Krach na Wall Street pogrążył Herberta Hoovera. Jak prezydent próbował zatrzymać kryzys i stracił Amerykę

Krach na Wall Street pogrążył Herberta Hoovera. Jak prezydent próbował zatrzymać kryzys i stracił Amerykę

Krach na Wall Street nie zakończył się wraz z paniką giełdową jesienią 1929 roku. W kolejnych miesiącach rosło bezrobocie, upadały banki, a skutki kryzysu coraz mocniej odczuwano poza Wall Street i Waszyngtonem. Herbert Hoover próbował pobudzić gospodarkę, uspokajał opinię publiczną i szukał sposobów na ograniczenie skutków załamania. W 1930 roku coraz wyraźniej odczuwał także jego polityczne konsekwencje.

Rankiem 5 listopada 1930 roku polityczny egzekutor prezydenta Hoovera, James MacLafferty, wśliznął się do Gabinetu Owalnego, by zdać relację z wyników zakończonych poprzedniego wieczoru wyborów do Kongresu. MacLafferty przedstawił prezydentowi liczby. Nawet uwzględniając niekorzystną dla partii rządzącej prawidłowość, właściwą wyborom śródkadencyjnym, wieści dla Republikanów Hoovera były ponure. Demokratom udało się zdobyć 8 dodatkowych miejsc w Senacie, 52 miejsca w Izbie Reprezentantów i 7 w rządach stanowych, w tym Ohio i Massachusetts.

– Wygląda to fatalnie – skomentował posępnie prezydent. Podniósł się z fotela i zaczął krążyć po pokoju. Jak przystało na inżyniera, próbował zgłębić nowy układ parametrów.

W odróżnieniu od swego szefa, MacLafferty był zwierzęciem poli-tycznym. Choć nie pełnił formalnie żadnego stanowiska, ani nawet nie otrzymywał regularnego wynagrodzenia, cieszył się przywilejem pozwalającym zaglądać do Hoovera o dowolnej porze, bez umawiania się na wizytę. Korzystając z bocznego wejścia, po prostu przychodził do niego, a potem wychodził, ilekroć mieli coś ważnego do omówienia, często do późna w nocy.

MacLafferty postrzegał Hoovera jako swego rodzaju odszczepieńca, który nie zamierzał mieszać się w waszyngtońskie gierki. Nie schlebiając reporterom ani nie przestrzegając drobnych rytuałów, które ułatwiały dziennikarzom pracę i czyniły ich relacje życzliwszymi, Hoover, jego zdaniem, zajmował stanowisko zawsze kierując się zasadami. Dogadzanie prasie było polityką; rządzenie zaś stanowiło odrębną, wyższą sferę. Skoro znalazł się u steru władzy, nie miał już po co wdawać się w jakieś małostkowe utarczki. To zostawiał na czas kampanii.

W dobie gospodarczej pomyślności Hoover mógł sobie pozwolić na lekceważenie prasy. Ale na grząskim terenie, na którym łatwo było w 1930 roku stracić reputację, oznaczało to polityczne samobójstwo. Hoover odmawiał jakiejkolwiek odpowiedzi na ataki prasowe. Obierając drogę, która wydawała mu się bardziej szlachetna, stał się jednak łatwym celem ataków machiny Charleya Michelsona z Komitetu Krajowego Partii Demokratycznej. „Chcąc zachować przyzwoitość i odpowiadającą powadze jego urzędu reputację, prezydent nie może odpowiadać na podobne rzeczy” – jak pisał później Hoover, komentując działania Michelsona.

Sam prywatnie nie znosił Michelsona i obwiniał go o ukucie terminu hoovervilles na określenie obozowisk bezdomnych wyrastających jak grzyby po deszczu w całym kraju – terminu, którego nigdy nie zdołał się pozbyć. Hoover trzymał na biurku porcelanowy wazon z epoki Ming, ozdobiony skromnym malowidłem przedstawiającym „szkaradnego błękitnego smoka”. Do tego stopnia miał obsesję na punkcie Michelsona, że smoka tego nazwał imieniem „Charley”.

Rok 1930 jak dotąd przynosił fatalne wyniki. Hoover zdawał się doceniać ich wagę polityczną5, gdyż w pewnym momencie powiedział swoim współpracownikom:

– Trzy i pół roku by mnie zadowoliło. – Niejako godząc się tym samym z możliwością zakończenia swej prezydentury na jednej kadencji. – Mam gdzieś, czy dadzą mi ponowną nominację – stwierdził. Na ile Hoover był w tej chwili szczery wobec siebie samego, to inna sprawa.

