Gwardia pretoriańska miała chronić cesarzy. Jak elitarni żołnierze Rzymu zaczęli obalać władców i rozdawać trony

Gwardia pretoriańska miała chronić cesarzy. Jak elitarni żołnierze Rzymu zaczęli obalać władców i rozdawać trony

Miała być elitarną strażą cesarza i jego rodziny, ale z czasem stała się jedną z najważniejszych sił rzymskiej polityki. Gwardia pretoriańska korzystała z wyjątkowych przywilejów, rosła w znaczenie, uczestniczyła w pałacowych intrygach, a jej żołnierze zaczęli odgrywać coraz większą rolę przy wynoszeniu i obalaniu cesarzy.

W styczniu 41 roku n.e. cesarski pałac stał się miejscem masakry. Pretorianie zamordowali cesarza, którego mieli chronić, a następnie przeczesywali pałac w poszukiwaniu osób z nim spokrewnionych. Jeden z nich, Gratus, znalazł ukrywającego się za zasłoną Klaudiusza – wuja zabitego władcy i ostatniego dziedzica rodu julijsko-klaudyjskiego. Zamiast go zabić, postawił go na nogi i oznajmił, że prowadzi go „na tron waszych przodków”. Wkrótce po pałacu rozległy się okrzyki obwołujące nowego cesarza.

Szpaki krzyczały, kołując na wieczornym niebie ponad Rzymem. Skąpany w zanikającym świetle pałac na wzgórzu zdawał się miejscem spokojnym, jakby przez cały dzień wcale nie przelewano tam krwi. Jednak wewnątrz, po korytarzach, niosły się krzyki mordowanych. Ciała tłoczyły się pod ścianami. Z wymalowanych na nich fresków ściekała krew. Ci, którzy jeszcze żyli, czołgali się po mozaikowych posadzkach. Wokół leżały po-łamane posągi upadłego cesarza i jego rodziny. Szalejąca straż strąciła je wszystkie i porozbijała. Niewolnicy, którym udało się przeżyć, kryli się w cieniu. W swoich kryjówkach wstrzymywali oddech na widok przebiegających pretorianów. Na ich szatach i zbrojach wciąż widać było ślady krwi cesarza, którego ślubowali chronić. Zamordowawszy tyrana, przeczesywali teraz pałac w poszukiwaniu wszystkich osób z nim spokrewnionych.

W jednej z rozległych sal pałacowych pretorianin imieniem Gratus rewidował mroczne otoczenie ze swym mieczem typu gladius w dłoni. Chłód styczniowego zmierzchu dobiegał z otwartego balkonu, a wiatr poruszał tkaninami. Prócz tego w pomieszczeniu panował jednak całko-wity bezruch. Już miał wyjść i kontynuować swoje łowy gdzie indziej, gdy nagle przystanął. Jedna z zasłon alkowy zadrgała niezależnie od powiewu wiatru. Gratus podszedł bliżej i skupił wzrok, usiłując przeniknąć ciem-ność. Dostrzegł stopę w sandale wystającą zza zasłony. Po chwili dobiegł go przerażony szloch, którego nie dało się powstrzymać. Gratus ścisnął zrobioną z kości słoniowej rękojeść swego miecza i zręcznym ruchem odsunął zasłonę.

Odsłonięta postać z krzykiem upadła w mrok. Przywarłszy do pur-purowego płaszcza pretorianina, mężczyzna błagał o życie. Jąkając się i szlochając, przysięgał, że nic nie wiedział o krwawych wydarzeniach tego dnia. Gratus uniósł jego drżący podbródek, próbując go zidentyfikować.

Siwe włosy błyszczały w ostatnich promieniach zmierzchu, tak jak i kulka śliny zbierająca się w kąciku jego ust. Gratus rozpoznał wuja szalone-go cesarza. Brata ukochanego Germanika. To był ten bezbronny stary głupek: Klaudiusz.

