Tego dnia 1894 roku w Zduńskiej Woli urodził się Maksymilian Maria Kolbe, zakonnik, wydawca czasopism, polski duchowny, męczennik i święty Kościoła Katolickiego
Maksymilian Maria Kolbe franciszkanin, prezbiter, współtwórca ruchu „Rycerstwo Niepokalanej”, wydawca czasopism, w tym miesięcznika „Rycerz Niepokalanej” i „Małego Dziennika”. Założył klasztor w Niepokalanowie, a także klasztor w Nagasaki podczas prowadzonej przez niego misji w Japonii. Zginął śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, oddając życie za współwięźnia. Został ogłoszony Świętym Kościoła Katolickiego.
Spis treści:
- Pochodzenie i dorastanie
- Maksymilian Maria Kolbe – działalność wydawnicza
- Niepokalanów
- Działalność misyjna o. Kolbe w Japonii
- Powrót Kolbe do Polski
- Maksymilian Maria Kolbe i II wojna światowa
- Okupacja niemiecka
- Maksymilian Maria Kolbe w Auschwitz
- Jak zginął Maksymilian Maria Kolbe?
- Beatyfikacja i kanonizacja
- Czy Maksymilian Maria Kolbe był antysemitą?
- Relikwie po o. Kolbe
Pochodzenie i dorastanie
Urodzony w wielodzietnej rodzinie w roku 1894 w Zduńskiej Woli na terenie Królestwa Polskiego, jako syn Juliusza Kolbe (1871-1914/15) i Marianny z Dąbrowskich (1870-1946), Maksymilian został ochrzczony imieniem Rajmund.
Miał czterech braci: starszego Franciszka i młodszych Józefa (został zakonnikiem o. Alfonsem) oraz Walentego i Antoniego, którzy zmarli w dzieciństwie. Jego rodzice byli bardzo pobożni. Ojciec od wczesnej młodości każdego roku uczestniczył w pielgrzymce do Częstochowy, później zaś udzielał się w stowarzyszeniach robotników chrześcijańskich i w życiu parafii.
Matka, czująca powołanie do życia konsekrowanego (którego nie mogła zrealizować w Królestwie, gdzie władze zakazały przyjmowania nowicjuszy do zakonów), przekonała swego męża do wstąpienia do trzeciego zakonu św. Franciszka, przeznaczonego dla osób świeckich. Po narodzinach piątego syna złożyli śluby czystości, żyjąc w białym małżeństwie.
Rodzice prowadzili własny warsztat tkacki, lecz z powodu kryzysu i biedy przeprowadzili się w 1897 roku w poszukiwaniu pracy do Łodzi, a następnie do Pabianic, gdzie założyli sklep.
Nie mieli jednak smykałki do handlu (często dając produkty na kredyt, bądź darowując je biedniejszym klientom) i szybko zbankrutowali. Po tym rodzice późniejszego o. Maksymiliana znaleźli zatrudnienie w pobliskiej fabryce włókienniczej.
Miał być sklepikarzem… a został zakonnikiem
Z uwagi na trudności finansowe rodziny nie przewidywano, by Rajmund miał kontynuować naukę po podstawowej edukacji w szkole przyfabrycznej. Jedynie jego starszy brat Franciszek, któremu wróżono karierę duchowną, miał się kształcić, by zostać księdzem.
Rajmund miał przejąć po ojcu sklep. W kontynuacji edukacji przyszłemu o. Maksymilianowi pomógł miejscowy ksiądz Władysław Jakowski i aptekarz, którzy udzielali mu darmowych lekcji. Dzięki temu mógł on zdać do Gimnazjum Handlowego.
Uczył się tam pilnie, lecz nie przeszkodziło mu to, by wraz z kolegami uczestniczyć w strajkach szkolnych 1905 roku. Dwa lata później jego życie odmieniło się radykalnie, gdy wraz ze swym bratem przysłuchiwali się kazaniu misjonarzy franciszkanów z odległego Lwowa.
Zachęcali oni do wstępowania do nowo otwartego seminarium duchownego w tym mieście, przygotowującego do życia zakonnego. Franciszek i Rajmund od razu poczuli powołanie i zapragnęli do niego wstąpić.
Franciszkanie cieszyli się w rodzinie Kolbów ogromnym poważaniem – do tego stopnia, że imieniem założyciela nazwany został najstarszy syn Kolbów. Rodzice przyszłego świętego byli członkami trzeciego zakonu świętego Franciszka( przeznaczonego dla osób świeckich). Samego zaś świętego wskazywano chłopcom za wzór od najmłodszych lat.
Toteż rodzice chętnie zgodzili się na wyjazd Franciszka. Opierali się za to w przypadku Rajmunda. Brakowało środków, by został duchownym, a dodatkowo liczyli oni, że przejmie on fach po ojcu i pomoże w wychowaniu najmłodszego Józefa.
Jednak po długim naleganiu chłopca wspartego protekcją księdza W. Jakowskiego, który zaoferował opłacenie jego wpisowego, rodzice ostatecznie zgodzili się na wyjazd dwójki w 1907 roku.
W kolejnym roku dołączył do nich najmłodszy brat, Józef. Także ich mama, czując powołanie do zakonu, skłoniła swego męża do rozejścia się i wybrania drogi zakonnej, do czego ostatecznie doszło w 1908 roku.
Choć Marianna nie została przyjęta do żadnego klasztoru, pozwolono jej zamieszkać wraz z siostrami felicjankami w Krakowie, gdzie żyła aż do 1946 roku, przeżywając wszystkich swoich synów.
Juliusz Kolbe, nie odnalazłszy sobie miejsca w zakonie, ostatecznie został księgarzem w Częstochowie. Zginął powieszony przez Rosjan podczas I wojny światowej, poszukując na froncie Franciszka, który uciekł z zakonu do Legionów Piłsudskiego. Rodzina Kolbów się rozpadła.
Rajmund zaś uczył się pilnie w seminarium duchownym we Lwowie i już w 1910 roku rozpoczął nowicjat, przybierając imię Maksymilian. W 1912 roku wysłano go na studia do Krakowa, a parę miesięcy później zaś do Rzymu, gdzie kształcił się w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. W 1914 roku złożył śluby wieczyste, przybierając drugie imię Maria, odwołujące się do jego czci dla Niepokalanej Dziewicy Maryi.
Maksymilian Maria Kolbe zetknął się w Rzymie z silnymi wpływami okolicznej masonerii, co wywołało u niego wstrząs. Skłoniło go to założenia ruchu „Rycerstwa Niepokalanej” poświęconego działalności ewangelizacyjnej.
Rozwijał on ten ruch przez kolejne lata studiów w Rzymie, które odbywał na Gregorianum, kończąc je w 1916 roku doktoratem z filozofii, zaś w 1919 roku doktoratem z teologii. Równoległe przygotowywał się do święceń: w 1917 został diakonem, rok później zaś otrzymał pełne święcenia kapłańskie.
