Politycy Zachodu długo wierzyli, że wystarczy trochę handlu i dyplomatycznego uśmiechu, by Pekin poszedł drogą przewidywalnego partnera. To właśnie w tej atmosferze wyrósł historia wielkiej narracji o Chinach – opowieść tak kusząca, że przysłoniła najbardziej oczywiste sygnały ostrzegawcze. Gdy w grę wchodzą miliardy, marzenia potrafią być głośniejsze niż fakty. A rachunek za tę wiarę przyszedł dopiero wtedy, gdy było już za późno.
W drugiej połowie lat 90. wizyta amerykańskiego sekretarza skarbu w Pekinie była bardziej wycieczką w przyszłość niż kurtuazyjnym spotkaniem. Robert Rubin leciał tam przekonany, że otwierający się rynek to szansa, której Zachód nie może przegapić. Chińscy reformatorzy – z Zhu Rongji na czele – sprawiali wrażenie ludzi, którzy rozumieją globalną grę lepiej niż wielu ich rozmówców w Waszyngtonie.
Wystarczyło spojrzeć na tempo wzrostu, skalę ambicji i rosnące napięcie między oficjalną retoryką a rzeczywistą strategią, by dostrzec, że to spotkanie dwóch światów, które choć wymieniają uprzejmości, zaczynają mierzyć się wzrokiem jak przeciwnicy szykujący się do partii rozgrywanej w wielu ruchach do przodu.
Dołączając do Światowej Organizacji Handlu, Chiny nie tylko zgadzają się importować więcej naszych produktów; zgadzają się również na import jednej z najważniejszych wartości demokratycznych: wolności gospodarczej. Im bardziej Chiny zliberalizują swoją gospodarkę, tym pełniej uwolnią potencjał swojego społeczeństwa – jego inicjatywę, wyobraźnię, niezwykłego ducha przedsiębiorczości. A gdy jednostki mają siłę, by nie tylko marzyć, ale też realizować swoje marzenia, będą się domagać większego wpływu na sprawy publiczne.
Prezydent Bill Clinton,
marzec 2000 roku
Amerykanie często myśleli, że mogą zmienić inne państwo tak, jak im się podoba, a potem byli sfrustrowani, gdy efekt był inny, niż zakładali.
Wang Jisi,
dyrektor Instytutu Studiów Międzynarodowych i Strategicznych na Uniwersytecie w Pekinie,
lato 2018 roku
Tekst jest fragmentem książki Nowe zimne wojny, która czeka na Ciebie tutaj:
Gdy w 1997 roku Robert Rubin, sekretarz skarbu Billa Clintona, wyruszył z bazy lotniczej Andrews do Chin na pokładzie wiekowego samolotu prezydenckiego, była to pierwsza wizyta tego byłego bankiera inwestycyjnego w Państwie Środka.
Pęknięcia w wielkiej narracji o Chinach
W owym czasie Chiny uważano za rynek wschodzący i częściej pojawiały się w amerykańskich wiadomościach ze względu na naruszenia praw człowieka (zwłaszcza po wydarzeniach na placu Niebiańskiego Spokoju) niż z powodu swojej siły ekonomicznej.
– Gdy pracowałem w Goldmanie, w Chinach nie prze prowadzano wystarczająco dużo transakcji, by było po co tam jechać – mówił mi Rubin w trakcie lotu, odnosząc się do dwudziestu sześciu lat przepracowanych w Goldman Sachs, banku inwestycyjnym, w którym rozpoczął swoją karierę w latach siedemdziesiątych, by skończyć jako jego wiceprezes.
Brak doświadczenia Rubina w kontaktach z Chinami kontynentalnymi nie był niczym wyjątkowym. Przez pierwsze dwie dekady po dyplomatycznym otwarciu tego kierunku przez Nixona w 1972 roku chiński rynek pozostawał zbyt mały – a jego praktyki zbyt protekcjonistyczne – by zwrócić uwagę największych instytucji finansowych na Wall Street.
Nawet gdy Rubin szykował się do swojej pierwszej wizyty w Chińskiej Republice Ludowej w piątym roku rządów administracji Clintona, produkt krajowy brutto Chin wynosił zaledwie 961 miliardów dolarów – dla porównania PKB Stanów Zjednoczonych wynosił wówczas prawie 32 biliony dolarów. Oznaczało to ok. 782 dolary per capita, co zdecydowanie plasowało Chiny w kategorii państw rozwijających się.
Siła i słabość narracji o Chinach
Tym, co przykuło uwagę amerykańskich oficjeli, było jednak tempo rozwoju Chin. Na początku lat dziewięćdziesiątych ich roczny wzrost PKB wynosił około 11 procent – nawet w trak cie azjatyckiego kryzysu finansowego 1997 roku wzrost PKB utrzymał się na poziomie 8 procent45. Mimo że Chiny wciąż były pomniejszym graczem na arenie gospodarczej, to wyraźnie szykowały się, by zostać nowym gigantem w kwestii międzynarodowego bezpieczeństwa.
