonomiści zaczęli lepiej rozumieć rynki, okazało się, że ich rzeczywiste zachowanie ma niewiele wspólnego z wyidealizowanymi modelami z podręczników. Deregulacja nie zwiększyła efektywności. Otwarte rynki finansowe nie przyniosły stabilności. Obniżanie podatków najbogatszym nie stworzyło innowacji.
„Magiczną” inflację na poziomie 2% ustalono bez podstaw teoretycznych, a deficyt 3% został dosłownie wymyślony przy stole. Stiglitz nie zostawia złudzeń: neoliberalizm działał tak długo, jak długo ludzie wierzyli w opowieść o samoregulującym się rynku. Jako realna polityka okazał się katastrofalny.
Kiedy przymus zwiększa wolność – tak, to możliwe
Jeden z najbardziej irytujących dla autora mitów brzmi: „rynek sam z siebie tworzy konkurencję”. Stiglitz wbija w niego ostry klin, pokazując dane i przykłady – wzrost monopoli, wzrost marż, stagnację płac, olbrzymią władzę platform technologicznych. Rzeczywistość jest odwrotna niż teoria: im mniej państwa, tym mniej konkurencji. Rynki z natury zmierzają do koncentracji, a technologia tylko ten efekt przyspiesza. W efekcie zamiast wolności wyboru mamy pozorny pluralizm, a zamiast innowacji – rentierów blokujących wejście nowych firm. Autor z uporem wraca do tego samego punktu: wolny rynek bez polityki antymonopolowej nie istnieje. Jest tylko coraz bardziej dominujący kapitalizm oligopolistyczny.
Najbardziej przewrotna i jednocześnie najzdrowsza część książki dotyczy przymusu. Stiglitz udowadnia, że regulacja może działać jak sygnalizacja świetlna – wszyscy muszą się zatrzymać, by wszyscy mogli jechać. To nie sofistyka, tylko zwykły opis działania współczesnych gospodarek. Regulacje dotyczące bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, przejrzystości cen, praw pracowniczych czy konkurencji nie zmniejszają wolności, lecz ją zwiększają. Bez nich silniejsi połykają słabszych, a rynek staje się grą o sumie zero. Przymus, sensownie zaprojektowany, tworzy przestrzeń działania, która bez niego po prostu nie istnieje.
Postępowy kapitalizm: system, który ma działać, a nie brzmieć ładnie
Kulminacją książki jest koncept postępowego kapitalizmu – nie jako utopijnej wizji, tylko programu gospodarczego opartego na tym, co faktycznie przynosi efekty. Stiglitz pisze o konieczności inwestycji publicznych, aktywnej polityki przemysłowej, progresywnego podatkowania, realnej polityki konkurencji, stabilizacji makroekonomicznej i promowania innowacji, które mają społeczne znaczenie, a nie tylko rynkowe ROI.
Kapitalizm, który proponuje, ma wiele centrów: kapitał ludzki, intelektualny, organizacyjny, społeczny i przyrodniczy. To gospodarka, która nie fetyszyzuje PKB, ale patrzy na to, co społeczeństwo realnie może i potrafi robić.
W ostatnich rozdziałach Stiglitz wychodzi poza gospodarkę i pokazuje, że bez zmiany logiki globalnych instytucji nie zmienimy niczego na poziomie krajowym. Obnaża hipokryzję mocarstw, które głoszą „międzynarodowe rządy prawa”, po czym blokują WTO, nakładają jednostronne cła i subsydia, oraz robią to, na co pozwala im siła, nie prawo. Proponuje alternatywny, bardziej symetryczny system – trudny do wdrożenia, ale możliwy. To nie jest rewolucja, lecz korekta kursu, która pozwoli mniejszym państwom i ich obywatelom działać bez ciągłego oglądania się na niestabilne kaprysy rynków i wielkich graczy.
Droga do wolności Josepha E. Stiglitza: intelektualny demontaż neoliberalizmu i propozycja postępowego kapitalizmu opartego na realnej wolności, silnych instytucjach i nowoczesnym rozumieniu gospodarki. Klarowna narracja, mocne tezy i spojrzenie na wolność bez mitologii wolnego rynku.
Wydawnictwo Prześwity
Ocena recenzenta: 6/6
Marcin Cybulski
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prześwity. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.