Pretorianin szybko kalkulował. Po całodziennej masakrze oto klęczał przed nim bezbronny ostatni dziedzic rodu julijsko-klaudyjskiego. Jeden ruch miecza wyzwoliłby Rzym na zawsze od tego katastrofalnego rodu. Po dziesięcioleciach tyranii można by przywrócić Republikę. A jednak bez cesarza, którego trzeba chronić, co stałoby się z gwardią pretoriań-ską? I ich sowitą zapłatą?

„Nie czas już szukać ratunku, panie”, powiedział Gratus, stawiając roztrzęsionego człowieka na nogi i poprawiając jego rozchełstaną togę.

„Przestań uniżenie błagać o życie, gdyż powinieneś dumnie podnieść głowę i myśleć o władzy imperatorskiej, którą w trosce o dobro świata bogowie tobie dla twej cnoty powierzają”.

Klaudiusz był tak oszołomiony, a nogi tak się pod nim uginały, że trzeba go było niemal zanieść do drzwi. „D-Dokąd mnie prowadzisz?”, zapytał.

„Na tron waszych przodków, mój panie”.

Wkrótce w całym pałacu dało się słyszeć radosne skandowanie, które niebawem poniosło się również po mieście: „Cesarz! Cesarz! Cesarz!”.

Gwardia pretoriańska znalazła sobie nowego cesarza.

Ukąszenie skoropiona

Żołnierze, którzy tego styczniowego dnia 41 roku n.e. zamordowali jed-nego cesarza i obrali innego, należeli do niesławnego oddziału, wówczas już od niemal 70 lat stale zyskującego na sile i znaczeniu. Gwardię preto-rianów utworzono jako lojalną i zdyscyplinowaną osobistą straż cesarza, ale stopniowo przekształciła się ona w siłę niemożliwą do kontrolowania, bardziej niebezpieczną dla rzymskich cesarzy niż wszyscy zamachowcy, przed którymi gwardia miała władców bronić. Bardzo szybko pretorianie zaczęli się kojarzyć głównie z intrygami pałacowymi, chciwością i zdradą. Powołując i obalając cesarzy wedle swego uznania, gwardia pretoriańska stała się głównym rozgrywającym rzymskiej polityki.

Cesarz August, nad którym bez wątpienia stale wisiało widmo id marcowych, zaraz po objęciu władzy w 27 roku p.n.e. nadał formalną strukturę swojej osobistej gwardii. Pretorianie mieli stać się obrońcami samego cesarza i jego rodziny, choć korzenie tej instytucji sięgają znacznie wcześniejszych czasów. Już w okresie Republiki pretorianie byli najlep-szymi i najdzielniejszymi żołnierzami, których zadaniem była ochrona wodzów przed zamachowcami, szczególnie podczas kampanii prowadzo-nych na terytorium wroga. Ta elitarna eskorta wzięła swoją nazwę od siedziby wodza zwanej praetorium, położonej w sercu rzymskiego fortu. Gdy Marek Antoniusz wypuszczał swe „denary legionowe”, którymi zamierzał opłacić wojska przed bitwą pod Akcjum w 31 roku p.n.e., pamiętał również o tej wyjątkowej jednostce. Rzadki wariant tej monety oddaje hołd nie tyle któremuś z legionów, ile Cohortum Praetoriarum, „kohorcie pretorianów”; jest to pierwsza wzmianka o tej gwardii na monecie rzymskiej. Po swym przełomowym zwycięstwie August włączył ocalałych pretorianów Antoniusza do własnych oddziałów i w ten sposób powołał zjednoczoną gwardię cesarską.

