Krzysztof Bochus, Wachmistrz
Zło potrafi czaić się wszędzie, a najczęściej wychodzi na powierzchnię w sytuacjach trudnych albo krańcowych. Z reguły towarzyszą temu trzy postawy – biernej akceptacji zła, zachłannego korzystania z tego co przynosi i jego instrumentalnego wykorzystania, albo też całkowitego odrzucenia. Wszystko zależy od wewnętrznej motywacji oraz kręgosłupa moralnego, chociaż i on czasem się nagina. Ludzka natura przecież bardzo szybko dostosowuje się do realiów. Wielki kryzys z końca lat 20. Ubiegłego stulecia okazał się doskonałą okazją do różnego rodzaju niegodziwości, opracowanych na naprawdę szeroką skalę. Sprawiedliwość wymierzą radca Abell i wachmistrz Kukulka – po raz pierwszy razem.
Danzig – miasto wielkich kontrastów
Miasto nad Motławą od dawien dawna było polskim oknem na świat. Przez dość długo miało nawet coś w rodzaju autonomii, potrafiąc przeciwstawić się królowi Stefanowi Batoremu. Wielu kojarzy też słynną Apoteozę Gdańska, będącą symbolem złotego wieku w polskim wydaniu. Nie będę zbyt przesadny, jeśli napiszę, że to właśnie dzięki niemu Polska nie raz dźwigała się z naprawdę trudnych sytuacji. Podobnie było po pierwszej wojnie światowej – potrzebowaliśmy go, jak powietrza. Bez dostępu do morza, jako państwo mielibyśmy jeszcze trudniej. Niestety, to miasto nie było już takie, jak dawniej. Słowem, okazało się dziwacznym tworem, stworzonym przez Ligę Narodów, w którym ścierały się różne cele, poglądy i koncepcje, a Polska i Polacy od zawsze byli w mniejszości. Przyniosło to fatalne skutki, zwłaszcza przed i zaraz po dojściu do władzy pewnego niespełnionego malarza z wąsikiem.
Po lekturze doszedłem też do wniosku, że w Gdańsku panował niemal identyczny tygiel kulturowy, jak w Łodzi. Z tą różnicą, że różne grupy w Litzmannstadt, mimo różnic potrafiły się dogadać. Tutaj, było to właściwie niemożliwe. Jedno było jednak niezmienne. Niezależne od wszystko przestępczy półświatek istniał i miał się dobrze. W mieście Artusa miał nawet większe możliwości „rozwoju”. Pytanie brzmi, co na to policjanci i inne służby kryminalne. Odpowiedź znajdziemy właśnie w tej książce, która wciąga i nie pozwala przerwać lektury nawet na chwilę. Po prostu musisz przeczytać ją natychmiast.
Niefunkcjonujący kodeks karny
Główny bohater – Gustaw Kukulka, wyznaje starożytną zasadę, że tam, gdzie jest wina, musi być i kara. Tak w zasadzie powinno być, a jak jest, to wszyscy wiemy. Są i tacy (byli też przed niemal stu laty), którzy z różnych powodów unikali odpowiedzialności. Może dlatego stosuje dość niekonwencjonalne metody, nie bawiąc się w półśrodki. Czasem, aby nakłonić kogoś szemranego do zeznań, wystarczy jeden prawy podbródkowy albo sierpowy. Wiadomo przecież, że dobrymi manierami, niewiele się tam osiągnie. Po wielu latach „kopania się z koniem”, bo choć czasami uda mu się rozwiązać jakąś sprawę, to i tak nikt go nie zauważa, ma serdecznie dość i jest zrezygnowany. Wówczas do gdańskiej komendy Kripo trafia radca kryminalny Christian Abell, który choć wyznaje bardziej pokojowe metody pracy, zgadza się z podwładnym co do jednego – nie może być tak, że wobec prawa są równi i równiejsi. Szybko przekonają się, jak trudno jest tę maksymę wprowadzić w życie.
Będą musieli dowiedzieć się, dlaczego w Gdańsku w niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do zaginięć młodych kobiet. Modus operandi jest zawsze niemal identyczne: chodzi o blondynki, wywodzące się raczej z nizin społecznych i chętne do pracy, myślące, że dzięki temu choć trochę poprawią swój los. Na domiar złego sprawą interesuje się gdański Senat, który widzi w niej ogromny problem, przede wszystkim medialny. Dlatego niejako wymusza szybkie tempo pracy. Niestety im większe tempo śledztwo zatacza, tym więcej prominentnych osobistości okazuje się być w nie zamieszanych, a to wywołuje całą gamę reperkusji i trudności. Pod tym względem akurat niewiele się zmieniło. Parasol ochronny niezależnie od epoki ma się zupełnie dobrze. To jednak nie powstrzymuje obu policjantów, chociaż wywoła w nich wiele wątpliwości, przede wszystkim co do etycznego postępowania i zawodowej uczciwości. Każdy z nich ma w tym wszystkim do rozegrania własną „partię”.
