Lepsze czasy. Jak zostać królem

Lepsze czasy. Jak zostać królem |Recenzja

Paweł Zych, Lepsze czasy. Jak zostać królem

Władcy zwykle dostają w książkach tron i fanfary. Lepsze czasy. Jak zostać królem robi coś sensowniejszego: zdejmuje koronę z gabloty i sprawdza, z czego ona naprawdę jest – z podatków, cen, produkcji, transportu, pracy ludzi i całej tej nudnej (czytaj: kluczowej) logistyki państwa.

To podróż po Rzeczypospolitej Obojga Narodów na początku XVII wieku, prowadzona przez fabularny pretekst: dziesięcioletni Władysław Waza w przebraniu szlachcica ogląda swoje przyszłe państwo od środka.

Zamiast dworu i ceremoniału są folwarki, huty, kopalnie, jarmarki, warsztaty, obozy wojskowe i miasta, w których każdy rozdział dokłada nowy kawałek układanki: jak działa gospodarka, handel i system państwa. Książka mówi wprost o tym, co ludzie jedli, jak mieszkali, jak podróżowali, czym handlowali, ile zarabiali i ile musieli wydać, a przy okazji tłumaczy pieniądze, ceny, podatki, szkołę i polityczne mechanizmy epoki. Ten „kurs zostawania królem” jest w praktyce kursem czytania kraju – od podszewki.

Paweł Zych opowiada bardzo „scenami”: ktoś spotyka kogoś, coś mu pokazuje, tłumaczy, jak to działa, i nagle wiesz, czemu Holendrzy płynęli do Gdańska, a Anglicy do Elbląga, albo jak z pozornie śmiesznych rzeczy robi się poważny biznes. Styl jest popularnonaukowy, ale nie szkolny: dużo konkretu, sporo anegdoty i humoru, a tempo trzyma format „kolejne miejsce = kolejny temat”. To książka, która ma ambicję dać czytelnikowi narzędzia: rozumienie procesów, nie tylko nazw.

Najmocniejsza teza tej opowieści jest praktyczna: państwo to sieć interesów, zawodów i przepływów, a „wielka historia” wynika z tego, czy działa folwark, transport, podatki, warsztat, rynek i wojsko. Druga sprawa: Rzeczpospolita jest tu pokazana jako wieloetniczna i wielozawodowa mozaika — Polacy, Litwini, Rusini, Kozacy, Szkoci, Żydzi, Ormianie – i to nie jako ozdobnik, tylko jako realna tkanka gospodarki i miast.

Największy plus: ogrom szczegółu podany tak, że da się go „przeżyć” w terenie, a nie wykłuć jak definicję. Drugi: warstwa graficzna i wydanie (A4, kreda, twarda oprawa) robią z tego album, do którego się wraca, bo ilustracje są pełne informacji i drobiazgów. Trzeci: mocne osadzenie w realiach codzienności – pieniądze, ceny, zawody, podatki, produkcja – czyli to, czego zwykle brakuje w szkolnej narracji.

To książka, która potrafi być „gęsta”. Jeżeli ktoś jest wrażliwy na liczby, wyliczenia i parametry produkcji, może mieć momenty zmęczenia, bo konkretu jest dużo, czasem bardzo dużo.

To jest książka, która uczy historii tak, jak powinna uczyć: przez rzeczy, które da się zrozumieć i porównać do dzisiaj – kto pracuje, kto zarabia, kto płaci, kto dowozi, kto kombinuje. Jeśli Dobre czasy były bramą do średniowiecza, Lepsze czasy są wycieczką w Rzeczpospolitą z lupą w ręku. Idealna do wspólnego oglądania, ale lepiej działa u czytelnika, który nie boi się, że w książce historycznej pojawi się rachunek.


Wydawnictwo Dobre Czasy
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Dobre Czasy. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.