Rozkazy padają jasno, sytuacja pozostaje napięta, a umysł zaczyna dryfować ku piosenkom, wspomnieniom i absurdalnym szczegółom. W relacji kaprala MacBride’a wojna odsłania psychikę pracującą na granicy przeciążenia, gdzie koncentracja miesza się z chaosem. Książka Psychologia wojny Leo Murray’a pokazuje, co dzieje się w głowie żołnierza przed walką, gdy ciało czeka na sygnał, a myśli szukają punktu zaczepienia, który pozwala przetrwać skrajne napięcie.
Logiczne myślenie
Kapral MacBride, Irak, rok 2005
Mój proces myślowy? Chcecie poznać mój cholerny proces myślowy? Walcie się, cholerni pojebcy, powinniście węszyć wokół tego chuja odpowiedzialnego za ten zdalnie sterowany samolot albo tego megachuja, który kazał nam przeprowadzić atak na tę pieprzoną, zasraną dziurę.
Dobrze, już dobrze. Gdzie chcecie, żebym zaczął? Rozkazy? Ja pierdolę, to było, kurna, wieki temu, to już prawie dwa dni. No dobra, siedźcie cicho… spróbuję coś se przypomnieć, tylko dajcie mi chwilę…
No dobra. Plan wyglądał tak. Batalion miał najechać fabrykę bomb w warsztacie mechanicznym położonym na terenie starego młyna wodnego. Wejść, wyjść, maksimum przemocy, żadnego opierdalania się, zabezpieczyć teren dla oddziału saperów i w celu zebrania dowodów; pojmać wielkiego gracza, jeśli nadarzy się okazja; jeśli nie, zabić ciula.
Goście z wywiadu powiedzieli, że w warsztacie będzie wielki gracz razem z jakimiś sześcioma uzbrojonymi typami z lokalnej milicji i że „około jedenastu” (kurna, nie wiem, co mieli na myśli, mówiąc „około jedenastu” – mogli powiedzieć „dziesięciu” albo „dwunastu” czy coś takiego, no nie wiem) będzie w budynku obok, który wykorzystywali jako noclegownię. Nikogo miało nie być w budynku administracji na południe, skąd mieliśmy udzielić wsparcia ogniowego. A to dlatego, że w 2003 budynek został spalony.
Miejscowi trzymali się z dala od tego miejsca, bo wielki gracz i jego kumple byli szczególną bandą drani z jakiejś innej frakcji czy plemienia – czy kto ich tam wie. Zgaduję, że miejscowi oczekiwali wrzucenia mu przez okno jakiejś tysiącfuntówki, ale zamiast tego dostaliśmy im się my.
Jako osłonę mieliśmy dostać wypasiony bezzałogowy środek latający, zamiast starego gównianego drona, którego zazwyczaj nam przydzielano, kilku gości z sił specjalnych, saperów i włóczących się za nami jajogłowych z wywiadu. Szykowała się niezła impreza. Kompania Warrior w ostatniej chwili miała utworzyć zewnętrzny kordon, kompania C została w rezerwie, a główne zadanie należało do wewnętrznego kordonu, czyli do nas oraz kompanii A.
Trzeci Pluton i kilka pomniejszych przeprowadzało szturm, najpierw po cichu, potem głośno – na rozkaz lub gdyby nas zobaczono. Pierwszy pluton miał być gotowy do uprzątnięcia budynków, a my z 2. Plutonu mieliśmy ich wspierać z budynku administracji, moja sekcja po lewej, Micka po prawej, porucznik z granatnikami LAW i tym podobnymi za nami, a zgraja Spunky’ego dookoła nas.
Zasadniczy pomysł sprowadzał się do uświadomienia lokalnej milicji: „Nie podskakujcie chłopakom pułkownika Nicka albo wam też się dostanie”. Gdy tylko dostaliśmy sygnał, mieliśmy wystrzelać wszystko, co mieliśmy, a następnie 3. Pluton miał wejść i zabić każdego pojeba, który nie podniósł rąk w górę.
Więc wydaje mi się, że mój „proces myślowy” przebiegał tak jak zwykle – wypełnić rozkazy. Muszę przyznać, że wszyscy wiedzieliśmy, że ten drań był odpowiedzialny za śmierć przynajmniej jednego z nas, więc może byliśmy trochę zaćmieni od początku. Ale ta, proces myślowy na poważnie.
