Bardzo lubię czytać pamiętniki i wspomnienia. Dają mi one bowiem możliwość dotarcia do „wnętrza” postaci, której dotyczą- do jej myśli, uczuć, emocji, poglądów i oceny wydarzeń w których uczestniczyła. Szczególnie ciekawe są dla mnie wspomnienia osób, które przeszły ewolucję światopoglądową, w szczególności ich motywów, które ich do tego skłoniły.
Doktor Agnieszka Kowalczyk, tłumaczka wspomnień Johna Bruchalskiego „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie” w bardzo interesujący i przykuwający uwagę sposób opowiada o swoich wrażeniach, jakie wywarła na niej ta książka. Po lekturze jej wypowiedzi na ten temat na pewno każdy zechce sięgnąć po wspomnienia Johna Bruchalskiego, bez względu na to czy zgadza się z jej poglądami, czy też nie.
Konrad Ruzik: Kiedy zainteresowała się Pani wspomnieniami dr. Johna Bruchalskiego i zdecydowała się je przełożyć na nasz język?
Agnieszka Kowalczyk: Można śmiało powiedzieć, że książka „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie” jest odkryciem krakowskiego Wydawnictwa Biały Kruk. To w tym środowisku zrodził się pomysł, by wspomnienia doktora Johna Bruchalskiego, które ukazały się po raz pierwszy w 2022 roku w Stanach Zjednoczonych i od razu stały się amerykańskim bestsellerem, przetłumaczyć i oddać w ręce polskich czytelników. Jest to bowiem niezwykle poruszające świadectwo amerykańskiego lekarza-aborcjonisty, który oddalił się od Boga i nie dopuszczał Go na salę operacyjną, by po wielu dramatycznych przeżyciach odkryć Chrystusa na nowo w swoim życiu i to życie zrewolucjonizować w duchu chrześcijańskim. Z człowieka, który wielokrotnie uśmiercał nienarodzone dzieci, stał się w USA jednym z największych obrońców tych najbardziej bezbronnych istot ludzkich.
Przeżywszy wewnętrzną przemianę, stał się zdecydowanym przeciwnikiem aborcji i zapłodnienia in vitro, lekarzem, który w swojej praktyce stara się opiekować dwoma pacjentami jednocześnie – matką oraz dzieckiem, które nosi w sobie. W latach 90. stworzył oparte na zasadach katolickich centrum ginekologiczno-położnicze Tepeyac oraz fundację pro-life Divine Mercy Care (Opieka Bożego Miłosierdzia), która zbiera środki na pokrycie kosztów opieki zdrowotnej dla pacjentek Tepeyac znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Sam ma żonę Carolyn, z zawodu pielęgniarkę, jest też szczęśliwym ojcem dwóch synów. Zadanie przekazania historii doktora Bruchalskiego polskim czytelnikom potraktowałam jako misję i od razu zaangażowałam się w ten projekt, mając poczucie, że ta książka ma wielką moc oddziaływania i jest świadectwem, które działa silnie na serca i umysły.
Co najbardziej poruszyło Panią we wspomnieniach dr. Bruchalskiego?
Takich poruszających momentów w autobiografii Johna Bruchalskiego jest wiele, ale jedna ze scen szczególnie zapadła mi w pamięć. Oto pamiętnej nocy 1989 r. jako młody rezydent pełnił on dyżur na oddziale położniczym szpitala Norfolk w stanie Wirginia. Wówczas jego pacjentką została kobieta w 22. tygodniu ciąży. Rozpoczęła się akcja porodowa, ale gdyby w tym dniu dziecko przyszło na świat, nie miałoby rozwiniętych płuc i nie przeżyłoby poza organizmem matki, a dla niej najważniejsze było jego dobro, pragnęła, aby urodziło się zdrowe. Zgodnie z jej wolą doktor Bruchalski zatrzymał akcję porodową, podając lek spowalniający skurcze. Dziecko było bezpieczne, nadal mogło rozwijać się w łonie matki.
