Louise Erdrich, Rzeka Czerwona

Rzeka Czerwona |Recenzja

Louise Erdrich, Rzeka Czerwona

Ludzkie życie bywa różne, pełne zakrętów, zmian, dramatów i ingerencji tych, którzy nie zawsze powinni pojawiać się na naszej drodze. Ale to tylko czynniki ludzkie. Jednak w naszym życiu istotną rolę odgrywają różne procesy, stany natury, a czasem i procesy w społeczeństwie, najczęściej w formie kryzysów, które potrafią w ułamku chwili wywrócić bezpieczny, w miarę pewny świat, do góry nogami. I właśnie o takich przemianach, różnego rodzaju kryzysach jest powieść Louise Erdricha pod tytułem „Rzeka Czerwona”.

Ach miłości, cóżeś ty za Pani?

Głównym tłem książki są skomplikowane relacje między dwoma głównymi bohaterami. Kismet to młoda kobieta, która jeszcze nie wie czego chce od życia. Na pewno jest przebojowa, w jakimś stopniu bezkompromisowa i świat wokół zdaje się być tłem jej osobowości i możliwości. Właśnie ma poślubić Gary’ego, dziedzica wielkich farm, który jest bezbarwny, niepewny siebie samego i w ogóle taka klucha. W ich związek miesza się ten trzeci, Hugo, pewnego rodzaju romantyk, który postanawia odzyskać swą dawną miłość, czyli Kismet. Ich relacje mocno się komplikują, wprowadzając swoisty chaos w społeczności miasteczka Tabor w Północnej Dakocie, który spotęguje katastrofę, która dotknęła miejscowość…

Bardzo ciekawą postacią jest również matka głównej bohaterki, Crystal, która zajmuje się transportem buraków cukrowych. Jej trudny los, pewien życiowy fatalizm, kumulują się w radiowych audycjach, zwiastujących zdarzenia pokroju apokaliptycznych przepowiedni. Dochodzi nawet do tego, że doświadcza ona wizji, które tylko potęgują jej troskę o własny byt i przyszłość córki.

Problemy małej społeczności

Książka porusza w swej formie bolączki ludzkiego życia, zwłaszcza ludzi żyjących na prowincji. Bo tutaj wielki świat objawia się rzadko, można by więc sądzić, że nie istnieje, że jest tylko wytworem spaczonej fantazji. Jednak, gdy w wielkim świecie źle się dzieje, konsekwencje tego najbardziej dotykają właśnie ludzi z obrzeża cywilizacji. Kryzys ekonomiczny z lat 2008-2009 podważa podstawy egzystencji bohaterów powieści, stawiając ich przed nowymi problemami.

W powieści zaobserwować można kilka rodzin z Dakoty, które mierzą się z różnego rodzaju problemami. Zajmują się najczęściej uprawą rolniczą. Ich los zależy od ich ciężkiej pracy, od tego, czy zdołają przewidzieć potencjalne zagrożenia. Ich egzystencja to życie z dnia na dzień, bez większych życiowych planów. Bez plonów nie będą w stanie funkcjonować. Tu kredyt, tam szacunek, choroby, życiowe wybory…

Ich prosty tryb życia sprawia, że nie potrafią myśleć o niczym, co wykracza poza ich własne życiowe potrzeby. Są w pewien sposób upośledzeni, bo ich świat zamyka się w tym, co robią. Nie potrafią nazwać swoich uczuć, potrzeb. Często podejmują decyzje, których skutków nie są w stanie przewidzieć, bo nikt ich tego nie nauczył. Ta życiowa prostota mocno komplikuje ich już i tak trudne życie. Ale być może dlatego jest ono takie ciekawe, i dobrze się o nim czyta.

Obraz amerykańskiej prowincji

Książka jest ciekawa, bo porusza problemy egzystencjalne szerokiej gamy ludzi, choć o specyficznym, amerykańskim odcieniu kulturalno-mentalnym. To bardziej powieść o ludziach z prowincji, prostych, systematycznych, pragmatycznych, ale i pełnych niepewności, pewnej nieumiejętności do szybkiego przystosowania się do nagle pojawiających się problemów. To także cichy pean ku czci życia proekologicznego z ukazaniem, jak łatwo jest przekroczyć, zdawałoby się, bezpieczną granicę, tego co opłacalne i konieczne. A przesadzić przecież jest łatwo, a konsekwencje nie zawsze są przewidywalne.