„Marzy o drugiej kadencji bardziej niż o czymkolwiek” – zanotował w dzienniku jeden z jego pomocników.

Krach wprawił wprawdzie w panikę tę grupę społeczną, która inwestowała pieniądze na giełdzie, niemniej w kolejnych miesiącach, które po nim nastąpiły, dotkliwe jego skutki dawały się już odczuć nawet w najdalszych zakątkach kraju. Bezrobocie wzrosło niemal trzykrotnie, z 3 do ponad 8 mln. Jedna czwarta robotników fabrycznych straciła pracę. Ponad 1300 banków upadło, głównie w małych miasteczkach i na terenach wiejskich. W mniej zamożnych dzielnicach wielkich miast oraz na rozległych obszarach poza metropoliami codzienne życie zawaliło się w stopniu, którego ani Wall Street, ani Waszyngton nie były jeszcze w stanie dostrzec, a być może nawet sobie wyobrazić.

Wysiłki Hoovera, by złagodzić ten cios chwytami retoryki, nikogo nie przekonywały. Pod koniec 1929 roku Hoover podjął zdumiewającą decyzję, by nie nazywać już publicznie krachu „paniką”. Zamiast tego zaczął używać słowa „kryzys”, być może licząc na to, że nie będzie brzmiało tak alarmistycznie. Termin się przyjął.

Tekst jest fragmentem książki 1929. Największy krach w historii Wall Street, która czeka na Ciebie tutaj:

Prawdę mówiąc, zdarzyło się na giełdzie parę obiecujących okresów, które pozwalały mieszkańcom wielkich miast uwierzyć w to, że trwałe odwrócenie trendu jest w zasięgu wzroku. Od szokujących spadków w październiku 1929 średnia indeksu Dow Jones rosła stopniowo aż do marca następnego roku, odzyskując około 40 procent utraconej w wyniku krachu wartości. Część akcji, w tym udziały w General Electric, zbliżyły się nawet do szczytów z 1929 roku. Nic w tym dziwnego, ponieważ doświadczeni maklerzy wiedzieli, że najlepsze okazje zakupowe pojawiają się w okresach największego strachu, gdy papiery największych spółek daje się kupić względnie tanio. Kupowanie naj-taniej jak się da – najstarsza strategia świata – pozwoliło się godnie wzbogacić niejednemu graczowi.

– Gdyby gazety przestały paplać o bezrobociu, nasze kłopoty skończyłyby się w ciągu kilku miesięcy8 – powiedział Hoover jednemu z rozmówców. – Zapanowały znaczniej bardziej optymistyczne nastroje. Ale kiedy giełda w kwietniu i maju ponownie zaczęła spadać, wielu z tych graczy poszło z torbami. Choć niewielkie letnie odbicie jeszcze raz rozbudziło nadzieje, nie potrwało długo. Od tego momentu notowania spadały już bezustannie i stromo, aż do samego momentu śródkadencyjnych wyborów, gdy miano udać się do urn, a indeks Dow znalazł się o całe 20 procent poniżej dna z 1929 roku.

Hoover zawsze odnosił się do Wall Street z nieufnością.

– Wiecie, jedyny kłopot z kapitalizmem polega na kapitalistach; są po prostu cholernie chciwi9 – powiedział jednemu ze swych bliskich przyjaciół.

Ale teraz ich potrzebował. Potrzebował tego nieomylnie rozpoznawalnego przypływu optymizmu, który tak regularnie zapewniała hossa lat 20. Potrzebował inwestorów, którzy postawią na długofalowe perspektywy wzrostu gospodarczego i poślą na cały kraj pozytywne sygnały. Niektórzy właśnie to robili. Ale impet, jaki potrafili w ten sposób nadać, nigdy nie stał się czymś więcej niż epizodem. Każde giełdowe odbicie prędzej czy później się odwracało – czasem po kilku godzinach, czasem po kilku dniach, ale wszystkie kończyły się tak samo: wcześniejsze zyski tracono, jakby rozpływały się w obłoku dymu. Winą za to obarczano spekulantów grających na spadki i jak zwykle w samym środku giełdowej paniki, politycy zaczynali rozważać możliwość wprowadzenia zakazu tego rodzaju praktyk. Salmon Levinson, prominentny adwokat z Chicago10, należał do grona tych, którzy opowiadali się za czasowym wstrzymaniem sprzedaży krótko-terminowej, by dać giełdzie szansę na odzyskanie równowagi.

– Czemu nie wprowadzić moratorium na krótką sprzedaż, powiedzmy, na dwa tygodnie? – pytał Levinson. – Wtedy moglibyśmy ustalić, czy hazardziści, którzy traktują giełdę jak partię gry, rzeczywiście ponoszą odpowiedzialność za taki straszliwy stan rzeczy.