W sąsiedniej sali czekała na niego inna pacjentka, także w 22. tygodniu ciąży. Ta jednak nie chciała swojego dziecka. Mówiła, że boi się samotnego macierzyństwa, że nie może pozwolić sobie na przerwanie pracy i zbyt długi pobyt w szpitalu. Miała już za sobą dwie aborcje i gotowa była na to po raz trzeci. W tym momencie dla doktora Bruchalskiego najważniejsze było, jak sam to tłumaczył, dobro pacjentki rozumiane jako spełnienie jej woli. Dlatego też nie przeprowadził już dokładniejszego wywiadu medycznego i nie przedstawił jej szczegółowo innych alternatyw postępowania medycznego nastawionych na uratowanie dziecka. Postąpił zgodnie z wolą swej pacjentki i wywołał poród, sądząc, że zakończy się on śmiercią dziecka, które w 22. tygodniu ciąży nie miałoby szans przeżycia poza organizmem matki.
I oto w wyniku wywołania skurczów przez podanie oksytocyny, na świat przychodzi dziecko. Wbrew przewidywaniom doktora Bruchalskiego noworodek żyje i oddycha, co oznacza, że jego pacjentka była w bardziej zaawansowanej ciąży niż mówiła. Co więcej, okazuje się, że dziecko waży powyżej 500 gramów, a w takiej sytuacji ma ponad 20 procent szans na przeżycie poza łonem matki. Doktor wzywa więc lekarzy z oddziału intensywnej terapii noworodków. Natychmiast zjawiła się doktor Deborah Plumb ze swoją ekipą. Jest ona jednym z najlepszych i najzdolniejszych neonatologów w zespole. Od razu podejmuje akcję ratunkową. Dziecko zaintubowano, dostarczając tlen do jego nierozwiniętych dostatecznie płuc.
Od doktor Plumb John Bruchalski usłyszał wtedy słowa, które głęboko nim wstrząsnęły: „John, przestań traktować te dzieci, jakby były guzami. Stać Cię na więcej!”. Początkowo nie zrozumiał, ale potem dotarło do niego, że przecież traktował te niechciane dzieci jak nowotworowe guzy, które trzeba usunąć z ciała pacjentki. Słowa doktor Plumb okazały się dlań jak grom z jasnego nieba – porażające dla jego sumienia.
Był to jeden z tych momentów przełomowych duchowej biografii doktora Bruchalskiego. Sytuacja, w jakiej się znalazł, okazała się bezprecedensowa – w jednej sali, zatrzymując akcję porodową, uratował dziecko przed śmiercią, a zaraz potem, w sali obok, podjął działania, które miały doprowadzić do śmierci innego dziecka, tego niechcianego. Ono jednak się urodziło, żyło, oddychało… A doktor Plumb uświadomiła mu, że lekarz ma pod swoją opieką nie jednego, lecz dwoje pacjentów. Tak też brzmiał pierwotny tytuł tej autobiografii w języku angielskim: „Dwo Patients” –„Dwoje pacjentów”. Rozmowa z doktor Plumb była punktem zwrotnym w jego przemianie. Jej słowa przewartościowały wszystko, w co do tej pory wierzył. Zaczął docierać do prawdy, że kobieta w stanie błogosławionym nosi w sobie nie tyle jakiś biologiczny twór, ile małego człowieka, i że to maleństwo, tak jak i jego mama, ma ciało i nieśmiertelną duszę, ma prawo do życia, którym obdarzył je Bóg, że jest ono istotą ludzką powstałą na obraz i podobieństwo Stwórcy.
Jak ogólnie ocenia Pani przetłumaczoną przez siebie książkę? Proszę opowiedzieć o wszystkich swoich odczuciach i poglądach na jej temat. Czy są w niej jakieś wątki albo problemy, na które zwróciła Pani szczególną uwagę?