Bardzo podobało mi się, że Autorka dołożyła wszelkich starań, aby przekonać nas, czym tak naprawdę żyją mieszkańcy Taboru. Wykłady o jakości gleby, czy zachwyt nad rdzeniem z próbek są mistrzowskie. Oddają sens życia tych ludzi, ich przywiązanie do ziemi, do koegzystencji ze światem przyrody, z którą wiąże się ich los, ich dobrobyt, przetrwanie, albo śmierć. Myślę, że to jedno z najciekawszych tego typu przedstawień w literaturze, jakie czytałem. A przecież, dla mnie, było to tak ogromnie nudne!

Myślałem, że skoro bohaterami powieści są rdzenni mieszkańcy regionu, to czegoś więcej się o nich dowiem, ale Autorka nie bardzo chciała zanurzyć się w tym temacie. A szkoda, bo przecież główne bohaterki były potomkiniami indiańskiego ludu Odżibwejów. Być może stąd Crystal doświadczała wizji, a jej córka była tak żywiołowa?

Książka świetnie oddaje pewne rozdwojenie amerykańskiego społeczeństwa. Z jednej strony mamy tych, którzy żyją z rolnictwa i natury. Szanują jej prawa, pozostawiają jej enklawy, gdzie świat przyrodniczy może rozwijać się bez, ogólnie, ingerencji człowieka. Z drugiej mamy tych, którzy są dorobkiewiczami. Naturę traktują instrumentalnie, eksploatując ją ku swemu własnemu zyskowi, nie bacząc, jakie konsekwencje przyniesie ich nonszalancja.

Oba światy się przeplatają, żyją w permanentnym konflikcie, ale koniec końców, razem ponoszą odpowiedzialność za ludzkie błędy. Oba środowiska pełne są sprzeczności, różnej maści bolączek, które uniemożliwiają im porozumienie się. To trochę tak, jakby te dwa światy dzieliła różnica w języku, którym się posługują.

Zresztą to rozdwojenie bardzo uwidacznia się w mentalności. Jedni są ograniczeni, drudzy nie potrafią myśleć twórczo, jedni żyją swoją „dziedziczną spuścizną”, a drudzy nie mając korzeni, nie szanują niczego. Hmm, ale to już tylko amerykańskie odludzie, a może permanentny stan świadomości ludzkości w ogóle? W każdym razie, ujęcie ludzkich rozbieżności, w perspektywie stosunku do upraw, jest dosyć ciekawym zabiegiem. I koniec końców myślę, że Autorka wybrnęła z tego dosyć dobrze.

Ukryta prawda

Ponadto Louise Erdrich w swej powieści ukazuje skutki ludzkich decyzji dla świata przyrodniczego. Brak umiaru, zbytnie wyeksploatowanie zasobów natury, i poleganie na tylko jednej monokulturze grozi nam katastrofą. W podświadomości czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, że to oddaje nasz stan istnienia.

Świat zdany na coś jednolitego, monolitycznego, bardzo łatwo może upaść, bo pozbawiamy się kreatywnej albo alternatywnej drogi ucieczki, drogi przeżycia. Świat polikulturowy, wprawdzie pełen różnych sprzeczności, jest jednak bardziej adekwatny na ciosy, katastrofy i zagrożenia. Pozwala się przystosować, znaleźć drogę na bieżące bolączki, jest drogą ucieczki przed tym, na co, jako ludzie, nie mamy wpływu. Tak więc, poprzez świat natury, Autorka oddała kondycję ludzkości. A diagnoza przez nią serwowana jest o tyle ważna, o ile coraz silniej do głosu dochodzą opinie konserwatywne, dążące do unifikacji społeczeństwa, do wyeliminowania tego, co odmienne, co inne. Zwłaszcza za prezydentury Donalda Trumpa ta diagnoza nabiera wielkiej wyrazistości i nowych znaczeń.

Powieść bardzo mi się podobała, bo dotyka wielu problemów. Życie prowincjonalnych bohaterów jest elementem większej układanki. Ich losy splatają się z naturą, z tym, co dotyka cały świat. Jest tu miejsce nie tylko dla nauki, ale i antropologii, ekologii, życiowych mądrości, religijnych inspiracji i tego, co napędza ten dziwny, ale jakże ciekawy świat. Gorąco polecam.


Wydawnictwo ArtRage

Ryszard Hałas

Comments are closed.