Maksymilian Maria Kolbe – działalność wydawnicza
Wracając do Polski inicjuje tam ruch „Rycerstwa Niepokalanej” mający na celu nawrócenie wszystkich niekatolików. Idee te propaguje poprzez założoną przez siebie w 1922 gazetę „Rycerz Niepokalanej”. Parę lat później zakłada klasztor-drukarnie który w w ciągu paru lat staje się największym wydawca prasowym w Polsce jak i największym klasztorem na świecie.
Rycerstwo Niepokalanej
Wrócił do Polski w 1919 roku, gdzie podął kroki, by rozwinąć ruch „Rycerstwa Niepokalanej”. Kontaktował się z klasztorami franciszkańskimi w Krakowie i we Lwowie, gdzie otrzymał nawet kierownictwo nad kształceniem nowicjatu.
Jednak zaczęły się u niego odzywać symptomy gruźlicy, co skłoniło przełożonych do wysłania go na kurację do Zakopanego. Mimo tych trudności, Maksymilianowi udało się uzyskać akceptację dla działalności „Rycerstwa Niepokalanej” w Polsce.
Głównym zajęciem nowopowstałego stowarzyszenia miała być troska o nawrócenie na wiarę katolicką wszystkich akatolików (przez co rozumiano tak ateistów, jak i przedstawicieli innych wyznań, w szczególności zaś masonów).
Miesięcznik
Narzędziem do tego miała być prasa. W myśl tego Maksymilian Maria Kolbe rozpoczął na początku 1922 roku wydawanie w Krakowie miesięcznika „Rycerz Niepokalanej”, będącego organem prasowym ruchu.
Już w następnym roku został wysłany do Grodna, gdzie pomimo niesprzyjających okoliczności (oddalenie od stacji kolejowej, niewielu współpracowników, jak i brak środków finansowych), odtworzył drukarnię i sukcesywnie pomnażał nakład.
I tak, na początku działalności „Rycerz Niepokalanej” był wydawany w 5 000 kopii, już w 1927 roku osiągnął nakład 60 000. Z czasem w klasztorze zaczęło brakować miejsca dla maszyn i zakonników. Ojciec tego dzieła musiał zacząć się rozglądać za miejscem do budowy nowego klasztoru, który pomieściłby rozrastające się wydawnictwo.
Niepokalanów
Z pomocą przyszedł mu książę Jan Drucki-Lubecki, oferując ziemię ze swojego parcelowanego majątku. O. Maksymilian ofertę przyjął i w 1927 roku w ciągu paru miesięcy wraz z ze swoimi współbraćmi postawił od zera cały klasztor wraz z drukarnią. Nazwano go na cześć Maryi Niepokalanowem.
Rozbudowywano go w bardzo szybkim tempie. Jeszcze w tym samym roku wyszły pierwsze egzemplarze z nowo wybudowanej drukarni. A naprędce zbudowany klasztor wzbogacił się o budynek niższego seminarium zakonnego, garaże, radiostacje, rzeźnię, tartak, stolarnię i odlewnię czcionek, co sprawiło, że osada była nieomal w zupełności samowystarczalna.
Chętnych do wstąpienia do zakonu nie brakowało. Mimo, że selekcja była bardzo ostra (przyjmowano jedynie około 100 z 1800 kandydatów na rok, z których i tak połowa odchodziła później), zgromadzenie w Niepokalanowie stało się największym klasztorem na świecie, osiągając 762 zakonników w 1939 roku.
Podlegali oni niezwykle surowej regule organizującej ich życie w najdrobniejszym szczególe. Praca ich podlegała nadzorowi i analizie wedle najnowocześniejszych wzorców zarządzania święcącego triumfy wtedy Fredericka Taylora[1].
To wszystko, wraz z zaopatrzeniem klasztoru-wydawnictwa w najnowocześniejsze maszyny tamtej doby sprawiało, że wydawane przez Niepokalanów gazety szybko osiągnęły rekordowo wysokie nakłady, deklasując nie tylko inne tytuły katolickie, ale wszystkie gazety w Polsce.
Oferta prasowa wydawnictwa nie tylko rosła ilościowo, ale także poszerzała się o nowe formaty. Do końca lat 30. wydawnictwo zaczęło drukować roczniki w formie kalendarzy, „Biuletyn Misyjny”, a także miesięcznik dla dzieci „Rycerzyk Niepokalanej” i „Mały Rycerzyk Niepokalanej” (dla najmłodszych), a także dziennik pt. „Mały Dziennik” osiągający nakład od 130 do 225 000 sztuk (wydania niedzielne).
Magnat prasowy i ubogi asceta
Z takimi nakładami wydawnictwo Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie stało się jednym z najistotniejszych środowisk opiniotwórczych w Polsce. O. Maksymiliana zaś zaczęto traktować jako ważną figurę publiczną i jednego z liderów opinii, na co dowodem było zaproszenie go (jako wydawcy ogólnopolskiego dziennika) do Rady Naczelnej Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism.
W 1937 roku został już wybrany członkiem zarządu głównego tej organizacji. Nie byłoby tak wielkiego sukcesu tego wydawnictwa bez jego charyzmatycznego kierownictwa.
W istocie jego ambicje sięgały jeszcze dalej, a jego największym marzeniem było odnowienie zakonu franciszkańskiego w oparciu o program niepokalanowskiego klasztoru. Już w tamtym czasie przyciągał do siebie ludzi swoją niezwykłą prostotą i hartem ducha.
Pod jego wpływem pozostawali tak masowo wstępujący do jego zakonu bracia franciszkanie jak i obserwatorzy postronni, którzy zwracali uwagę na jego skromność i serdeczność. Tak jego celę opisywał dominikanin ojciec Józef Bocheński w reportażu dla prasy:
Kiedy przyszedłem do Niepokalanowa, zaprowadzono mnie najpierw do ojca Maksymiliana, przełożonego zakonnego, to jest człowieka, który ma w ręku wszystko (każdy zakonnik jest zobowiązany względem niego do zupełnego posłuszeństwa), a który równocześnie jest dyrektorem wydawnictwa największego w Polsce czasopisma i zarządcą dużego zakładu przemysłowego. Wchodzi się do jego biura, będącego zarazem sypialnią, po schodach sosnowych z niemalowanych desek. Samo biuro ma rozmiary, o ile się nie mylę, 4×4. Jest w nim stół z białego drewna, dwie proste szafki na książki, łóżko żelazne z siennikiem i dwa zydle bez oparcia: jeden dla gwardiana, drugi dla gościa. Pod łóżkiem stoi jeszcze miednica, a na stole telefon, no i oczywiście posążek Matki Boskiej. Nic więcej: ani śladu jakiejkolwiek, uprawnionej chyba w warunkach pracy tego człowieka, wygody, ani śladu już nie zbytku, ale po prostu dbałości o harmonijny wygląd wnętrza. Nic poza koniecznie potrzebnymi narzędziami pracy.