Opowieść doktora Bruchalskiego, amerykańskiego lekarza o polskich korzeniach, ujęła mnie swym autentyzmem, szczerością wyznania człowieka, który odważył się nie tylko powiedzieć o swojej drodze od aborcji do medycyny chroniącej życie, ale także odsłonił przed nami cały swój świat wewnętrzny – problemy, dylematy, wątpliwości, wreszcie drążący go niepokój egzystencjalny… Pozwala, abyśmy wraz z nim przeżyli cały ten znaczony dramatycznym momentami proces duchowego dojrzewania, który prowadzi do odkrycia tego, że ludzkie życie jest absolutną wartością, Bożym darem, który trzeba chronić i strzec jak najcenniejszy skarb, i że Bóg w tej naszej ludzkiej wędrówce jest zawsze obecny, nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że może jest inaczej.
Droga doktora Bruchalskiego do uprawiania chrześcijańskiej medycyny opartej na miłości i miłosierdziu względem każdego człowieka, była długa i kręta. Zapoznając się z losami bohatera tej książki, zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że człowiek wychowany w katolickiej rodzinie polskich imigrantów, ludzi kochających się, szanujących, a przede wszystkim głęboko wierzących, zdecydował się jako lekarz odbierać nienarodzonym życie. Można zadać pytanie, jak do tego doszło, co spowodowało tak diametralną zmianę w tym, który od dziecka czuł się bliski Bogu. John jako chłopiec był przecież ministrantem służącym do Mszy św., czytał Biblię razem z rodzicami i braćmi, odczuwał prawdziwą więź z Chrystusem i traktował Go jako swego przyjaciela. Trudno sobie wyobrazić, że młody człowiek ukształtowany w rodzinie pełnej miłości do siebie nawzajem i do Jezusa, mógł podjąć aż tak złe decyzje, zejść na manowce, zostać aborcjonistą. Dlaczego tak się stało? Myślę, że na to pytanie jest wiele odpowiedzi, które przynosi właśnie ta książka. Oświetla ona losy i życiowe wybory jednego człowieka – Johna Bruchalskiego, ale zarazem odkrywa wiele mechanizmów, które zdecydowały o tym, że aborcja stała się czymś dopuszczalnym i akceptowalnym społecznie.
John Bruchalski natomiast od dzieciństwa chciał zostać lekarzem, fascynowała go biologia, budowa ludzkiego organizmu i tajemnicze procesy w nim zachodzące. Był bardzo empatyczny, otwarty na ludzi, pragnął nieść pomoc innym i budził ich zaufanie. Już w młodości czuł powołanie do medycyny. Dlatego też podjął studia medyczne na Uniwersytecie Południowej Alabamy, uzyskując tytuł doktora w 1987 r. Okres studiów i początki praktyki lekarskiej były jednak dla Bruchalskiego czasem słabnięcia jego wiary i rozluźnienia więzi z Kościołem. Czuł, że oddala się od Boga. Wtedy też stał się zwolennikiem aborcji, którą wykonywał wielokrotnie na życzenie pacjentek, uznając, że czyni to dla ich dobra.
Swoją pierwszą aborcję przeprowadził jako student trzeciego roku medycyny. Do asystowania podczas zabiegu został wytypowany przez doktora Cohena, który był jego profesorem, mentorem, ale też i przyjacielem, wybitnym specjalistą w zakresie ginekologii i położnictwa. Bardzo chciał sprostać wyzwaniu, jakie postawił przed nim jego mistrz. Pragnął udowodnić, że się nie zawiedzie i podoła zadaniu. Przed rozpoczęciem aborcji przyszły jednak wątpliwości. Zdał sobie sprawę, że w ciągu kilku minut zatrzyma serce nienarodzonego dziecka. Odciął się jednak szybko od tego myślenia, Boga pozostawił poza salą operacyjną. Gdy już było po wszystkim ogarnęło go dziwne uczucie pustki, którego nie potrafił zrozumieć ani wyrazić. Usprawiedliwiał jednak swoje postępowanie przed samym sobą. Uważał, że najważniejsze było, by ufać pacjentce i pozwolić jej samej decydować o tym, co jest dla niej najważniejsze. Taki był dominujący w ówczesnej medycynie styl myślenia i postępowania, takie też stanowisko prezentował jego nauczyciel, którego podziwiał i któremu ufał – doktor Cohen. John pod wpływem autorytetów ze środowiska naukowego, szanowanych i wybitnych specjalistów w swej dziedzinie – dość szybko zmienił swój światopogląd.