Tekst jest fragmentem książki Złoto, srebro i krew, która czeka na Ciebie tutaj:

Do gwardii pretorianów należeć mogli jedynie ci najbardziej zaufani, wychowani w Italii żołnierze. Wiązały się z tym też liczne przywileje. Czas służby wynosił 16 lat, podczas gdy dla zwykłego legionisty – 20. Pretorianie stacjonowali w Rzymie i jego okolicach, służąc blisko cesa-rza, i nie musieli narażać swego życia na rubieżach imperium. Jak już mówiliśmy, August natychmiast postanowił widocznie poprawić status pretorianów, nakazując wypłacać im dwukrotność żołdu legionisty, który wynosił 225 denarów rocznie. Na zakończenie służby pretorianin mógł również liczyć na przyznanie mu kawałka żyznej ziemi, a także odprawę, zwaną praemium, w wysokości 20 000 sestercji, czyli 5000 denarów, co odpowiadało niemal dziesięcioletnim zarobkom. Nie wspominając o dodatkowych gratyfikacjach, jakie pretorianin mógł otrzymać w czasie służby: w swoim testamencie August zapisał na przykład każdemu pretorianinowi 250 denarów, ustanawiając w ten sposób zwyczaj przy-znawania im podarunków w zamian za lojalność4. Z czasem podarunki te urosły do rozmiarów wręcz absurdalnych, gdyż od każdego cesarza oczekiwano, że przewyższy hojnością swego poprzednika.

Pretorianie byli jedynymi żołnierzami, którym wolno było nosić broń w obrębie pomerium – świętego kręgu wyznaczonego przez granicę miasta Rzymu. Chociaż gwardia powstała jako osobista ochrona rodziny ce-sarskiej, to jednak wygoda posiadania pod ręką dziewięciu uzbrojonych kohort – około 4500 dobrze wyszkolonych i wyposażonych ludzi – niebawem sprawiła, iż kolejni cesarze wykorzystywali ją do najróżniejszych za-dań w stolicy. Rzymianie przyzwyczaili się więc do widoku pretorianów nie tylko jako straży przybocznej, ale również jako ochrony publicznych wydarzeń, a także strażaków, inżynierów, katów, a nawet uczestników pokazów na arenie. Mniej widoczni byli w roli, którą dziś nazwalibyśmy wywiadem lub policją polityczną, zajmującą się wykrywaniem spisków przeciw cesarzowi.

Gwardia miała podwójną strukturę dowodzenia. Podobnie jak było dwóch rzymskich konsulów, tak na ogół było również dwóch prefek-tów pretorianów; obaj odpowiadali bezpośrednio przed cesarzem. Taki system sprzyjał rywalizacji miedzy dowódcami, z których każdy starał się zdobyć przychylność cesarza, a zarazem uważnie obserwował swego współpracownika. Pozwalało to ograniczać ambicję prefektów, którzy mogliby zapragnąć przejęcia tronu dla siebie. Kolejnym zabezpieczeniem było to, że prefektów wybierano spośród stanu ekwickiego, a nie z rodów senatorskich. Ekwici – czyli „rycerze” – byli wprawdzie klasą zamożnych posiadaczy ziemskich, lecz ich pochodzenie spoza klasy patrycjuszowskiej sprawiało, przynajmniej w teorii, że nigdy nie mogli osiągnąć prestiżu ani koneksji wystarczających, by samemu móc sięgnąć po władzę.

To w czasie 22 lat panowania Tyberiusza gwardia pretorianów stała się niezwykle wpływową i niezależną siłą polityczną, zarazem broniącą i zagrażającą pozycji cesarza. Kiedy ogłoszono śmierć Augusta, pierw-szym działaniem Tyberiusza było przekazanie pretorianom hasła na dany dzień, co symbolicznie oznaczało, że teraz są winni posłuszeństwo nowe-mu imperatorowi. Bezpiecznie otoczony przez swą gwardię, stanowiącą „o sile i wspaniałości panowania”, jak to ujął Swetoniusz, Tyberiusz mógł rozpocząć polityczny teatr i demonstracyjnie odrzucać przyznawane mu tytuły imperialne. Kiedy senat prosił, by przyjął pełną władzę po Augu-ście, Tyberiusz okazywał tak wielką niechęć, że wreszcie jeden z senato-rów miał stracić cierpliwość i zakrzyknąć: „Albo niech przyjmie, albo niech się usunie!”6. Gdy już Tyberiusz przestał udawać wahanie, nie bez powodu przyjął przysięgę wierności najpierw od prefekta pretorianów. Dopiero później odebrał ją od konsulów i senatorów.

