W czerwcu 1565 roku obrona fortu San Elmo weszła w ostatnią fazę. Turcy zablokowali drogę, którą z Birgu docierały posiłki i zaopatrzenie, nasilili ostrzał i przeprowadzali kolejne szturmy. Oblężenie Malty 1565 oznaczało dla garnizonu San Elmo coraz większe straty, brak amunicji i coraz mniejsze szanse na otrzymanie pomocy.
Sytuacja obrońców pogarszała się z każdym dniem. Bombardowanie niszczyło kolejne fragmenty murów, powstawały wyłomy, których nie było czym naprawić, a tureccy strzelcy mogli razić ludzi znajdujących się nawet wewnątrz fortu. Obrońcy chronili się za parapetami, poruszali się na czworakach, a duchowni czołgali się do nich, aby udzielać sakramentów. 22 czerwca Osmanowie przeprowadzili kolejny wielki szturm. Po sześciu godzinach walk zostali zmuszeni do odwrotu, lecz garnizon zapłacił za ten sukces wysoką cenę. Zginęło wielu dowódców, inni zostali ciężko ranni, brakowało prochu i materiałów zapalających, a próby dostarczenia zaopatrzenia przez zatokę zakończyły się niepowodzeniem. Wieczorem obrońcy wiedzieli już, że następny atak może być ostatni.
17 czerwca dowództwo armii tureckiej spotkało się w namiocie Mustafy Paszy, aby raz jeszcze przeanalizować nierozwiązywalny problem San Elmo. Turgut ponownie wskazał na słaby punkt całej operacji: nieskuteczną blokadę chrześcijańskich linii zaopatrzenia, co sprawiało, że do fortu wciąż docierali z Birgu nowi żołnierze, żywność i amunicja. Turcy zaczęli więc budować nowe okopy wzdłuż brzegu do miejsca, gdzie zazwyczaj przybijały chrześcijańskie łodzie z zaopatrzeniem.
Wzmocnili także baterię ostrzeliwującą nadszaniec. Po tych posunięciach stało się jasne, że koniec fortu jest bliski. usłyszawszy o tym, wielki mistrz podziękował Bogu za to, że Turcy tak długo zwlekali z zablokowaniem tej jedynej arterii życiowej San Elmo. Dwunastu rycerzy zgłosiło się do obrony fortu, ale La Valette nie dał im zgody. Nie warto było poświęcać więcej ludzi za przegraną sprawę. Zamiast tego wysłał dwie łodzie do don Garcii i papieża z błaganiem o pomoc. Jedna wpadła w ręce wroga, ale ku wściekłości Mustafy Turcy nie znaleźli w swojej armii renegata, który potrafiłby złamać szyfr. W Birgu i Senglei bez przerwy zaś wzmacniano fortyfikacje.
Następny dzień przyniósł chrześcijanom chwilę radości. Prze bieg wydarzeń opisywano różnie. Dowódcy armii osmańskiej znaj dowali się w okopie nad wodą, nadzorując ostrzał artyleryjski. Jedna z armat strzelała zbyt wysoko, Turgut rozkazał więc obniżyć lufę. Gdy drugi strzał także okazał się zbyt wysoki, korsarz ponownie kazał skorygować namiar. Trzeci strzał okazał się z ko lei za niski.
Pocisk zamiast przelecieć nad ścianą okopu, uderzył w mur, zasypując platformę strzelecką gradem kamiennych odłamków. Jeden z nich trafił Turguta w głowę poniżej ucha, inny zaś uderzył Soliego Agę, dowódcę artylerii, zabijając go na miejscu. Ciężko ranny Turgut, którego głowę chronił turban, padł na ziemię. Stary korsarz leżał z wywieszonym językiem, a z rany na głowie tryskała mu krew. Nie zważając na zniszczenia wokół siebie, Mustafa kazał przykryć rannego i zanieść go po cichu do namiotu, aby nie podkopać morale wojska. Jednakże wieści o zranieniu Turguta szybko się rozniosły i dotarły także do chrześcijan. Korsarz leżał bez zmysłów i nie wiadomo było, czy żyje, czy jest martwy.
Turcy jednak ani na chwilę nie przerwali natarcia. Następnego dnia w jednym z silnie bombardowanych bastionów powstał wy łom, przez który można było się łatwo dostać do środka po drabi nie. Naprawa zniszczeń okazała się niemożliwa. Wyprawa za mury po ziemię oznaczała pewną śmierć. Obrońcy próbowali więc pozatykać dziury najlepiej jak potrafili – kocami i starymi żagla mi, a potem znowu przycupnęli za parapetem. W nocy przez zatokę przeszedł ogłuszający huk.
W Birgu przypadkowo wybuchł młyn prochowy. Tureckie oddziały zakrzyknęły z radości, w odpowiedzi na co La Valette kazał wystrzelić kilkanaście salw w stro nę drugiego brzegu, aby poskromić ich entuzjazm, ale sytuacja obrońców stawała się coraz gorsza. 20 czerwca Turcy ukończyli budowę nowej platformy strzeleckiej, która dawała im kontrolę nad zatoką. Przepłynięcie na drugi brzeg stało się teraz niemożliwe. Nawet w nocy.