Już dawniej słyszałem o ubóstwie Niepokalanowa; ale muszę przyznać, że to zupełne ogołocenie celi sypialnej i pracowni kierownika całego dzieła wywarło na mnie silne wrażenie. W celi o. Maksymiliana nie widać nawet owej pospolitości, tak uderzającej przy wejściu; jest w niej niezaprzeczalnie styl, wielki styl wyrzeczenia i prostoty. Sam właściciel celi doskonale się dostraja do całości: mały człowiek o pospolitej, pogodnej i pomarszczonej twarzy, rozmawia z wielką prostotą; serdeczność bije z jego głęboko osadzonych i podbitych oczu, na nie ogolonej twarzy. Od razu wyczuwa się coś niezwykłego: sam kontrast tego człowieka z jego mieszkaniem i zachowaniem się uderza, a i obejście się jest jakieś inne niż „na świecie”. Trudno mi powiedzieć dlaczego inne, ale w każdym razie inne[2].
Człowiek, który wywierał tak niezwykłe wrażenie na ludziach, umiał dla swoich pomysłów pozyskać także swoich przełożonych, choć nie odbywało się to bez trudności. Dla wielu niezrozumiałe było nieustanne dążenie O. Maksymiliana do powiększania nakładów w dużej mierze darmowych numerów pisma, co przyczyniało się do strat finansowych.
Na domiar złego, źle patrzono na nadmierny (jak wskazywano) nacisk na pobożność maryjną. Trzeba pamiętać, że odbywało się to w czasie, kiedy kościół polski zmagał się z herezją mariawitów, której jednym z najważniejszych elementów był niezwykle silny nacisk na cześć dla Matki Bożej i ubóstwo.
Niechętni Kapłani i Małe Seminarium Duchowne
Ubóstwo, które także w programie Kolbego miało znaczenie fundamentalne, przysparzając mu nieraz sporo trudności – nie tylko z uwagi na podejrzenia o wywrotowe inspiracje. Również dlatego, że w pierwszym okresie istnienia Niepokalanowa o. Maksymilian musiał prosić prowincję franciszkańską o kapłanów dla posługi wśród coraz liczniejszej rzeszy braci bez święceń (święcenia mieli tylko trzej ojcowie, w tym o. Maksymilian).
Franciszkanom jednak nieustannie brakowało kapłanów, których mogliby tam wysłać. Niewielu spośród dostępnych księży chciało służyć w tak materialnie ciężkich i odmiennych od innych klasztorów warunkach, jak Niepokalanów.
O. Maksymilian był jednak nieustępliwy i wymógł na prowincjale o. Kornelu Czupryku w 1929 roku zgodę na założenie Małego Seminarium Duchownego w Niepokalanowie. Mógł on tam szkolić księży dla swoich braci. Było to niespotykane – niewiele tak młodych klasztorów otrzymywało taką zgodę.
Gwardian niepokalanowski ujmował jednak energią i determinacją. A jego ambicje sięgały jeszcze dalej niż powołanie nowego klasztoru. O. Maksymilian pragnął odnowić cały zakon franciszkański w myśl idei „Rycerstwa Niepokalanej”.
Odnowa Zakonu
Fundamentem tej odnowy miał być Niepokalanów, z jego największym na świecie zgromadzeniem. Klasztor ten skupiony wokół pracy wydawniczej miał połączyć w życiu zakonników systematyczną pracę skierowaną ku ewangelizacji prostego ludu, w zgodzie z najnowocześniejszą w tamtych czasach technologią, z tradycyjnym porządkiem zbiorowych modlitw obecnych w zakonach od średniowiecza.
Do tego dochodziły nakazy milczenia i praktyki ascetyczne związane tradycyjnie z zakonami kontemplacyjnymi, odcinającymi się od świata zewnętrznego. O. Maksymilian chciał połączyć ten charyzmat z niezwykle aktywnym apostolstwem. Wydawnictwo Niepokalanów bardziej jeszcze niż przedsiębiorstwem, miało być miejscem odmiany duchowej i środowiskiem religijnego doskonalenia.
Formacja braci wyglądała następująco. Jak już wspomnieliśmy do zakonu po wstępnej selekcji dostawał się 1 na 18 chętnych. Wstępowali oni najpierw na pół roku jako tzw. postulanci nie nosząc jeszcze habitów. Wchodzili oni od razu w życie klasztoru i rytm pracy swoich bardziej doświadczonych kolegów.
I podobnie jak oni, pozbywali się swojego majątku, który na czas próby był trzymany w depozycie aż do czasu ślubów, kiedy tracili jakąkolwiek własność na zawsze. Spali oni na siennikach w wielkich salach ponad warsztatami pracy. Każdy z nich miał do dyspozycji miednicę, krzeseł nie mieli, więc myli się klęcząc.
Żyją podług żelaznej dyscypliny w systemie zmianowym (w zależności od potrzeb miejsca pracy, do którego są przypisani). Wzmiankowany wyżej o. Józef tak opisywał rytm dnia jednej z grup:
Wstają o piątej. O 5.30 jest rozmyślanie w kaplicy, podczas którego przełożony czyta kilka wierszy, po czym wszyscy obecni myślą o nich i modlą się w milczeniu przez pół godziny; po rozmyślaniu msza święta z komunią wszystkich braci, potem pacierze, razem do 7.30. O 7.30 śniadanie( w milczeniu, jak zawsze w refektarzu ), chwila wolnego czasu na uprządkowanie siennika, i o ósmej praca. Trwa ona do 11.55 z piętnastominutową przerwą na rekreacje. Owych 5 minut dzielących pracę od obiadu zużywa się na umycie rąk i krótką adoracje w kaplicy. Po obiedzie modlitwy w kaplicy i rekreacja do 13.00. O 13.00 półgodzinny wykład religijny, rodzaj pogawędki w swobodnej pozycji. Od drugiej praca do 6.30. znowu pół godzinny modlitwy, kolacja, druga medytacja półgodzinna i godzina rekreacji głównej; o dziewiątej grupa musi gasić światło i starać się spać. Jak to się udaje, nie bardzo wiem, bo braciszkowie przeważnie śpią na strychach nad maszynami które dudnią przez całą noc i, co gorsza, z przerwami. Ale twierdzą, że śpią i spać muszą, bo wyglądają dobrze. Razem więc wypada w dzień powszedni około 8.5 godziny pracy i 3.5 godziny modlitwy. Snu mają równych 8 godzin. W niedzielę pracy oczywiście nie ma, za to jest druga Msza Święta i przechadzka gromadna po obiedzie. Reasumujmy: brat zakonny prowadzi życie ciężkiej pracy przeplatanej modlitwą. Podczas gdy jego kolega drukarz świecki idzie po pracy do domu, aby sobie odpocząć, jego wzywa nieubłagany dzwonek do kaplicy, w której spędza długie godziny na klęczkach. Zresztą cały jego niemal dzień upływa w milczeniu: milczy się przy pracy, przy jedzeniu, w sypialni, w kaplicy- tylko dwie godziny dziennie wolno mu mówić i to wyłącznie z jego towarzyszami. Nie ma na własność niczego: wszystko co stanowi produkt jego wysiłku, płynie gdzieś w nie znanej mu dali do PKO, a z niej do dostawców, nie widzi nawet tych dla których pracuje. Tylko bardzo mały odsetek braci, sekcja korespondencyjna, ma kontakt z czytelnikami poprzez olbrzymią korespondencje (2500-5500 listów dziennie). Za cały swój wysiłek i poświęcenie dostaje bardzo skromne jedzenie, dach nad głową i stary habit. Już z butami jest znacznie gorzej i bodaj, że tylko mała część braci je posiada. {To samo dotyczy i kierowników osady, ojców. Jedynym ich przywilejem, który im obecnie przysługuje, jest posiadanie własnej celi, a w niej tylko dwóch zydli. Poza tym wszystko: jedzenie, habit, praca są jednakowe; 95 groszy na głowę dziennie, mówi o. Maksymilian, żaden z nas nie kosztuje więcej, chyba, że jest chory.