Rosnąca wzajemna zależność między cesarzem a jego ochroną dobrze widoczna była w samym wyglądzie pretorianów za panowania Tybe-riusza. Choć zaskakująco mało wiemy o ich mundurach i insygniach, nieliczne zachowane opisy sugerują, że właśnie w tym okresie przyjęli symbol ściśle związany z Tyberiuszem. Marmurowy relief z Puteoli po-kazuje członków gwardii pretoriańskich noszących charakterystyczne owalne tarcze – w przeciwieństwie do typowych dla legionistów tarcz prostokątnych – ozdobione znakiem skorpiona. Podobnie jak dziś, rów-nież w starożytności ten jadowity pajęczak ze swym zabójczym ogonem symbolizował znak zodiaku, pod którym, tak się złożyło, 23 listopada urodził się Tyberiusz. Brązowy sestercjusz ukazujący kohortę pretoria-nów, do której przemawia jeden z późniejszych cesarzy, oddaje postacie z taką szczegółowością, że na tarczy jednego z gwardzistów można do-strzec maleńkiego skorpiona8. Zachowany rzymski kamień nagrobny pretorianina Marka Pompejusza Aspera również przedstawia skorpiona umieszczonego na wojskowym sztandarze gwardii.

Uprzywilejowana pozycja gwardii pretoriańskiej budziła resentymen-ty ze strony zwyczajnych rzymskich legionistów. Szczególnie wyraźnie ujawniło się to w 14 roku n.e., kiedy to, dowiedziawszy się o śmierci Au-gusta, legiony stacjonujące nad Dunajem rozpoczęły rebelię. Gdy w ich ślady poszły oddziały znad Renu, można było powiedzieć, że zbuntowała się cała północna armia imperium. Wielu spośród przywódców rebelii służyło wcześniej pod Tyberiuszem i najpewniej odrzucała ich myśl, że mieliby się teraz podporządkować nowemu, gburowatemu cesarzowi. Trudny moment przekazywania władzy z rąk jednego cesarza w ręce in-nego był też dla wojska znakomitą okazją do renegocjowania warunków zatrudnienia i płacy. Tacyt informuje, że jednym z kluczowych żądań legionów było, „żeby żołnierz otrzymywał po denarze dziennego żołdu”, zwłaszcza wobec tego, że „kohorty pretoriańskie, którym po dwa denary przyznano (…) po szesnastu latach do swoich penatów wracają”10. Z tego tekstu wynika, że w chwili wstąpienia Tyberiusza na tron pretorianom płacono już około 750 denarów rocznie – trzy razy tyle, co przeciętne-mu legioniście. Oprócz tej hojnej zapłaty pretorianie mogli liczyć też na znaczne donacje i wysokie odprawy. Chociaż, jak zauważa Tacyt, nikt nie mógłby powiedzieć, że pretorianie „więcej na się niebezpieczeństw biorą” w porównaniu z legionistami frontowymi, którzy musieli znosić codzienną brutalną dyscyplinę, liche racje żywnościowe i „wśród dzikich ludów z namiotów patrzą w twarz wroga”.

Z misją stłumienia rebelii Tyberiusz wysłał dwie wschodzące gwiaz-dy rodziny imperialnej. Jego jedyny syn Druzus dotarł do legionów naddunajskich i przekonał się, że żołnierze są wyczerpani i zawstydzeni własnym postępowaniem. Szybka egzekucja przywódców rebelii pozwo-liła przywrócić porządek wśród oddziałów. Poskromienie wściekłych legionów na pograniczu germańskim okazało się znacznie trudniejsze, nawet dla księcia tak powszechnie kochanego jak Germanik. Buńczuczny, charyzmatyczny, uwielbiany zarówno przez zwykłych obywateli, jak i żołnierzy młody Germanik miał wszystko to, czego nie miał Tyberiusz.

