Każda historia ma swoje dobre i złe charaktery… Ale czy na pewno? Czy sensowne jest ocenianie moralności czynów ludzi, którzy nie mogą się bronić? Czy czas zaciera granicę pomiędzy dobrem a złem? Czy powinniśmy traktować naszych przodków ulgowo? Czy historyk powinien w ogóle myśleć tymi kategoriami?
Historiografia od prawie samego początku jej istnienia to wyścig obiektywności. Wygrywa ten, który w najmniejszym stopniu pozwoli swoim osobistym przekonaniom przeniknąć do tekstu, który chce przekazać następnym pokoleniom. Dobry historyk jest anonimowy – trudno na podstawie jego dzieł cokolwiek na jego temat wydedukować. Dobry historyk nie ocenia – choćby jeden władca zburzył jego rodzinne miasto, a drugi je odbudował i wyposażył w złotą wieżę zegarową, nie wypowie się pozytywnie lub negatywnie o żadnym z nim. Dobry historyk nie pochlebia ani nie gani, tylko przedstawia wszystko tak, jak było, a ewentualne wyniesienie pod niebiosa lub potępienie pozostawia siłom wyższym.
To podejście jest w stu procentach poprawne. Zwłaszcza, że osiągnięcie nirwany historyka – pełnej obiektywności – jest zwyczajnie niemożliwe. Miejsce urodzenia, wiek, doświadczenie – to wszystko zmienia punkt widzenia badacza i odróżnia go od innych, którzy np. uwypukliliby inne informacje, zaczęliby opowieść od innego wydarzenia itd.
Nawet źródła są nieobiektywne, szczególnie jeśli mówimy o bardzo odległych epokach, gdzie dostępne są dla nas w większości teksty już wyselekcjonowane przez wydawców czy skrybów. Dodawanie kolejnej warstwy moralnych sądów na już i tak przykrytą nimi rzeczywistość jest zupełnie niepotrzebne. W ostateczności to publika zdecyduje na podstawie wszystkich informacji, które udało się zebrać historykowi, czy dana postać jest dobra, czy zła.
No właśnie – ale czy to tak można? Ocena czynów ludzi z przeszłości przez dzisiejsze społeczeństwo jest nieunikniona i, moim zdaniem przynajmniej, potrzebna. Jednak czy ich odległa data urodzenia i śmierci coś zmienia?
Relatywizm moralny to koncepcja, która zyskała popularność w XX wieku i budzi kontrowersje do dzisiaj. Według niej nie istnieje uniwersalna moralność, a różni ludzie w różnych okolicznościach podlegają innym wymaganiom moralnym. Odnosząc się do przeszłości, mówimy o relatywizmie historycznym, który zakłada, że pojęcia moralne są względne wobec epoki historycznej.
Tak jak według niektórych nie można oceniać naszym systemem wartości odciętego od cywilizacji plemienia kanibalów, którzy po śmierci konsumują wnętrzności swoich bliskich, tak nie można w ten sposób osądzać choćby Spartan, zrzucających z klifu niepełnosprawne dzieci. Nie możemy przeniknąć do mentalności ludzi z kultury, do której nie mamy dostępu, a przeszłość jest w pewnym sensie taką właśnie kulturą.
Całkowity relatywizm moralny zakłada praktycznie wyzbycie się jakichkolwiek twardych zasad moralnych i kompletną iluzoryczność pojęć dobra i zła. Umiarkowany relatywizm historyczny wydaje się być bardziej atrakcyjny. Pozwala nam wybaczać naszym ulubionym postaciom historycznym takie wybryki jak ślub z niepełnoletnią dziewczynką, przemoc wobec kobiet i dzieci czy nawet – odnosząc się do dalszych epok – ofiary z ludzi (w końcu musieli jakoś przebłagać bogów!).
Jednak dobrym odnośnikiem do tego, jak ulgowo możemy potraktować ich niemoralne z perspektywy dzisiejszej czyny jest zachowanie innych współczesnych im osób. Faktycznie, trudno jest osądzać dwudziestoletniego młodzieńca z XV wieku za ślub z piętnastoletnią dziewczynką, tak jak trudno jest osądzać za to chłopaka z odciętego od reszty świata plemienia, gdzie takie małżeństwa (zwłaszcza, że najpewniej aranżowane) stanowią normę.
Jednak w dawnych czasach, choć było to zjawisko powszechne, nie wszyscy mężczyźni, co do jednego, bili swoje żony i dzieci. Podobnie nie wszystkie rdzenne ludy obu Ameryk składały ofiary z ludzi – wręcz przeciwnie, Aztekowie byli wspólnym wrogiem innych dużych plemion głównie ze względu na to, że w brutalny jak dla innych sposób obchodzili się z jeńcami wojennymi, rytualnie ich mordując. Dlatego współczesny człowiek nie powinien mieć żadnych zawahań, oceniając obie te postawy jako niemoralne.
Jednak ponieważ historia nie jest czarno-biała, nadal nie ma w niej dla mnie „dobrych” i „złych” charakterów, przynajmniej w większości. Nie oznacza to jednak, że niezrozumiała jest dla mnie potrzeba zorientowania się w historii za pomocą takich generalizujących pojęć. Traktowanie historii jak powieści, w której dobro walczy ze złem, a czyny bohaterów wynikają z ich natury, zawsze mają sens i pchają fabułę do przodu, jest wygodne.
To także wina literatury i kina, które mają oczywistą tendencję do spłycania wydarzeń historycznych do podobnego poziomu. Uproszczenia pomagają budować tożsamość narodową („dobrzy my” i „źli oni”) i ułatwiają pogodzenie się z trudnymi momentami z przeszłości (poprzez wskazanie jednoznacznego winowajcy).
Chcąc wniknąć w historię głębiej, powinniśmy je mimo wszystko porzucić. Choćby źródła były bardzo hojne, nadal nie sposób jest odnaleźć wszystkie informacje na temat danej osoby i sytuacji, w której się znalazła, przez co niemożliwa jest ocena wszystkich jej myśli i czynów, przekładająca się na łatkę „dobry” lub „zły”. Jednak tu odnoszę się do postaci budzących kontrowersje – niektóre czyny, chociażby te popełnione przez Hitlera, usprawiedliwiają jednoznaczne wrzucenie do takiej szufladki. Nie dajmy się zwariować.
Zadaniem historyka pozostaje prowadzenie badań w jak najbardziej rzetelny sposób i, w sferze naukowej, powstrzymanie się od moralnych sądów. Zadaniem człowieka – kształtowanie na ich podstawie poglądów na przeszłość, przy użyciu własnego rozumu i sumienia.
Fot. wygenerowana przez AI