Z czasem aborcja stała się dla niego niejednoznaczną kwestią moralną – trzeba było rozważyć wszystkie „za” i „przeciw” danej sytuacji i podjąć najlepszą decyzję. Taki sposób myślenia, nazwany proporcjonalizmem, wpajano mu już w szkole oraz na zajęciach prowadzonych przez ojców jezuitów w prywatnej katolickiej uczelni Spring Hill College. Proporcjonalizm jako teoria etyczna zakładał, że normy moralne nie mają charakteru absolutnego, należy więc rozważyć wszelkie możliwe skutki dobra i zła wynikające z różnych działań i wybrać te, które przyniosą większe dobro albo mniejsze zło. „Gdy więc w czasie wojny żołnierze wrogiej armii wpadną do twojego domu i przyłożą pistolety do głów twoich bliskich – żony i dzieci, mówiąc, że jeśli wyrzekniesz się Chrystusa, twoja rodzina uniknie śmierci, ty musisz wybrać mniejsze zło – skłamać, by uratować bliskich, Pan Jezus i tak będzie wiedział, że Go miłujesz i uczyniłeś to w dobrej wierze” – taki typ rozumowania właściwy był dla proporcjonalizmu i tego rodzaju pytania stawiano Johnowi w szkole i na studiach. W kolejnych latach doszedł on do przekonania, że aborcję można usprawiedliwić niemal w każdej sytuacji, w jego świadomości przestała być postrzegana jako zło konieczne, a zaczęła się jawić jako dopuszczalna, a nawet humanitarna forma „dobrej” medycyny.
W tej historii ważne jest jednak to, że John Bruchalski nigdy nie wyparł się całkowicie Boga, nie zatracił zupełnie wiary, która w jego dzieciństwie była tak żywa i prawdziwa. Została ona przygłuszona i przesłonięta przez nowe, „postępowe” ideologie i nurty myślowe, przez ludzi, których poglądy uznał za swoje, zwiedziony ich autorytetem i pozycją naukową. Cały czas jednak czuł w sobie jakiś niepokój, jakąś niepewność, która drążyła go od środka i od czasu do czasu dawała o sobie znać. Bóg, od którego się oddalił i którego nie dopuszczał do siebie na sali operacyjnej, jednak o nim nie zapomniał. Przełomowym momentem w biografii duchowej Johna stała się najpierw pielgrzymka do meksykańskiego Sanktuarium Matki Bożej z Guadelpue, gdzie usłyszał tajemniczy głos: „Dlaczego mnie ranisz?”, a potem podróż do dawnej jugosłowiańskiej wioski Medziugorie, gdzie przeżył swoje nawrócenie. Wtedy też narodził się po raz drugi jako człowiek i lekarz, wierny uczeń Chrystusa, który, posiłkując się najnowszymi dokonaniami medycyny, chce leczyć zamiast ranić.
Niedawno usłyszałem od pewnej feministki w czasie naszej dyskusji w Internecie dokładnie takie słowa: „Nie wiesz jak ciężkim przeżyciem jest dla kobiety niechciana ciąża. Jesteś nieempatyczny i ograniczony”. Co Pani sądzi o takim toku myślenia?