19 czerwca ostatnia łódź, która spróbowała tego dokonać, została szybko dostrzeżona. Jeden z członków załogi zginął od kuli armatniej w drodze do San Elmo, a drugi od kuli wystrzelonej z arkebuza w drodze powrotnej. W swej ostatniej wiadomości Miranda przestrzegał, że okrucieństwem jest wysyłanie tamtędy ludzi, bo w drodze czeka ich pewna śmierć. Od tej pory tylko maltańscy pływacy mogli próbować dotrzeć na drugi brzeg zatoki. La Valette z niechęcią musiał przyznać, że nic więcej nie może zrobić.
21 czerwca przypadało ważne święto w kalendarzu liturgicznym – Boże Ciało. „Nie omieszkaliśmy spędzić tego wspaniałego świątecznego dnia jak najgodniej i najpobożniej”, napisał Balbi w swych wspomnieniach z Birgu. Zorganizowano procesję, w której poszedł wielki mistrz, choć trzeba było starannie wybrać drogę, aby uniknąć nieprzyjacielskich armat strzelających z drugiej strony zatoki. Garnizon w San Elmo gonił resztkami sił.
Kilkunastu najlepszych tureckich snajperów zajęło pozycje z boku nadszańca, wysoko po nad nim, skąd mogli strzelać do celów znajdujących się w samym środku fortu. Nawet plac apelowy znalazł się w zasięgu ich strzałów. Obrońcy próbowali z kolei podpalić gałęzie wrzucone do fosy. Jeden z nich, Pedro de Forli z Italii, opuścił się na linie z miotaczem ognia na plecach, aby zniszczyć groźny most. Nie udało mu się. Turcy przysypali go grubą warstwą ziemi.
Nie wiadomo, czy śmiałek zdołał wrócić żywy do fortu, czy nie. Tymczasem bombardowanie trwało nadal. Przez całą noc tureckie działa ostrzeliwały pogruchotane mury. Fałszywe alarmy regularnie wyrywały znużonych obrońców ze snu. Teraz mogli jedynie chodzić na czworakach za parapetem i nie byli w stanie zejść ze swoich posterunków. Duchowni czołgali się do nich, by udzielić im sakramentów.
22 czerwca o świcie Mustafa postanowił zakończyć sprawę ko lejnym atakiem frontalnym. Turcy otoczyli San Elmo ze wszystkich stron. Galery Pialego bombardowały nieszczęsny fort z morza. Mniejsze łodzie wypełnione arkebuzerami strzegły wodnej drogi z Birgu. Janczarzy znów ruszyli na most. Tysiące żołnierzy jednocześnie ze wszystkich stron przystawiło drabiny do murów. Na pa rapetach wywiązała się walka wręcz, w której muzułmanie usiłowali zatknąć swoje chorągwie, a chrześcijanie zrzucali im na głowę kamienne głazy i oblewali ich łatwopalnymi cieczami. Snajperzy rozmieszczeni w rawelinie strzelali teraz obrońcom w plecy, biorąc na cel zwłaszcza rycerzy św. Jana, którzy wyróżniali się okazały mi zbrojami. Jedna z kul armatnich ścięła głowę dowódcy fortu, Montserratowi. Giacomo Bosio wspominał, że „słońce paliło jak ogień”.
Tekst jest fragmentem książki Morskie imperia, która czeka na Ciebie tutaj:
Chrześcijanie gotowali się w metalowych hełmach i zbrojach, a mimo to nie zaprzestawali walki. W Birgu przyglądano się temu z przerażeniem i dezorientacją. Ludzie słyszeli krzyki, dudnienie dział, widzieli przeklęty fort „spowity dymem i płomienia mi”3. Wreszcie po sześciu godzinach do Birgu dotarły niesione po wodzie krzyki, wśród których dały się rozpoznać włoskie i hiszpańskie słowa: „Zwycięstwo! Zwycięstwo!”. Atak się załamał i Turcy musieli się wycofać. Jakimś cudem San Elmo raz jeszcze się obroniło.
W popołudniowym słońcu obrońcy czołgali się po zgliszczach. Zginęło wielu dowódców, pozostali – Eguerras, Miranda, Mas – zostali ciężko ranni. Ciała zsunęły się z parapetu i leżały na placu apelowym tam, gdzie spadły. Obrońcy nie mieli siły ich przenieść, nie mówiąc już o pogrzebaniu. W wielu miejscach muru powstały wyłomy, ale nie było czym ich naprawić. W rozgrzanym letnim powietrzu unosił się kamienny pył, proch strzelniczy i smród rozkładających się ciał. Zewsząd dobiegało brzęczenie much. Był to dwudziesty szósty dzień oblężenia.