Jaki jest psychiczny podkład całej sprawy?[…] Niepokalanów trzyma się niewątpliwie i rozwija dzięki wysokiemu poziomowi życia religijnego. Ci, którzy tu pracują, są w ogromnej większości jednostkami, które „na świecie” miałyby wszelkie szanse przebić się i wybić: 50 z 1800! Wybiera się najtęższych i najzdolniejszych-[…] nie mówię już o oczywiście o tych 8 ojcach: ci mogliby mieć wszędzie indziej życie zgoła wygodniejsze i bardziej „ludzkie”, bez tej nieustannej harówki i ubóstwa graniczącego z nędzą. Ale nawet braciszkowie niewątpliwie składają tu ogromną ofiarę. Składają ją oczywiście „dla Matki Boskiej”, z radością i zapałem, w który nie uwierzy nikt, kto ich nie widział.
Jakże. Ojcze Maksymilianie, pytałem, czy nie macie nigdy żadnych trudności? Nie skarżą się na tę nędze i żelazny tryb fabryczno-klasztornej maszyny, która nie wypuszcza ich ani na chwilę ze swych ram? Gwardian popatrzył mi znowu w oczy i powiedział, że nigdy w swoim życiu zakonnym nie miał tak mało trudności i nigdy nie spotykał się z taką ofiarnością pracy i wyrzeczenia, jak tutaj. Zresztą niech ojciec popatrzy na nich wieczorem przy medytacji. Patrzyłem uważnie. Gwardian się nie myli: cała kaplica pogrążona w gorącej modlitwie, tak gorącej, że znowu widuje się rzadko coś podobnego. Ci ludzie żyją swoją religią- są gotowi dać dla niej wszystko[3].
Działalność misyjna o. Kolbe w Japonii
Powołanie takiego środowiska odnowy wiary połączonej z odnoszącym sukcesy wydawnictwem było ogromnym sukcesem Ojca Maksymiliana lecz on nie poprzestawał na tym. Już w 1930 roku, 2 lata od powstania klasztoru, zaledwie rok od pierwszego naboru kandydatów na zakonników i niespełna pół roku od powołania własnego seminarium, o. Maksymilian ogłosił, że będzie wzorzec niepokalanowski przeszczepiał w innych krajach.
Misyjność zakonu była według niego wpisana w formację franciszkańską, zaś misja założonego przez niego „Rycerstwa Niepokalanej” miała cel globalny. Nie może więc ograniczyć się do Polski. Postanowił udać się z misją do Japonii, Chin a także Indii.
Zdumiało to współpracowników o. Kolbe, a najbardziej zaś prowincjała O. Kornela Czupryka. W tamtym czasie zaś Niepokalanów dopiero powstawał, zmagał się z brakiem kapłanów i kryzysem gospodarczym.

O. Korneli Czupryk i o. Maksymilian Kolbe przed wyjazdem do Japonii w 1933 roku
Wszystko wskazywało na to, że jego założyciel powinien zostać i rozwijać swój projekt na miejscu. Niespodziewanie jednak prowincjał wydaje zgodę. I tak 26 lutego 1930 roku O. Maksymilian wraz z bratem Mieczysławem Marią Mirochną wypłynął do japońskiego miasta Nagasaki.
Kierownictwo nad Niepokalanowem przekazał swemu rodzonemu bratu O. Alfonsowi, który był jego oddanym współpracownikiem i redaktorem naczelnym „Rycerza Niepokalanej”. Jednak ten niespodziewanie umarł w grudniu 1930 roku. Był to duży cios dla o. Maksymiliana nie tylko z powodów osobistych, ale także dlatego, że o. Alfons jako jeden z nielicznych rozumiał i podzielał wizję reformy zakonu o. Maksymiliana.
Śmierć brata i kryzys misji
Gdy go zabrakło, Niepokalanów mógłby zostać upodobniony do innych klasztorów franciszkanów konwentualnych, tracąc tym samym postulowany przez braci Kolbe radykalizm. Co za tym idzie, upadłaby wizja odnowy zakonu jaką on miał rozpocząć.
Śmierć brata stanowiła poważny cios dla o. Maksymiliana: los Niepokalanowa nie był pewny, rosły długi, japońska misja nadal nie miała własnej siedziby, sam Kolbe podupadał na zdrowiu w wyniku rozwijającej się gruźlicy, wrzodów i pracy ponad siły.
Niektórzy z jego towarzyszy nie mogąc poradzić sobie z miejscowymi warunkami, musieli wracać do Polski. Mnożyły się skargi na rygor i nieznośny upał ze strony pozostałych. Wydawało się, że misja jest stracona, a o. Kolbe powinien wracać do Polski, by ratować klasztor – póki było co ratować.
O. Maksymilian był jednak przekonany, że jest potrzebny w Nagasaki. Wyznaczył na swojego zastępcę w Niepokalanowie o. Franciszka Koziurę. Znalazł miejsce dla japońskiego klasztoru na stoku góry na przedmieściach Nagasaki.
W przyszłości to położenie miało uratować klasztor od niszczącej całe miasto bomby atomowej, obecnie jednak nastręczało sporo trudności. Teren był kamienisty i zaniedbany. Jednak mnichom nie brakowało zapału i w ciągu niecałych dwóch miesięcy powstał tam klasztor. Nazwano go Mugenzai no Sono (po pol. Ogród Niepokalanej).
Pojawili się pierwsi japońscy konwertyci, a nawet kandydaci do zakonu, zaś japońska edycja „Rycerza Niepokalanej” wychodziła w coraz większym nakładzie, wzbudzając zainteresowanie prasy i pozytywne recenzje.
Jego polski odpowiednik przekroczył nakład pół miliona i zaczął na siebie zarabiać. Do 1932 roku okres największego kryzysu dzieła o. Maksymiliana miały za sobą. Pozwoliło to wrócić mu do planów rozszerzenia misji na Chiny (Szanghaj) i Indie (Ernakulam). I w tymże roku wyjechał na misję do Ernakulam w Indiach, by i tam powołać ośrodek „Rycerstwa Niepokalanej” na podobieństwo Niepokalanowa i odtworzyć drukarnię czasopisma.
Oskarżenia O. Konstantyna Onoszko
Plany te jednak spaliły na panewce z powodu sporu ze współzarządzającym klasztorem w Nagasaki ojcem Konstantym Onoszko, który oskarżał o. Maksymiliana, że rozszerzając ruch „Rycerstwa Niepokalanej” i głosząc reformę zakonu franciszkańskiego, chce oderwać się od niego.
Te insynuacje podkopały zaufanie przełożonych do o. Maksymiliana i pogrzebały szanse na powołanie misji w Indiach. Postawiły także pod znakiem zapytania jego projekty reform zakonu.