Utrzymywały największą stałą armię na świecie, skromny, lecz skuteczny arsenał nuklearny oraz miały stałe miejsce – z prawem weta – w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Było jasne, że Stany Zjednoczone muszą znaleźć sposób, by rozmawiać z Chinami z głębią i polotem, których brakowało w euforii po ponownym nawiązaniu relacji.
– Słusznie można nas obwiniać, że zaniedbaliśmy inwestowanie w relacje z przedstawicielami Chin na różnych poziomach – przyznał mi wtedy Rubin. Częścią jego misji podczas delegacji było naprawienie tego błędu, w nadziei na zbliżenie chińskiej gospodarki do Zachodu.
Czy narracja o Chinach była ślepa?
Gdy w 2023 roku Rubin wspominał swoją pracę w administracji Clintona, tym, co zapadło mu w pamięć, była jego relacja z chińskim wicepremierem Zhu Rongji. Zhu był motorem zwrotu Chińskiej Partii Komunistycznej w stronę gospodarki rynkowej. Nic w jego przeszłości nie wskazywało na entuzjazm wobec kapitalizmu: dołączył do Partii Komunistycznej w 1949 roku, gdy Mao Zedong ogłosił utworzenie Republiki Ludowej, szybko awansował w następnej dekadzie i dwukrotnie stał się ofiarą czystek – po części ze względu na majątek swojej rodziny w czasach sprzed rewolucji, po części zaś ze względu na otwartą krytykę polityki ekonomicznej Mao.
Jednak gdy po śmierci Mao w 1976 roku przywództwo kraju się zmieniło, Zhu wrócił do polityki. Ten dziekan Wydziału Ekonomii na Uniwersytecie Tsinghua został burmistrzem błyskawicznie rozwijającego się Szanghaju, a następnie dyrektorem Banku Ludowego Chin. W latach dziewięćdziesiątych Zhu zdecydowanie nalegał na otwarcie chińskiego rynku i wprowadznie przepisów i regulacji zbliżonych do zachodnich, co miało sprawić, że Amerykanie będą chcieli – a wręcz pot r z e b o wali – być na nim obecni od samego początku.
Zhu był nie ustępliwym reformatorem, którego upór i bezkompromisowość szybko zyskały złą sławę. Równie szybko zdobył uznanie jako specjalista w negocjacjach z Amerykanami, szczególnie że jako jeden z nielicznych chińskich oficjeli zarówno płynnie mówił po angielsku, jak i posługiwał się żargonem bankierów i potentatów technologicznych.
Rubin wspominał z pewną nostalgią, że Zhu był człowiekiem, który robił „niezwykłe wrażenie”. Zawiązała się między nimi dość bliska relacja ze względu na determinację chińskiego wicepremiera, by przekształcić krajową gospodarkę, opartą na nieefektywnych państwowych spółkach, zatrudniających zbyt wielu pracowników w bardziej zbliżoną do Zachodu gospodarkę rynkową.
Stanowili oni dość dziwną parę: komunista zachwalający kapitalizm z chińską specyfiką i były bankier z Goldman Sachs próbujący namówić Chiny do przyjęcia zachodnich standardów. Chiński wicepremier opowiadał o reformach rynkowych i przepływie kapitału z taką łatwością, że Robin żartował z niego, że gdyby nie ograniczenia zawarte w amerykańskiej konstytucji, to Zhu „powinien wyjechać z Chin i w USA kandydować na prezydenta”.
na prezydenta”.– Sądziłem wtedy, że z Zhu Rongji u steru nadchodzą zmiany. Ale chyba nigdy nie wierzyłem, że Chiny zostaną gospodarką w pełni opartą na wolnym rynku – zdradził mi Rubin, być może z perspektywy czasu. – Byłem przekonany, że zmierzają w kierunku gospodarki ba r d z i e j rynkowej.
Wizyta sekretarza, pieczołowicie zaplanowana przez Departament Skarbu, by zachęcić Chiny do zintensyfikowania wciąż dość rzadkich eksperymentów z sektorem prywatnym, stała się swego rodzaju modelem na kolejne ćwierćwiecze, w którym wielu amerykańskich liderów – sekretarzy stanu, handlu i energii, reprezentantów handlowych i dyrektorów wielkich korpo racji, takich jak Apple, Boeing czy Exxon – pielgrzymowało do Pekinu, by powtarzać przesłanie Rubina.
Odwiedzali fabryki, zachęcali amerykańskich inwestorów i ostrzegali Chiny, że jeśli chcą przyciągnąć zachodnich inwestorów, to muszą nauczyć się grać według zachodnich reguł. I utwierdzali się w przekonaniu, że Chiny będą się otwierać i liberalizować – choć oczywiście narzekali, że dzieje się to zbyt wolno i bez niezbędnych zabezpieczeń praw własności intelektualnej i praworządności. Ale ostatecznie zmiany zachodziły.