Ci, którzy mogli utrzymać się na nogach, zebrali się w koście le. Jak napisali kronikarze, „wszyscy jednomyślnie postanowili, że zakończą tutaj życie i swą ziemską pielgrzymkę”. Chcieli jednak po raz ostatni poprosić wielkiego mistrza o pomoc. Z misją wysłali pływaka i ostatnią łódź, jaką dysponowali. Mimo że zaatakowały ją tureckie barki, zdołała dopłynąć na drugą stronę zatoki. Zarówno łódź, jak i pływak przynieśli tę samą wiadomość: obrońcy go nią resztkami sił. Większość zginęła, a nieliczni, którzy przeżyli, są ranni. Kończy się proch i materiały zapalające. Nie ma nadziei na żadną pomoc.
La Valette słuchał tych słów z kamienną twarzą. Chciał, by obrońcy San Elmo walczyli do ostatniej kropli krwi, i ten moment właśnie nadszedł. „Bóg wie, co czuł wielki mistrz”, napisał Balbi w swoim dzienniku, w każdym razie odmówił wszelkim prośbom o wysłanie kolejnych ochotników – byłaby to strata cennych zasobów – ale ustąpił przynajmniej w tym, żeby kilka niewielkich łodzi zawiozło zaopatrzenie dla fortu. Gdy zapadły ciemności, pięciu kapitanów, w tym Romegas, wypłynęło na zatokę. Próba jednak się nie udała. Łodzie zostały ostrzelane przez nadbrzeżne baterie i zmuszone do ucieczki na pełne morze, gdzie za przylądkiem czekało na nie osiemdziesiąt galer Pialego.
Widząc tę nieudaną próbę, obrońcy San Elmo „zaczęli się przygotowywać na śmierć w imię Jezusa Chrystusa”. Nie mogli opuścić swoich posterunków, toteż „jak ludzie, którzy wiedzą, że następny dzień będzie ostatnim dniem na ziemi, wzajemnie się wyspowiadali i błagali Boga o zmiłowanie nad ich duszami”. Księża zakopali chrześcijańskie relikwie pod podłogą kaplicy, wiedząc, że mogą zo stać zbezczeszczone. Gobeliny, obrazy i drewniane meble wynieśli na zewnątrz i spalili. Działa tureckie nie przestawały ostrzeliwać fortu. Przez całą noc La Valette wyglądał przez okno i widział fort rozświetlony błyskami wystrzałów z dział.
W sobotę 23 czerwca Balbi napisał w swoim dzienniku: „O świcie […] w wigilię dnia św. Jana Ewangelisty, patrona zakonu, Turcy rozpoczęli ostatni atak”. Okręty Pialego zbliżyły się do nieszczęsnego fortu z działami dziobowymi ustawionymi na wprost i rozpoczęły bombardowanie. Żołnierze zaatakowali mury na całej długoś ci. W środku znajdowało się od siedemdziesięciu do stu obrońców: wszyscy wyczerpani, wielu rannych. Wcześniej przetrząsnęli ubrania zabitych towarzyszy w poszukiwaniu choćby odrobiny prochu do nabicia arkebuzów. Mirandę i Eguerrasa, którzy nie mogli stać, posadzono na krzesłach z mieczami w dłoniach. Przez cztery godziny obrońcy San Elmo odpierali atak.
Dwie godziny przed południem nastąpiła chwilowa przerwa w natarciu. Gdy janczarzy i spahisi zaczęli formować szyk do kolejnego szturmu, fort nie od powiedział ostrzałem. Obrońcom skończył się proch. Pod murem i na placu leżało sześciuset martwych żołnierzy. Ci, którzy ocaleli, chwycili w dłoń piki i miecze i sformowali linię, ale arkebuzerzy już się nie musieli kryć. Czując, że opór twierdzy dobiegł końca, tureccy żołnierze hurmem przebiegli po moście i bez przeszkód wspięli się na parapet, zabijając każdego, kto stanął im na drodze. Inni wysiedli z łodzi. Miranda i Eguerras zostali zastrzeleni na krzesłach.
Ci, którzy jeszcze mogli biec, wycofali się na plac, gdzie chcieli stoczyć swój ostatni bój. Niektórzy próbowali się poddać, bijąc w bęben, ale było już za późno. Po upokorzeniach, jakich do znał w poprzednich tygodniach, Mustafa rozkazał, by nie brać jeńców. Powiedział, że zapłaci swoim żołnierzom za głowę każdego obrońcy. Janczarzy otoczyli plac, krzycząc: „Bij! Zabij!. Niektórzy obrońcy, klucząc między trupami, ruszyli w stronę kościoła, licząc, że będą się mogli w nim poddać, „ale gdy zobaczyli, jak Turcy bez litośnie mordują tych, którzy rzucili broń i błagają o łaskę, wrócili na środek placu i drogo sprzedali swoje życie”.
Tekst jest fragmentem książki Morskie imperia, Wydawnictwo Rebis.