Levinson, człowiek z zewnątrz zarówno wobec Wall Street, jak i Waszyngtonu, miał na swoim koncie imponujący sukces. W 1928 roku zdołał przekonać najpotężniejsze państwa świata, w tym Stany Zjednoczone, Francję i Niemcy, do podpisania paktu Brianda-Kellogga, międzynarodowego traktatu o wyrzeczeniu się wojen. Uciszenie grających na spadki wydawało się, w pewnym sensie, kolejnym sposobem na utrzymanie pokoju.

Hoover żywił co do tego typu interwencji mieszane uczucia. Z całego serca wierzył, że rząd powinien trzymać się jak najdalej od giełdy, ale zarazem przepełniała go chęć do działania. W 1921 roku, gdy pełnił funkcję Sekretarza Handlu w rządzie Hardinga, a gospodarka runęła w przepaść, Hoover od razu przeszedł do czynu, zwołując liderów świata biznesu na Konferencję Prezydencką do spraw Bezrobocia oraz wydając miesięcznik „Survey of Current Business”, dostarczający aktualne dane o stanie gospodarki. Mało kto przed objęciem przez niego tego urzędu poświęcał jakąkolwiek uwagę temu, czym powinien zajmować się sekretarz handlu.

Trudno z całą pewnością stwierdzić, jaki te działania wywierały konkretnie wpływ na gospodarkę, o ile jakikolwiek, ale jedno było pewne: dźwignięcie się z ówczesnej recesji nastąpiło oszałamiająco szybko. I sprawiło, że Hoover odzyskał pewność, że tym razem gospodarka podźwignie się z upadku równie prędko.

Po krachu 1929 roku Hoover nie cierpiał na niedostatek pomysłów. Jakkolwiek niepokojąca była panika tamtych czterech dni października, w pełni się spodziewał tego kryzysu i był przekonany, że będzie umiał sobie z nim poradzić. Zamierzał przede wszystkim jak najszybciej ograniczyć wywołane przez niego szkody. Wezwał do Waszyngtonu głównych szefów korporacji i uzyskał od nich zobowiązanie do utrzymania płac na dotychczasowym poziomie i powstrzymania się od redukcji zatrudnienia. Obniżył podatek dochodowy, ścinając o punkt najwyższą 25-procentową stawkę. Udało mu się również przekonać Kongres do podwojenia inwestycji w roboty publiczne, co jego zdaniem powinno wystarczyć do pobudzenia gospodarki i pozwoli jej przetrwać okres spowolnienia. Zażądał też od Kongresu dokonania cięć podatkowych na kwotę 160 mln dolarów.

Problem polegał na tym, że rząd federalny nie dysponował środkami, by zarządzać tego typu programami w skali całego kraju. Budżet Waszyngtonu stanowił zaledwie kilka procent PKB. Należało więc dramatycznie zwiększyć budżet federalny albo szukać dochodów w innych źródłach – choćby w fundacjach dobroczynnych, a nawet w budżetach władz lokalnych i stanowych. Hoover wybrał tę drugą drogę, poświęcając przez całą zimę i wiosnę nieludzką wręcz ilość czasu i energii na nagabywanie gubernatorów, by poluźnili sakiewki.

Proces ten się jednak przeciągał i przeważnie nie przynosił skutku, ponieważ niewielu bur-mistrzów i gubernatorów dysponowało nadwyżkami gotówki. Borykali się z takimi samymi trudnościami jak wszyscy pozostali. Tymczasem Hoover wciąż wypowiadał się o gospodarce tonem dodającym otuchy, nawet gdy niewiele wskazywało, by sytuacja miała się poprawiać.

Przed wyborami połówkowymi Hoover za wszelką cenę starał się zachować optymizm, trzymając się kurczowo wiary w to, że nieustanne szyderstwa spadające na niego w prasie, nie odzwierciedlają prawdziwych nastrojów panujących w amerykańskim społeczeństwie. Wyniki wyborów z 5 listopada obnażały jednak prawdę w sposób niepodważalny: stracił kraj.

Najgorsze wieści nadeszły z Nowego Jorku, epicentrum kryzysu finansowego, dokąd posłał całą armię urzędników – sekretarza stanu, sekretarza wojny i podsekretarza skarbu – by pomogli pokonać gubernatora Franklina Delano Roosevelta, ubiegającego się o reelekcję, lecz planującego coś znacznie większego.


Tekst jest fragmentem książki 1929. Największy krach w historii Wall Street, Andrew Ross Sorkin, Wydawnictwo Poznańskie.

Comments are closed.