Gdy padły rozkazy, atmosfera zrobiła się trochę jak na imprezie. W końcu spuszczono nas ze smyczy i mogliśmy się zemścić, ale zasadniczo wszystko szło jak zazwyczaj, w dużym stopniu dokładnie tak jak na treningu. Ołówek: zatemperowany na obu końcach. Misja: opisana dwa razy. Krzesła, kanwy: każdego po czterdzieści. Masa zdjęć i idealny model obiektu. Najlepszy zestaw rozkazów, jaki mi kiedykolwiek dano. Może trochę oderwane od rzeczywistości bliskiego kontaktu i sporo administracji, ale tak serio to jak codzienne ćwiczenia.
Inaczej było, gdy wchodziliśmy. Drobny spacerek w stronę budynku administracji, doglądanie przez BSL-a i specjalsów, więc działałem trochę na autopilocie. Rzecz jasna, miałem oko na moich chłopców, ale zamiast martwić się wrogiem czy moim ekwipunkiem, byłem trochę jak na haju i zacząłem myśleć o bzdurach. Brzmi to idiotycznie, ale sporo tego sprowadzało się do wyobrażania sobie mnie samego jako świadka przemawiającego na ślubie mojego brata; wszystko bardzo szczegółowe, a przy tym całkowicie poronione, biorąc pod uwagę, że chłopak ma tylko piętnaście lat i nawet jeszcze nie zaczął oglądać się za spódnicami, wymoczek z niego.
Jeszcze kilka innych kąsków w takim stylu, gdy inna część mózgu postanowiła puszczać „Merry Christmas” zespołu Slade jako podkład muzyczny dla całego tego przedstawienia. A jeśli teraz co roku wspomnienia będą robiły mi siekę z mózgu? Tak mi się wydawało. Ja i moje cholerne szczęście.
W każdym razie zajęliśmy pozycje, sprawdziliśmy łączność i zaczęliśmy zdawać raporty o aktywności wokół obiektu. Jakimś cudem do tej pory wszystko odpowiadało raportom gości z wywiadu, z wyjątkiem obrazu z kamery termowizyjnej, na którym widać było czterech członków lokalnej milicji patrolujących budowę na zachód, czyli po naszej lewej, o których nikt wcześniej nie wspominał. Główny budynek był pogrążony w sporym ferworze, więc uznaliśmy, że część z nich była na nogach i właśnie tam.
Minęło może pół godziny od naszego przybycia. Całkiem długie pół godziny, szczególnie gdy się leży na swojej sprzączce od pasa, trzęsąc się i słuchając zespołu Slade w kółko grającego ci w głowie. Cholernie długie pół godziny, gdy miało się przecież dokonywać nalotu. Sekcja szturmowa zaczynała już przysypiać, gdy sprawy zaczęły się pieprzyć.
Na początek dowiedzieliśmy się, że straciliśmy drona, następnie że jednak nie, a może tak, a może nie. Później doszła nas jakaś rozmowa, że kordon Warrior i patrol może za wcześnie narobili hałasu. W końcu jakiś chuj z 3. Plutonu spadł z muru i załatwił sobie kostkę, tak że sekcja szturmowa straciła większość swoich ludzi, bo ci musieli przenieść go na tyły. Już wtedy ich szeregi były uszczuplone, ochrony pojazdów, tak więc powiedziano porucznikowi, żeby wydarł kilku innej sekcji, by im pomogli. Moja sekcja zgłosiła się na ochotnika.
Nieźle się upieprzyliśmy, pozbywając się ekwipunku i próbując znaleźć drogę powrotną. Dotarliśmy do 3. Plutonu po to tylko, aby się dowiedzieć, że te dupy wcale nas tam nie chcą. Ten zadufany w sobie chuj, kapitan, który przejął Trójkę, wymyślił dla nas jakąś zasraną, drugoplanową fuchę i znowu leżeliśmy za jakąś zasraną ścianą, gdy tamci próbowali dojść do ładu z całym tym gównem.
Proces myślowy z tamtej chwili? Nie było żadnego cholernego procesu myślowego w tamtym momencie, byłem zbyt zajęty czołganiem się w kółko i sprawdzaniem, czy moi wiedzą, co do cholery powinno się dziać. Martwiłem się tylko sektorami ognia i upewnianiem się, żeby nie zobaczyli nas członkowie straży ochotniczej lub żebyśmy nie oberwali od Ruperta z budynku administracji. Slade nadal grał, ale zapomniałem już o przemówieniu świadka i byłem przygotowany na to, co mieliśmy zrobić.