Najciemniej pod latarnią
Z oczywistych powodów nie mogę udzielić odpowiedzi na pytanie, kto zabił, ale mogę powiedzieć, że na ostatniej stronie też się tego nie dowiecie – i to w tym wszystkim jest najlepsze. Autor nie idzie na skróty. Aby wszystko dobrze zrozumieć, ale przede wszystkim osadzić w pewnym kluczu interpretacyjno-sytuacyjnym, trzeba przeczytać książkę na poważnie. Od początku do końca. Wówczas wszystko połączy się w zrozumiałą całość. Oczywiście w tekście na pierwszy plan wysuwa się kwestia kryminalna, lecz w mojej opinii nie byłaby ona aż tak ciekawa, gdyby nie fakt, że „otulona jest” arcyciekawym światem przedstawionym. Kryzys, bezrobocie, szybko postępująca pauperyzacja społeczeństwa, różnice pomiędzy biednymi walczącymi o każdy dzień a bogatymi, którzy żyją tak, jak gdyby nic się nie zmieniło, raczkujący nazizm, ale nade wszystko, to co w Gdańsku najciekawsze i najbardziej ujmujące – wolność, wiatr, morska bryza, tajemniczość, skrytość.
Swoją cegiełkę do całości dokładają bohaterowie – skrojeni dokładnie tak, jak powinni. Są tam tanie dranie, wielcy przemytnicy, prawdziwi notable, naukowcy, a przede wszystkim tacy ludzie, którzy niezależnie od sfery pochodzenia – uważają, że w świecie liczy się tylko brutalna siła. Nic innego nie da ci takiej przewagi. Od chwili, kiedy poszlaki przestają nimi być, rzeczywiście trudno oderwać się od książki. Sprawia to także świetnie przedstawione realia epoki i pewien mrok. Akcja bowiem rozgrywa się zimą na nieco ponad tydzień przed Bożym Narodzeniem. Z różnych powodów sprawa musi być wyjaśniona do wigilii. Sami dowiecie się, czemu.
Majstersztyk to mało powiedziane
Motywacja sprawcy i finał naprawdę zmrozi wam krew w żyłach i na chwilę odbierze dech. Sam krzyknąłem: Ale jak to? Wiedziałem! Po lekturze jeszcze przez chwilę siedziałem jak w transie – niby zwykły kryminał, a tak mocno oddziaływał na moją wyobraźnię. Naprawdę byłem w Gdańsku. Zaskoczyłem się wieloma cechami tej powieści i polecam Wam ją z całą odpowiedzialnością. Ogromną robotę robią zastosowane niemieckie nazwy określonych lokalizacji w mieście i okolicznych miejscowości. Przyznaję, że na początku nieco się na to krzywiłem, ale przecież tak było. To właśnie oddech historii w jej pełnym majestacie. Nie mogę napisać nic złego ani w odniesieniu do tekstu, ani do fabuły, ani nawet do języka. Wszystko działa jak maszyneria zegara na frontonie Dworu Artusa. W Wachmistrzu znajdziecie całą paletę emocji, a one zostaną z wami na bardzo długo. Przecież nic nigdy nie jest proste, a że życie prywatne przekłada się na zawodowe – cóż, nic się na to nie poradzi.
Powrót do przeszłości
Wachmistrz Kukulka i radca Abell są prawdziwymi fachowcami i łączą w sobie wiele cech, które składają się na ich portret psychologiczny. Zakładam, że czytelnicy polubią ich obu, bo na to zasługują. Wiem, że Krzysztof Bochus wcześniej stworzył już serię dotyczącą tego drugiego (nie czytałem jej), ale razem mogą zdziałać wiele więcej. Przecież przeciwieństwa się przyciągają. Historii nie zawrócimy, po wielkim kryzysie nastąpi eskalacja, która dziesięć lat później wywoła wojnę. Czasem warto dotknąć świata, który dawno zniknął. Czy to dobrze, czy źle – musimy rozstrzygnąć sami. Co jeśli tak naprawdę nic się nie zmieniło? Jaka jest prawda? Właśnie ta książka nam pomoże wyrobić sobie zdanie. Jedno jest pewne. Wachmistrz nie powiedział jeszcze ostatniego zdania, a bandytów do ścigania zostanie mu do końca świata i na jeden dzień dłużej. Miasto takie jak Gdańsk przecież nigdy nie zasypia, a ciemne uliczki rządzą się własnym, niedorzecznie pojętym, o zgrozo, zbiorem pryncypiów.
Wydawnictwo Skarpa Warszawska
Dominik Majczak
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Skarpa Warszawska. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.