Ojciec Konstanty oskarżał o. Maksymiliana Maria Kolbe o chęć oddzielenia od Franciszkanów poprzez program 4. ślubu bezgranicznego posłuszeństwa Maryi w myśl „Rycerstwa Niepokalanej”.
O. Kolbe wyjaśnił te oskarżenia na spotkaniu z generałem zakonu franciszkanów w Rzymie i podczas spotkania kapituły generalnej prowincji w Polsce w 1933 roku. O. Maksymilian utrzymał przewodnictwo nad klasztorem w Niepokalanowie i Mugenzai no Sono w Nagasaki, lecz odrzucono jego pomysły reformy zakonu.
Podczas jego krótkiego pobytu w Polsce udało mu się nawrócić na katolicyzm japońskiego dyplomatę Hiroyuki Kawai wraz z jego rodziną. Wydarzenie to odbyło się szerokim echem i sprawiło, że o. Maksymilian Maria Kolbe stał się postacią rozpoznawalną wśród japońskiej opinii publicznej.
Podczas drogi powrotnej do Japonii założycielowi Niepokalanowa towarzyszył O. Kornel Czupryk, dotychczasowy prowincjał franciszkanów w Polsce i przyjaciel Maksymiliana, który przejął po nim przewodnictwo misji japońskiej.
Organizacja „Rycerstwa Niepokalanej”
Pozwoliło to ojcu Maksymilianowi skupić się na ukonstytuowaniu zasad „Rycerstwa Niepokalanej”. W tym czasie ruch ten dzieliło się na dwa stopnie. Pierwszy powszechny miał objąć jak najszersza liczbę osób, a przynależność do niego odbywała się poprzez ślubowanie na dyplomik „Rycerstwa” (zawierzenie Matce Bożej) i przyjęcie medalika Niepokalanej kolportowanych przez czasopisma ruchu („Rycerz”, „Mały Dziennik”, kalendarz etc).
Ta część ruchu miała przeniknąć w myśl franciszkanina wszelkie inne organizacje i grupy: związki zawodowe, kółka gospodyń, hufce harcerskie, jak i wszystkie inne wspólnoty. Przynależność do tak rozumianego „Rycerstwa” miała przekraczać wszystkie te organizacje i je wypełniać nowym duchem, nie zaś rywalizować z nimi.
Do końca wojny do Rycerstwa przystąpiło ślubując na przysięgę jego ruchu 2 mln członków. Drugi krąg „Rycerstwa Niepokalanej” to byli członkowie formalni ruchu, którzy szkolić się mieli w specjalnych kołach powstałych w Niepokalanowie (w przyszłości także w innych klasztorach).
Mieli oni otrzymywać dogłębną formację w zakresie apologetyki i teologii, by profesjonalnie nieść dobrą nowinę. Był on otwarty tak na osoby świeckie, jak i duchowne, lecz miał być odrębną organizacją z własnym statutem prawnie zarejestrowaną.
Maksymilian nie ustawał jednak w działalności w kraju Kwitnącej Wiśni. Redagował japońską wersję „Rycerza Niepokalanej”, udzielał wykładów z filozofii i teologii w seminarium duchownym i prowadził mszę dla braci.
Liczne obowiązki i tropikalny klimat nadwyrężały jednak mocno jego zdrowie. Powtarzały się krwotoki, a gruźlica postępowała. Przełożeni zaczęli się martwić jego stanem zdrowia i poprosili go o powrót do Polski na kolejną kapitułę generalną. W maju 1936 roku o. Maksymilian Maria Kolbe opuścił Japonię i misję w Nagasaki. Miał już do niej nigdy nie powrócić.
Powrót Kolbe do Polski
Podczas Kapituły generalnej w lipcu 1936 roku postanowiono o tym, że o. Kolbe zostanie w Polsce. Tylko on mógł zapanować nad rozrastającym się niepokalanowskim klasztorem z jego ogromnym wydawnictwem. Ponadto uznano, że powinien odbyć kurację w Zakopanem z uwagi na jego pogarszający się stan zdrowia. O. Maksymilian podporządkował się tym decyzjom.
Zakłady niepokalanowskie obok ogromnych nakładów wydawanej przez nie prasy (100 000 „Małego Dziennika” i 750 000 „Rycerza Niepokalanej” w 1936 roku) generowały również olbrzymie koszty (Niepokalanów w tamtym okresie był zadłużony na 300 000 złotych).
Niepokalanów w ciągu tych paru lat zmienił się niebywale, rozrastając się do rozmiarów niewielkiego miasteczka. Problemy stojące przed ojcem Maksymilianem jako kierownikiem całego dzieła staną się jasne, gdy uprzytomnimy sobie ilość aprowizacyjnych i organizatorskich problemów, z jakimi musiał się mierzyć.
Obok pracy wydawniczej prowadził seminarium duchowne, nadzorował gospodarstwo rolne, mleczarnię, piekarnię i szereg innych warsztatów, elektrownię, stację kolejową, ochotniczą straż pożarną.
Każde z tych miejsc potrzebowało do funkcjonowania fachowców wysokiej klasy, łączących najnowocześniejszą wiedzę techniczną z podporządkowaniem surowym regułom życia zakonnego.
Klasztor na swoje potrzeby zużywał każdego dnia 400 kg chleba i 1400 litrów mleka. Pralnie zużywały 3 tony mydła i 10 tony węgla rocznie, zaś zakłady krawieckie 13,5 kilometrów materiału na szycie nowych i reperacje starych habitów.
Zakłady Niepokalanowskie należały do najnowocześniejszych i największych w tamtym czasie fabryk w Polsce. Przedstawiały przed sobą zupełnie inne wyzwania niż wszystkie inne zgromadzenia zakonne franciszkanów, których członkowie zajmowali się najczęściej tradycyjnymi rzemiosłami jak szewstwo, bartnictwo czy ogrodnictwo.
Wizja o. Maksymiliana była pierwszym tej skali przeszczepieniem idei zakonnej na grunt pracy wielkoprzemysłowej. Kolbe więc z konieczności był pionierem jako, że musiał sprostać wyzwaniu niespotykanemu nigdzie wcześniej.
O. Maksymilian zresztą nie tylko w tym aspekcie był wizjonerem. Zawsze ciekawy zdobyczy nowoczesnej techniki (w młodości opracował nawet projekt rakiety do eksploracji kosmicznej tzw. Eteroplanu) z uwagą obserwował, w jaki sposób mogą one wspomóc jego wysiłki ewangelizacyjne.
I tak już bezpośrednio po powrocie do Polski zaczął się interesować technologią radiową. Skorzystał z niej po raz pierwszy na przełomie 1937/1938 roku, kiedy to udzielał na antenie Polskiego Radia audycji o historii ruchu i celach Niepokalanowskiego zgromadzenia.
Pod koniec 1938 roku starał się otworzyć własne radio. Plan ten jednak został storpedowany przez władze państwowe, które nie udzieliły zakonnikowi pozwoleń na tego typu działalność. Mimo pierwszych prób technicznych zakończonych sukcesem, radio Niepokalanów do czasu wybuchu wojny nie rozwinęło działalności.