Koniec, który wszyscy przegapili
Za tymi wizytami – i w zasadzie za każdym innym aspektem amerykańskiej polityki wobec Chin – stało przeświadczenie, że zaniechanie przyciągnięcia Państwa Środka do świata zachodniego byłoby błędem gospodarczym i dyplomatycznym. Zakładano, że włączenie Pekinu do światowej gospodarki zdominowanej przez Zachód zmieni wszystko.
Zwiększony kontakt z zachodnimi normami i systemami prawnymi miał sprawić, że przenikną one do chińskiego społeczeństwa. Nowo uzyskane bogactwo miało zachęcić obywateli Chin do bardziej kapitalistycznych, a w końcu i politycznych reform. Jednocześnie rozwój internetu miał powoli poprowadzić Chiny ku większej swobodzie wypowiedzi i jakiejś formie demokracji. Jak to żartobliwie ujął Bill Clinton w 2000 roku: „Chiny próbowały ujarzmić internet. Powodzenia! To jak próba przybicia galaretki do ściany”.
Globalny autopilot
Rzadko kiedy mówiono o ostatecznym celu: im głębiej Pekin będzie powiązany z Zachodem, tym mniejsze będzie ryzyko konfliktu. Obie strony miałyby zbyt dużo do stracenia. Oczywiście Chiny nie stałyby się drugą Ameryka – ale być może zaczęłyby przypominać Europę, przynajmniej w kwestiach ekonomicznych, z dużą liczbą regulacji, skłonnością do wspierania państwowych spółek i pewną dawką protekcjonizmu.
Ta narracja pasowała do globalnej strategii administracji USA tak doskonale, że nikt nie kwestionował stojącej za nią logiki. W ten sposób Waszyngton – z własnej woli – zaczął patrzeć przez ten pryzmat na wszelkie postępy w rozwoju Chin, a każdą oznakę regresu traktować jako chwilowe odstępstwo od nieuniknionego przeznaczenia Pekinu. Przez kolejne dwie dekady Waszyngton zakładał, że interesy gospodarcze Chin przeważą nad ich pozostałymi celami.
Przez lata demokratyczni i republikańscy prezydenci publicznie bagatelizowali coraz mocniejsze dowody na to, że ambicje terytorialne Chin obejmują obszar całego Pacyfiku, że Chińczycy korzystają z narzędzi cyfrowych, by kraść tajemnice przemysłowe i państwowe na rzecz realizacji szerszej narodowej strategii i że ich rosnąca siła gospodarcza pociągnie za sobą pragnienie, by zostać również siłą polityczną, jak miało to miejsce w przypadku każdego innego wschodzącego imperium w historii.
Pęka na oczach świata
W pewnym stopniu ta błędna interpretacja była wspierana przez władze Chin, które mówiły o potrzebie „ukrywania swojej siły i czekania na właściwy moment” – lecz niewielu zadawało pytanie, co się stanie, gdy Chiny wkroczą w kolejną fazę.
Dopiero gdy nie dało się już dłużej ignorować chińskich rozgrywek siłowych, gdy Pekin wykorzystał represyjne technologie, by rozprawić się z Hongkongiem, gdy znalazł pretekst do nasilenia gróźb wobec Tajwanu, wysunął żądania wyłącznych praw do dużych obszarów Morza Południowochińskiego oraz przyjął strategię zmniejszania swojej zależności od zagranicznych technologii przy jednoczesnym uzależnianiu świata od swojej techno logii – dopiero wtedy Stany Zjednoczone zareagowały.
I być może reakcja ta była przesadzona. W 2020 roku, gdy pojawiły się oskarżenia wobec Chin o przypadkowe lub celowe uwolnienie wirusa odpowiedzialnego za wybuch pandemii COVID-19, nieufność wielu Amerykanów wobec Pekinu przeistoczyła się w otwartą niechęć.
Była to niezwykła zmiana. W trakcie ćwierćwiecza Amerykanie przestali postrzegać Chiny jako szansę ekonomiczną i part nera dyplomatycznego, a zaczęli się zastanawiać, czy rywalizacja technologiczna i polityczna nie prowadzi tych dwóch państw na ścieżkę wojny.
Tekst jest fragmentem książki Nowe zimne wojny. Chiny, Rosja i wyzwanie rzucone Ameryce, Davida E. Sangera , Mary K. Brooks, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Prześwity. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. Prezydent Donald J. Trump, wraz z chińskim wicepremierem Liu He, podpisujący 15 stycznia 2020 roku, w East Room Białego Domu, umowę handlową fazy 1 między USA a Chinami. Oficjalne zdjęcie Białego Domu, autorstwa Shealah Craighead