Na czym się koncentrowałem? Koncentrowałem się na tym, żeby moi chłopcy myśleli normalnie, tak żebyśmy mogli władować tyle kul w tę noclegownię, ile tylko się da, gdy rozpocznie się akcja.
Flanki? Co rozumiesz przez flanki? Chodzi ci o cholerny wewnętrzny kordon? Zrozum, gościu, kazano mi siedzieć i czekać, a następnie strzelać do baraków, ile się da. Tak, miałem dostęp do siatki informacyjnej kompanii. Szlag. Ta, słyszałem, że wewnętrzny kordon posuwa się naprzód.
Nie. Żaden chuj nie powiedział nic o tym, że nadchodzą z prawej. Nie ma mowy, nie przegapiłbym tego. Krótkofalówki choć raz się na coś przydały. Gdyby mi powiedziano…
Zrozum, słyszałem już tę gównianą gadkę od nadętego sierżanta z 1. Plutonu i nie obchodzi mnie, co powiedział kapitan. Kazano nam udzielić wsparcia ogniowego, gdy Trójka podejdzie od lewej, nikt nie mówił nic o szturmie Jedynki z prawej. Nie. Nie, nie było żadnych rozmów o zmianach wprowadzonych przez patrol.
Posłuchaj, może mówili o tym w batalionie, ale my w kompanii nic o tym nie wiedzieliśmy, a jeśli ktoś kazał Jedynce atakować z prawej i wpaść prosto do naszych sektorów ognia, to trzeba winić tego chuja, a nie nas.
Proces myślowy? Czynniki? Znowu do tego wracasz? Z moim procesem myślowym wszystko było w porządku, kolego. Co próbujesz mi powiedzieć, hm?
Nie, już ci mówiłem, żaden chuj nie mówił mi, że była jakaś zmiana. Gdyby była, to nie kazano by nam ostrzelać cholernej noclegowni, prawda? Tak?
Posłuchaj, kolego, mam dosyć tego gówna, skończ to swoje bazgrolenie. Kazano nam ostrzelać noclegownię, gdy już dostaniemy sygnał, i dokładnie to zrobiliśmy. Chrzanić to, mam dosyć tych twoich bzdur. Przestań gryzmolić, zatrzymaj taśmę, przestań, do cholery, gryzmolić.
Wywiad nie poszedł najlepiej, prawda? Pytania o proces myślowy kaprala Maca były pełną dobrych chęci próbą ustalenia, dlaczego zapomniał o całkowitej zmianie planów, a następnie ostrzelał własnych ludzi. Fakt, że Mac nie był w stanie opisać dokładnie swojego procesu myślowego, nie jest wcale zaskakujący – mózg nie tylko postrzega rzeczy w dziwny sposób, ale również myśli w dziwny sposób.
Melodia Slade, której nie był w stanie wyrzucić z głowy, jak i przemówienie świadka są obocznościami wartymi krótkiej uwagi. Chorążemu Johanssonowi chodził po głowie fragment piosenki: The Bird, the bird, the bird is the word za każdym razem, gdy przygotowywał się do skoku ze spadochronem. Gdy Afrika Korps i 8. Armia Wielkiej Brytanii ścigały się po Libii, połowa z nich nuciła Lili Marleen. Można z dużą dozą pewności powiedzieć, że takie rzeczy nie mają żadnego realnego wpływu na skuteczność bojową.
Śnienie na jawie o przemowie świadka czy jakiejś innej nieistotnej sprawie jest powszechnym ruchem przemieszczającym. Gdy w obecności nieuchronnego zagrożenia mózg zaczyna pracować na najwyższych obrotach, a nie ma żadnego istotnego zadania do wykonania, znajdzie sobie jakieś małe prace, na których będzie się w stanie skupić. Nie niesie to żadnego zagrożenia dla zdrowia i nie wywołuje żadnych negatywnych skutków. Jest to trochę jak fantazyjna, animowana tapeta na komputerze, wykorzystująca wolną moc obliczeniową, która jednak zostaje zatrzymana, gdy tylko zaczyna się prawdziwa robota. To oboczność związana z fiksacją, ale nie ma żadnych twardych dowodów na to, że mogłaby mieć jakiś wpływ na żołnierzy bojowych.
Tekst jest fragmentem książki Psychologia wojny, i powstał we współpracy z Wydawnictwem RM.