
(Zdj. www.blogbishopa.pl)
Phil i Dan zostali nakarmieni, po czym wskazano im miejsce spoczynku. Zasypiając obaj pomyśleli, że mieli wielkie szczęście spotykając przyjaznych krajowców, a nie Japończyków.
Następnego dnia Dajakowie zaprowadzili ich do innej wioski, gdzie przebywało dwóch innych członków załogi zestrzelonego Liberatora.
W tym samym czasie wiadomość o katastrofie amerykańskiego bombowca dotarła do urzędnika japońskiej administracji odpowiedzialnego za ten region Borneo. William Makahanap urodził się na Celebes – jednej z wysp Indii Holenderskich i mimo, że pracował dla Japończyków w skrytości ducha gardził nimi. Był głęboko wierzącym chrześcijaninem i to co okupanci zrobili z misjonarzami wstrząsnęło nim. Zamiast więc poinformować japońskich przełożonych o amerykańskich lotnikach skontaktował się z wodzem jednego z plemion Dajaków i polecił mu jak najgłębiej ukryć Amerykanów. Krajowcy postanowili przetransportować lotników do najdzikszej części Borneo, gdzie nigdy nie stanęła stopa białego człowieka.
Japończycy wkrótce i tak dowiedzieli się o obecności Amerykanów w interiorze i wgłąb wyspy ruszyły patrole. Żołnierze próbowali zastraszyć Dajaków, by wydali lotników, bo inaczej ich wioski zostaną spacyfikowane. Krajowcy w odpowiedzi chwycili za broń i zaczęli wybijać japońskie patrole.
William Makahanap oraz wodzowie poszczególnych plemion celowo rozbudzili w Dajakach nieco już zapomniany etos łowców głów. Stara tradycja miała posłużyć nowemu, ważnemu celowi – pozbycia się Japończyków z wyspy. Krajowcy ochoczo do niej wrócili. Japońscy żołnierze zaczęli znajdować ciała swoich towarzyszy z odrąbanymi głowami, a w chatach Dajaków zawisły nowe trofea.
Mimo troskliwej opieki krajowców surowe życie w dżungli zaczęło odbijać się na zdrowiu amerykańskich lotników. Każdy z nich schudł kilkanaście kilo. Przetransportowano ich z powrotem do wioski, gdzie po raz pierwszy spotkali Dajaków.
Musimy przenieść się teraz kilkanaście tysięcy kilometrów na zachód, do Londynu. Brytyjczycy wbrew pozorom nie zamierzali się pogodzić z utratą pól naftowych na Borneo i już od jakiegoś czasu przygotowywali plan utrudnienia Japończykom panowania nad wyspą wywołując na niej wojnę partyzancką. Potrzebowali kogoś kto zna Dajaków i potrafi się z nimi porozumieć. I znaleźli go. Urodzony w 1911 roku Tom Harrison był podróżnikiem, ornitologiem i antropologiem-amatorem, który w latach 30-tych spędził sporo czasu na Borneo, żył wśród Dajaków, mówił ich językiem, ba, był nawet wytatuowany jak Dajak!
Nie był wojskowym, ale był niespokojną duszą nie mogącą usiedzieć w jednym miejscu. Kiedy zaproponowano mu wstąpienie do specjalnego oddziału (znanego później pod nazwą Z Force) mającego za zadanie wywołanie antyjapońskiego powstania na Borneo zgodził się natychmiast. Przeszedł intensywne szkolenie w Australii i w marcu 1945 roku wraz z grupą australijskich komandosów został zrzucony ze spadochronem nad Borneo. Jego zadaniem było szkolenie Dajaków w technikach walki partyzanckiej i ratowanie zestrzelonych alianckich lotników.

(Zdj. www.blogbishopa.pl)
Po wylądowaniu komandosi szybko nawiązali kontakt z Dajakami. Aby przekonać ich do siebie medyk oddziału zajął się chorymi członkami plemienia doprowadzając wkrótce do ich wyzdrowienia. W międzyczasie do Toma Harrisona dotarła wieść o amerykańskich lotnikach przebywających w gościnie u krajowców. Postanowił natychmiast się z nimi skontaktować. Napisał list, w którym zasugerował spotkanie. Po jego otrzymaniu z rąk gońca Amerykanie nie zastanawiali się długo. Wyruszyli w ponadtygodniową podróż przez dżunglę i góry do kwatery Harrisona.
Tam Dan Illerich korzystając z radiostacji skontaktował się z amerykańską bazą na wyspie Morotai i przekazał wiadomość o ich miejscu pobytu. W tym samym czasie australijscy komandosi zajęli się szkoleniem Dajaków. Wyszkoleni przez nich wojownicy wkrótce zaczęli znosić do kwatery stosy japońskich głów.
1 maja 1945 roku kilkanaście tysięcy australijskich żołnierzy zajęło strategiczną wyspę Tarakan u wschodnich wybrzeży Borneo. Wkrótce wsparli ich Amerykanie i Brytyjczycy. Alianci zaczęli odbijać Borneo z rąk Japończyków. Harrison, który przeniósł swoją kwaterę do wioski Belawit położonej głęboko w interiorze skontaktował się z nimi przez radio i postanowił przekazać im wycieńczonych amerykańskich lotników.
Ba, ale jak to zrobić? Wędrówki piechotą przez dżunglę z pewnością nie wytrzymają. Pozostaje więc droga lotnicza. Ale przecież w Belawit nie ma lotniska!
Skoro nie ma – to trzeba je zbudować!
Ale jak? Okolice wioski były podmokłe – każdy samolot, który próbowałby tam wylądować niechybnie ugrzązłby w błocie. Tom Harrison postanowił więc zbudować pas startowy z jedynego surowca, który miał w wielkiej obfitości – bambusa.
Kilkuset Dajaków przez dwa tygodnie pracowało przy budowie tego jedynego w swoim rodzaju pasa startowego rozcinając wzdłuż grube pnie bambusów i układając je ciasno jeden przy drugim, aż powstało lądowisko o długości około stu metrów.
Kilka dni później nad Belawit zaterkotał niewielki samolot typu Auster. Wylądował bez większych problemów. Powstało jednak pytanie, czy będzie w stanie wystartować z tak krótkiego pasa. Tom Harrison postanowił sprawdzić to na sobie. Razem z australijskim pilotem wsiadł do kabiny. Samolocik nie zdołał oderwać się od ziemi na tak krótkim dystansie, zjechał z pasa, wpadł w błoto i przewrócił się na plecy. Pas startowy musiał być wydłużony o co najmniej kilkadziesiąt metrów.
Komandosi wydobyli samolot z bagna i przywrócili do stanu używalności. Kolejna próba startu z wydłużonego pasa zakończyła się powodzeniem. W czerwcu 1945 roku amerykańscy lotnicy zostali jeden po drugim przewiezieni drogą lotniczą do Tarakan. Po siedmiu miesiącach byli z powrotem w domu.
Tom Harrison został wśród Dajaków aż do 1946 roku. Wyszkoleni przez niego i jego komandosów wojownicy zabili w sumie kilka tysięcy japońskich żołnierzy.
Mateusz Biskup
Tekst pochodzi z bloga http://blogbiszopa.pl/2014/03/lowcy-glow/