Z podobnych powodów nie udał się projekt zrewolucjonizowania systemu dystrybucji czasopisma poprzez dostawy samolotami, dla których zbudowano nawet prowizoryczne lotnisko.
I tym razem trudności biurokratyczne nie pozwoliły zakonnikom uzyskać zgody na jego otwarcie i rozpoczęcie lotów. Projekt klasztornego lotniska został odłożony na później. Plany te jednak przekreśliła wojna.
Wojna zastała O. Maksymiliana u szczytu powodzenia. Czasopisma wydawane prze jego klasztor notowały rekordowe nakłady, a sytuacja finansowa wydawnictwa się ustabilizowała. Zaś w ostatnich dniach pokoju, 26 sierpnia 1939 roku, udało mu się uzyskać potwierdzenie odrębnej prowincji dla jego klasztoru, o co zabiegał od wielu lat. Wojna miała zmienić wszystko.
Maksymilian Maria Kolbe i II wojna światowa
Wojna kompletnie zdezorganizowała życie Maksymiliana i jego klasztoru. Już 3 września bombardowania niemieckie dotknęły okolice Niepokalanowa, a sprzęt mnichów został przejęty przez wojsko polskie. Praca wydawnicza została wstrzymana.
Kolejnego dnia o. Maksymilian dostał polecenie od wojska polskiego by ewakuować, przed spodziewanym natarciem Niemców, mieszkańców niepokalanowskiego klasztoru. Tereny te miały być areną słynnej bitwy nad Bzurą.
Już 5 września o. Maksymilian Maria Kolbe w porozumieniu z prowincjałem zakonnym odesłał wszystkich braci do domów. Większości z nich już nigdy nie zobaczył. Zgromadzenie niepokalanowskie zostało rozproszone.
Proszono także o. Maksymiliana, by się ukrył, lecz ten pozostał na miejscu z niewielką grupką braci, która pozostała w klasztorze wraz rannymi, którymi się opiekowali. Rannych przybywało: żołnierze z rozbitych polskich formacji i uchodźcy wojenni schronili się w klasztorze, gdzie bracia otoczyli ich opieką.
Wzbudzili oni zaniepokojenie niemieckich najeźdźców, którzy 17 września zajęli klasztor, poszukując polskich żołnierzy. Dwa dni później aresztowali oni O. Maksymiliana i wszystkich innych braci zakonnych, skąd zabrano ich z przystankami do obozu w Amitz w Niemczech (dzisiaj wieś Gębice w woj. Lubuskim), później zaś do obozu w Ostrzeszowie, skąd 9 grudnia 1939 roku zostali wypuszczeni do Niepokalanowa.
Okupacja niemiecka
Klasztor był zdewastowany. Sprofanowano kaplice. Maszyny został wywiezione bądź zniszczone przez Niemców. A znaczna część sprzętu rozkradziona. Mimo tego wszystkiego część braci, którzy wcześniej podczas działań wojennych opuścili klasztor, zaczęła powracać.
O. Maksymilian zaczął na nowo organizować życie wspólnoty zakonnej. Powrócono do ścisłej reguły i wspólnych modlitw. Nowymi obowiązkami braci była opieka nad paroma tysiącami uchodźców z Poznańskiego, których Niemcy zakwaterowali w zabudowaniach klasztornych.
Wśród nich znajdowali się zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie. Brano na to środki z nowo utworzonych warsztatów mechanicznych i stolarskich, krawieckich i szewskich, jakie utworzyli zakonnicy. Klasztor szybko się przystosował, by służyć mieszkańcom w nowych wojennych warunkach. O. Maksymilian wzywał braci do powrotu.
I rzeczywiście nieomal 300 braci wróciło. Zgromadzenie powracało do normalnej działalności. O. Maksymilian prosił nawet władze niemieckie o możliwość wznowienia wydawania „Rycerza Niepokalanej”. Ku zdumieniu wszystkich, taką zgodę uzyskał i wydano „Rycerza” w grudniu 1940 roku. Na kontynuowanie wydawania jednak nie pozwolono.
Z powodu wymuszonej bezczynności O. Maksymilian zaczynał zbierać swoje notatki i pisać pracę poświęcona teologii maryjnej. Dzieło to, gdyby ukończone, byłoby summą poglądów Maksymiliana Marii Kolbe na rolę Maryi w zbawieniu człowieka i jednym z najwybitniejszych dzieł tego typu w całej tradycji katolickiej.
Nie było mu to jednak dane. I on sam także to przeczuwał – przygotowywał się na męczeństwo i cierpienie. Był przekonany, że ono nadejdzie. Przed swym aresztowaniem modlił się szczególnie żarliwie i budził trzech szczególnie mu bliskich braci zakonnych w środku nocy, by raz jeszcze z nimi porozmawiać.
Tak z czysto racjonalnej perspektywy musiał wiedzieć, że jako liderowi opinii i jednej z najważniejszych postaci II RP, Niemcy nie pozwolą długo żyć na wolności. Jednak dochodził do tego jeszcze jeden powód. Całe życie był on przekonany, że prędzej czy później będzie męczennikiem.
Poświadczają to jego zapiski i wspomnienia braci. Mogło to wynikać z widzenia, które miał jeszcze jako dziecko, gdy (jak przekazuje w wspomnieniach jego matka) ujrzał Maryję ofiarowująca mu dwie korony: białą i czerwoną. Wybrał obie. Czerwona symbolizowała śmierć męczeńską. I ta śmierć do niego przyszła.
Maksymilian Maria Kolbe w Auschwitz
Maksymilian Maria Kolbe został zaaresztowany przez Gestapo 17 lutego 1941 roku. Powodami jego zatrzymania miał być zarzut prowadzenia seminarium duchownego, co było przez Niemców zakazane. Był to jednak wyłącznie pretekst, jako że o. Maksymilian zaprzestał kształcenia nowych kleryków.
Na jego zatrzymanie mógł też wpłynąć donos obrażonego przez niego kolaboranta, który został poproszony przez o. Maksymiliana o opuszczenie klasztoru, do którego parę miesięcy wcześniej wprowadził się wraz ze swoją konkubiną. Oskarżono go także, że wydawany przed wojną „Mały Dziennik” i „Rycerz Niepokalanej” miały antyniemiecki i antynazistowski wydźwięk.
Za bezpośrednią podstawę jego aresztowania posłużyły sfabrykowane zeznania jednego z braci, Gorgoniusza Rembisza, który został zmuszony do podpisania się pod zeznaniami spisanymi po niemiecku, których nie rozumiał.
Miały one zawierać sumę antyniemieckich poglądów i działań ojca Maksymiliana. W istocie posłużyły jedynie za pretekst do usunięcia jednego z najważniejszych przedstawicieli elit polskiego społeczeństwa, których wyniszczenie było podstawą strategii ujarzmiania podbitego narodu.
W myśl tego zatrzymano go na warszawskim Pawiaku, gdzie przetrzymywano go do 28 maja 1942 roku. Następnie został przewieziony do obozu w Auschwitz.