A w jego żyłach mieszała się krew gałęzi julijskiej i klaudyjskiej. Ze stro-ny ojca był bratankiem Tyberiusza i wnukiem Liwii, podczas gdy jego matka była ni mniej, ni więcej, tylko córką Marka Antoniusza i siostry Augusta, Oktawii. Status złotego chłopca rodziny cesarskiej dodatkowo wspierało jego owocne małżeństwo z Agrypiną, córką wielkiego wodza Agrypy i jedynej córki Augusta, Julii. Biologicznym synem Tyberiusza był Druzus, ale wielu sądziło, że to Germanikowi pisany jest los dzie-dzica tronu imperium.

Jego popularność pośród legionistów rodziła też pewne problemy. Germanik dotarł do zbuntowanego obozu z żoną i dziećmi u boku. Legioniści ruszyli mu naprzeciw, by ucałować jego dłonie, ale w tym samym czasie „wkładali jego palce do swych ust, aby bezzębnych szczęk dotknął”. Umęczeni legioniści, z których niektórzy twierdzili, że mają za sobą ponad 30 kampanii, błagali Germanika, by uwolnił ich od wy-kańczającej służby, a co gorsza, zaczęli zapewniać księcia, że jeśli zechce odebrać tron swemu ponuremu wujowi, chętnie mu pomogą. Germa-nik stanowczo odrzucił tę propozycję: przyłożył miecz do swej piersi i oznajmił, że się zabije, jeśli nie zaprzestaną swych próśb. Widok ten tylko bardziej rozjątrzył żołnierzy.

Germanik przyrzekł im, że podwoi to, co przyobiecał im August, a także zwolni wszystkich tych, którzy dokończyli już ustalony czas służ-by. Ich gniew jednak nie malał. Dobyto mieczy. Młoda rodzina znalazła się w pułapce. Dopiero gdy Germanik zaczął błagać, by wypuszczono jego ciężarną żonę i maleńkiego synka, legioniści odzyskali rozsądek. Widząc, jak szlachetna wnuczka Boskiego Augusta chroni swe maleńkie dziecko przed nadciągającą przemocą, żołnierze się zawstydzili. Ale na dobre rebelię zakończył żałosny płacz samego dziecka. Syn Germanika i Agrypiny urodził się w obozie legionistów i zadziwiająco sentymental-ni żołnierze uczynili z uroczego bobasa prawdziwą maskotkę. Bawili się z nim, a nawet sporządzili dla niego miniaturowy uniform legionisty. Niebawem pojawił się też czuły przydomek dla słodziaka bawiącego się w żołnierza – nazwano go „Bucikiem”, po łacinie Caligula.

Cesarz wysłał z Rzymu jeszcze jedną osobę, która miała z bliska nadzo-rować napiętą sytuację na granicy. Prefekt gwardii pretorianów, Lucjusz Eliusz Sejan, uważnie śledził każdy krok młodych książąt. Po powrocie do Rzymu zdał ze wszystkiego sprawę Tyberiuszowi. Opowiedział zwłaszcza o tym, że legiony chciały osadzić na tronie Germanika. Tyberiusz zawsze z niechęcią sprawował władzę, a wkrótce popadł w izolację i paranoję. Gdy tylko odsuwał się od znojów sprawowania władzy, jego zawsze usłuż-ny prefekt Sejan ochoczo zapełniał powstałą w ten sposób próżnię. Pod jego dowództwem pretorianie stali się cesarzowi niezbędni – z każdym krokiem byli coraz bliżej tronu i coraz bliżej realnej władzy.


Tekst jest fragmentem książki Złoto, srebro i krew, Gareth Harney, Wydawnictwo Poznańskie.

Comments are closed.