Ktoś, kto ją napisał zawarł w niej m. in. takie „mądrości” jak: „W dżungli rośnie wiele drzew owocowych, więc nie będziesz miał problemu ze znalezieniem pożywienia”.
W zestawie znajdowały się haczyki na ryby z żyłką, butelka płynu przeciw moskitom, scyzoryk, tabletki do oczyszczania wody, trochę jedzenia i tępa maczeta. Oprócz tego obaj mieli przy sobie pistolety.
Obydwaj doszli do wniosku, że o wiele bardziej niż zestaw survivalowy przydadzą im się rady kilku australijskich żołnierzy, z którymi kilka tygodni wcześniej pili piwo na Nowej Gwinei. Doświadczeni w bytowaniu w dżungli Australijczycy poradzili im m.in., by jak najszybciej oddalić się od wraku samolotu, znaleźć strumień i iść w dół jego biegu, aż do ujścia do rzeki. A potem podążać wraz z jej nurtem, aż do oceanu.
Zgodnie z tymi radami obaj Amerykanie znaleźli niewielką rzeczkę i ruszyli w jej dół. Ta stopniowo rozszerzała się. Po kilku godzinach opadli z sił i usiedli na brzegu rozmasowując obolałe stopy.
Nagle Phil zauważył małą bambusową chatkę na drugim brzegu rzeki. Przez chwilę przyjaciele naradzali się, co robić. Postanowili przekroczyć rzekę i zajrzeć do domostwa, które nie wyglądało na zbudowane przez Japończyków.
Więc przez kogo? Sami bali się odpowiedzi na to pytanie…
Australijczycy poznani na Nowej Gwinei trochę im opowiedzieli o ludach zamieszkujących Borneo. Powiedzieli im m.in., że Dajakowie (zbiorowa nazwa plemion zamieszkujących Borneo) bardzo lubią ludzi. Jeść. A ich odcięte i spreparowane głowy przechowują jako trofea.
Byli jednak tak zmęczeni i wyczerpani, że nawet gdyby chatka należała do samego diabła to i tak szukaliby w niej schronienia.
W jej wnętrzu znaleźli pęk zielonych bananów – znak, że chatka jest używana i że jej właściciel z pewnością do niej wróci. Wyszli z niej i usiedli na brzegu rzeki.
Z zarośli na drugim brzegu rzeki wychyliła się czarna głowa krajowca. Phil aż podskoczył, kiedy ją ujrzał, ale natychmiast się opanował.
– Uśmiechnij się! – powiedział do Dana i sam wykrzywił usta w sztucznym uśmiechu, przyjaźnie machając dłonią do krajowca.
Ten rzucił jakiś rozkaz w swoim języku i z krzaków wyskoczyło kilkunastu jego współplemieńców. Ich ciała pokrywały tatuaże, jedynym odzieniem był jakiś strzęp materiału owinięty wokół bioder, w rękach trzymali dzidy i maczety. Weszli do rzeki i zaczęli zbliżać się do Amerykanów.
– Jesteśmy Amerykanami! – powiedział powoli Phil odpinając kaburę z pistoletem i rzucając ją na ziemię. Dan natychmiast poszedł w jego ślady.
Dajakowie podeszli bliżej i również odłożyli broń. Jeden z nich spojrzał na litery wytłoczone na skórzanej kaburze jednego z pistoletów.
– U S! U S! – krzyknął.
W tej chwili wszelkie lody pękły. Dajakowie uścisnęli Amerykanom dłonie i zaczęli poklepywać ich po plecach.
Japończycy po zajęciu Borneo nie zadbali o przyjazne stosunki z Dajakami, a wręcz przeciwnie. Aresztowali pracujących wśród nich i bardzo przez krajowców szanowanych ewangelickich i katolickich misjonarzy i brutalnie ich zamordowali. Samych Dajaków zaczęli traktować jak podludzi. Konfiskowali im żywność, wybijali żywy inwentarz, a co najgorsze – napastowali kobiety. Nic dziwnego więc, że krajowcy ich znienawidzili.
Dajakowie zaprowadzili Dana i Phila do swojej wioski, gdzie przybycie białych wywołało sensację. Natychmiast zostali otoczeni przez grupę kobiet i dzieci. Potem naczelnik wioski wprowadził ich do największej chaty. W jej środku Amerykanie ze zgrozą zauważyli ludzkie głowy zawieszone pod sufitem.
Dajakowie istotnie byli łowcami głów, ale ta tradycja wymarła wśród nich jakieś dwadzieścia lat wcześniej wskutek działalności misjonarzy oraz stosowania prawa kolonialnego, które zabraniało podobnych praktyk.