Tak jak i dla innych więźniów, pierwsze zetknięcie się z obozem było dla Maksymiliana Marii Kolbe szokujące. Wygnany na plac wśród krzyków i bicia przewrócił się, co skończyło się dotkliwym pobiciem.
Był to jedynie przedsmak systematycznego oddzierania z godności i wyniszczenia, jakiemu o. Maksymilian Maria Kolbe był poddawany w kolejnych miesiącach wraz z innymi więźniami. Zaczynało się od odbierania tożsamości. O. Kolbe zamiast imienia otrzymał numer 16670, zamiast habitu więzienny pasiak.
Każdą próbę pomocy, jaką oferował innym więźniom, karano biciem i nakładaniem kolejnych ciężarów (to samo spotykało tych, którzy chcieli pomóc jemu). Został zaprzężony do ciężkiej i bezsensownej pracy przy przenoszeniu żwiru. Więźniowie nie tylko mieli być wykorzystywani jako darmowa siła robocza, ale i systematycznie upodlani i wyniszczani aż do śmierci, tracąc nie tylko życie, ale i swoją ludzką godność.
W tak skonstruowanym systemie postawa o. Kolbego, który nie ustawał w modlitwie i starał się zawsze zachowywać pogodę ducha, wzbudzała furię kapo Heinricha Kotta, do którego komanda Babice o. Maksymilian został przydzielony.
Jednak o. Kolbe nie tylko sam nie dał się złamać, to jeszcze nie ustawał w pokrzepianiu innych więźniów, dzieląc się z nimi swoimi głodowymi racjami, udzielając sakramentów, słów pokrzepienia, pamiętając w modlitwie.
Wszystko to doprowadziło do tego, że kapo w pewnym momencie postanowił go ostatecznie zabić. Cały dzień nakazując mu wykonywanie najcięższych prac, znęcał się nad nim, gdy wykonywał je za wolno.
Ostatecznie kazał go wychłostać i zostawić na śmierć na kupie gałęzi. Zakonnik wciąż jednak żył. Więźniowie w nocy zaprowadzili go do szpitala obozowego.
Miejsce to powszechnie uznawano za przedsionek krematorium. Na drewnianych pryczach leżało po kilku wygłodzonych i zawszonych nieszczęśników, chorych często na tyfus lub dyzenterię, którzy leżeli we własnym kale i moczu, nie mogąc wstać do ubikacji. W takich warunkach połączonych z jeszcze uszczuplonymi racjami żywieniowymi chorzy masowo ginęli z wycieńczenia, chorób i głodu.
I w tym miejscu o. Maksymilian podjął się posługi duszpasterskiej. Udzielał spowiedzi i prowizorycznego namaszczenia chorych. Pocieszał zrozpaczonych i prowadził modlitwy za zmarłych.
Nie ustawał w nauczaniu o Matce Bożej i błogosławił swoich współwięźniów, jak i oprawców. Mimo zaawansowanej gruźlicy i zapalenia płuc udało mu się przetrwać i dzięki pomocy współwięźniów skierowano go do stosunkowo lekkiej pracy przy obieraniu ziemniaków. Wydawało się, że najgorsze już za nim.
Wtem 29 lipca 1941 roku z obozu uciekł więzień Zygmunt Pilawski numer 14156, który pracował z o. Kolbem w jednym oddziale-bloku 14. W ramach kary kazano wszystkim więźniom tego bloku stać dwa dni na baczność, póki uciekinier się nie znajdzie.
Gdy go nie odnaleziono, hitlerowcy przeszli do standardowej procedury kary: wyboru dziesięciu więźniów przeznaczonych na śmierć w bunkrze głodowym. Wyboru dokonywał zastępca komendanta obozu Rudolfa Hessa – Karl Fritzsch .
W momencie, gdy wybrał z tłumu Franciszka Gajowniczka, który znajdował się obok o. Kolbe, nieszczęśnik pożalił się Jak mi żal mojej żony i dzieci, które osierocę. Zakonnik posłyszawszy to wyszedł z szeregu i podszedł do zastępcy komendanta.
Zdumiony tą postawą Niemiec spytał: Was will dieses polnische Schwein? (pol. Czego chce ta polska świnia?). Rozglądano się za tłumaczem, lecz ten nie był potrzebny, bo o. Kolbe odpowiedział po niemiecku wskazując na Gajowniczka: Ich will fur ihn sterben (Chcę umrzeć za niego).
Esesman spytał: Wer bist du? (Kim jesteś?)
Zakonnik odpowiedział: Ich bin ein polnischer katholischer Priester, ich bin alt und will für ihn sterben, denn er hat Frau und Kinder (Jestem polskim księdzem katolickim, jestem stary, chcę umrzeć za niego, który ma żonę i dzieci)
Ku zdumieniu wszystkich Karl Fritsch nie tylko nie zabił zakonnika na miejscu, ale także przychylił się do jego prośby. Franciszek Gajowniczek mógł odejść do reszty więźniów – jak się okazało, przeżył on wojnę i wrócił do rodziny.
Maksymilian Maria Kolbe dobrowolnie oddał się na śmierć za innego człowieka, wywracając tym samym cały system nazistowskiego upodlenia człowieka w obozie. Każdy ze skazanych miał zostać, w toku walki o przetrwanie, przemieniony w nierozumnego niewolnika.
Ojciec Kolbe pokazywał, że nawet w takim miejscu można zachować ludzką godność. Wyruszył w swoją ostatnią drogę ku męczeństwu, które tak długo przeczuwał.
Jak zginął Maksymilian Maria Kolbe?
Skazańcy zostali umieszczeni w ciemnej celi bez okien. Pozbawiono ich ubrań i trzymano parę tygodni bez jedzenia. Więźniowie powoli umierali w męczarniach. Ostatnie dni umierających znamy z relacji Bruno Borgowca, który był tłumaczem więziennym i wraz z esesmanami wizytował komorę parokrotnie by sprawdzić, czy skazani jeszcze żyją.
Ku ich zdumieniu, zamiast zwyczajnych odgłosów rozpaczy i wycia głodzonych, cela rozbrzmiewała modlitwą i pieśniami maryjnymi. To o. Maksymilian intonował je, pocieszając współwięźniów i przygotowując ich do tej ostatniej drogi.
Ostatecznie po dwóch tygodniach, esesmani zniecierpliwieni czekaniem na śmierć wszystkich więźniów, wkroczyli do komory, żeby dobić ostatnich 4 pozostałych przy życiu.
O. Kolbe jako jedyny z nich pozostał do końca świadomy. Jak przekazują świadkowie, był spokojny, a jego twarz promieniała. Umarł po otrzymaniu zastrzyku z fenolu wykonanego przez więźnia Hansa Bocka 14 sierpnia 1941 roku.
Beatyfikacja i kanonizacja
Jego śmierć odbiła się szerokim echem wśród więźniów obozu. Od początku nie mieli oni wątpliwości, że był to człowiek święty. Nie dziwi zatem, że zważając jeszcze na jego ogromne zasługi przedwojenne, już podczas wojny zaczęto zbierać dowody jego świętości.
Wiadomość o jego śmierci przesłał do niepokalanowskiego klasztoru o. Ludwik Piotr Bartosik z Auschwitz, gdzie trafił wraz z o. Maksymilianem. Informacje te w ten sposób znalazły się już w pierwszym powojennym wydaniu „Rycerza Niepokalanej”, a także zostały przesłane do władz generalnych zakonu franciszkanów.
Generał o. Beda Hoss już 8 grudnia 1946 roku kazał rozpocząć proces zbierania notatek, listów, wspomnień i wszelkich innych danych świadczących o świętości zmarłego, mających posłużyć do procesu beatyfikacyjnego. Materiały te zaczęto zbierać równoległe w czterech diecezjach: padewskiej (1948-1951), warszawskiej (1949-1951), nagasaskiej (1949-1951) i rzymskiej (1951)
W 1948 roku został ogłoszony sługą Bożym w ramach postępowania w Padwie.
Rozpoczął się jego kult prywatny rozpowszechniany szczególnie przez franciszkanów. Wierni modlili się za jego wstawiennictwem w swoich problemach, co poskutkowało dwoma cudownymi uzdrowieniami.
Jedno z nich przeżyła Angelin Testoni, która w 1949 roku zmagała się z zaawansowaną gruźlicą płuc i jelit oraz zapaleniem otrzewnej, uznanymi przez lekarzy za śmiertelne. Za radą jej spowiednika o. Augustyna Piccheda modliła się o wstawiennictwo do o. Maksymiliana.
Jej choroba ustąpiła, co uznane zostało przez lekarzy za niewytłumaczalne środkami naturalnymi. Kolejny taki przypadek miał miejsce, gdy uzdrowiony został włoski arystokrata markiz Francesco Ranier w 1950 roku.
Udokumentowanie tych cudów umożliwiło ukończenie procesu beatyfikacyjnego, jako że dwa cuda osiągnięte za przyczyną sługi Bożego są warunkiem koniecznym dla ogłoszenia błogosławionym przez Kościół Katolicki.
Kongregacja do spraw kanonizacyjnych w 1971 roku wydała dekret o ważności cudownych uzdrowień za przyczyną o. Maksymiliana Marii Kolbego, a 17 października 1971 roku o. Maksymilian został ogłoszony przez papieża Pawła VI w Rzymie błogosławionym jako wyznawca.
Droga do kanonizacji stała otworem. Procedurę tę specjalnie na polecenie nowego papieża Jana Pawła II przyspieszono z uwagi na uznanie o. Maksymiliana za męczennika. Stąd mógł on zostać ogłoszony świętym już 10 października 1982 roku (Kościół upamiętnia go 14 sierpnia, w dzień jego śmierci.)
Droga do tego w przypadku o. Maksymiliana trwała wyjątkowo krótko. Warto pamiętać, że poprzednia kanonizacja w polskim kościele dotyczyła Andrzeja Boboli, który ogłoszony świętym został w 1938 roku, a umarł w 1657 roku. Nie znaczy to jednak, że tym razem obyło się bez kontrowersji
Czy Maksymilian Maria Kolbe był antysemitą?
Parę miesięcy przed ogłoszeniem kanonizacji ogłoszone zostały na łamach prasy amerykańskiej artykuły posądzające błogosławionego o antysemityzm. Uczestniczyły w tym zarówno gazety powiązane ze społecznością żydowską (min „St. Louis Jewish Light”), jak i czołowe czasopisma: „Washington Post” czy „The New York Times” .
Oskarżenia odbiły się więc szerokim echem. Uzasadniać je miały artykuły w wydawanej przez niego prasie, a także wzmianki w jego korespondencji mające świadczyć o tym, że wierzył on w istnienie ogólnoświatowego spisku opisanego w Protokołach Mędrców Syjonu, fałszywce stworzonej przez carską ochranę.
Ta część oskarżenia jest przynajmniej częściowo prawdziwa. Nie ulega wątpliwości, że ojciec Maksymilian wierzył w tezy zawarte w tym dokumencie. Był on przekonany, że jakaś nieliczna, a bardzo wpływowa grupa Żydów kontroluje masonerię, tę zaś uznawał za najpoważniejszego wroga Kościoła.
Ponadto w wielu artykułach w kontrolowanej przez niego prasie pojawiały się wątki antysemickie. W pisarstwie o. Maksymiliana brakło jednak antysemityzmu uzasadnianego rasowo czy etnicznie.
Stosunek jego wobec Żydów, jak i wobec wszystkich innych ludzi był jednakowy. Pragnął on ich nawracać i ewangelizować. Traktował on ich o przeciwników o tyle, o ile byli przedstawicielami fałszywej wiary. Konwersja Żydów kończyła dla niego problem żydowski, co nie było regułą wśród ówczesnych działaczy katolickich czy prawicowych.
O. Maksymilian Maria Kolbe zachowywał rezerwę wobec czołowego publicysty antysemickiego tamtej doby ks. Trzeciaka, któremu parokrotnie odmówił publikowania co bardziej zjadliwych antysemickich tekstów w „Małym Dzienniku”.
Na jego życzliwy wobec Żydów stosunek wskazuje także fakt, że udzielił on troskliwego schronienia w klasztorze grupie kilkuset Żydów wygnanych z Wielkopolski na początku wojny.
W jego publicystyce zaś kwestia żydowska zawsze miała znaczenie marginalne i jego pisma nie odróżniały się tutaj wiele od innych pism katolickich tamtego okresu. Współcześnie jednak kwestia ta nadal dzieli krytyków w ocenie tej postaci.
Relikwie po o. Kolbe
Dyskusje te jednak nie powstrzymały ogłoszenia o. Maksymiliana świętym, a jego kult stał się znacząca częścią odnowy życia religijnego w Polsce w latach 80. XX wieku. Jako wzór dla siebie wskazywał o. Maksymiliana min. założyciel ruchu oazowego Franciszek Blachnicki, jak i ksiądz Jerzy Popiełuszko.
Kult ten w sposób szczególny kwitł oczywiście w zgromadzeniu franciszkanów w Niepokalanowie, gdzie przechowywano jego relikwie. Jego ciało oczywiście się nie zachowało, gdyż zostało spalone w krematorium w Auschwitz.
Zachowała się jednak broda, którą zatrzymał brat cyrulik podczas strzyżenia na początku wojny. Miejscem kultu jest także cela w muzeum obozu w Oświęcimiu, w której zakonnik zmarł.
Bibliografia:
- Bocheński Józef, Wspomnienia, str.110-111, Kraków 1994.
- Rossa Piotr, OJCIEC MAKSYMILIAN MARIA KOLBE – WYZNAWCA CZY MĘCZENNIK? TEOLOGICZNO-KANONICZNA KWALIFIKACJA ŚWIADECTWA O. M. M. KOLBEGO [w:] Wrocławski Przegląd Teologiczny 21 (13) nr 2, online [dostęp: 06.01.2025].
- Terlikowski T.P., Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika, Kraków 2017.
[1] Frederik Wilson Taylor – wynalazca i przedsiębiorca, uznawany za twórcę nauki o zarządzaniu pracą.
[2] Józef Bocheński, Wspomnienia, str.110-111, Kraków 1994.
[3] J. Bocheński, Wspomnienia, Kraków 1994, str.113-115.
Maksymilian Śmiech