Myślę, że najlepszą odpowiedzią na tego rodzaju argumentację, jest właśnie historia doktora Bruchalskiego. I on początkowo był przekonany o słuszności własnego postępowania. Swoje działania medyczne tłumaczył troską o zdrowie pacjentki i tym, że postępował zgodnie z jej wolą, szanując podjętą przez kobietę decyzję, jakakolwiek by ona nie była. Już na studiach przekaz feministyczny był dla niego przekonujący. Uważał, że kobiety walczą o równe prawa i wzmocnienie swojej pozycji w społeczeństwie, o odzyskanie kontroli nad własnym ciałem. Taki sposób myślenia wydawał mu się słuszny i wierzył głęboko, że powinny mieć one wolność wyboru tego, co dla nich najlepsze. Dotyczyło to również kwestii aborcji. Jego stosunek do niej zaczął się zmieniać dopiero pod wpływem wstrząsu, jakiego doznał po narodzinach dziecka, które początkowo skazał na śmierć, i po usłyszeniu słów wyrzutu od ratującej to maleństwo lekarki – by dzieci nie traktował jak nowotworów do usunięcia. Zrozumiał wtedy, że ma dwóch pacjentów – matkę i dziecko. To był pierwszy ważny krok do zrozumienia tego, że płód rozwijający się w organizmie kobiety to CZŁOWIEK! Że ma ciało i duszę, a jego życie jest Bożym darem! Tę prawdę dane mu było jednak zgłębić nie na drodze naukowych dociekań, ale pod wpływem głębokich duchowych przeżyć, dzięki którym na nowo odkrył w swoim życiu Boga.
Punktem kulminacyjnym jego duchowego dojrzewania stała się podróż do wioski Medziugorie, leżącej w Bośni i Hercegowinie (kiedyś w Jugosławii). Do dziś miejsce to stanowi centrum głębokiej duchowości chrześcijańskiej i kultu maryjnego, gdzie pielgrzymują zwłaszcza pragnący odrodzenia wewnętrznego, proszący Boga o różne łaski, w tym o uzdrowienie. Tam właśnie John Bruchalski wyruszył wraz ze swoją mamą. Najpierw zawędrowali na Górę Krzyża, najwyższy szczyt w Medziugorie, zwieńczony olbrzymim betonowym krucyfiksem, wzniesionym w 1934 r. dla upamiętnienia 1900 lat, które minęły od śmierci krzyżowej Jezusa. Stając na wierzchołku wzniesienia, obok tego wielkiego krzyża, poczuł, że jest bliżej Boga. Zaczął się modlić i czytać Pismo Święte. Dopiero jednak na pobliskim Wzgórzu Objawień, zatopiony w ciemnościach nocy, przeżył ostateczne nawrócenie, tam poczuł, że nosi w sobie głęboko zakorzeniony grzech i poczucie winy. Uczynił rachunek sumienia i zrozumiał, że zbytnio zabiegał o uznanie profesorów w swojej dziedzinie, o aprobatę rówieśników i pacjentów, że zbyt mocno zaufał nauce. Kierowała nim pycha, bo jako lekarz miał poczucie władzy nad życiem i śmiercią. Czuł, że pogwałcił prawa życia, że na swych rękach miał krew niewinnych istot i że potrzebuje pomocy Boga. Na Wzgórzu Objawień doznał łaski przebaczenia. Poczuł, że został uzdrowiony przez Wielkiego Lekarza, jakim jest Chrystus.
Te głębokie doświadczenia duchowe sprawiły, że John Bruchalski całkowicie zerwał z praktykami godzącymi w życie nienarodzonych i stał się wielkim propagatorem rozwiązań pro-life w medycynie. W Medziugoriu zrozumiał, że jest powołany do bycia lekarzem, który leczy zamiast ranić, a każde maleństwo w łonie matki postrzega jako osobę godną miłości… Odtąd medycyna stała się dla niego aktem miłosierdzia. Ukoronowaniem działań doktora Bruchalskiego na rzecz życia było stworzenie w latach 90. centrum ginekologii i położnictwa Tepeyac w Wirginii, które działa po dziś dzień. Kieruje się zasadami katolickimi i jest przeznaczone dla kobiet w ciąży, także tych mających problemy zdrowotne, materialne i społeczne. Doktor Bruchalski na wszelkie możliwe sposoby angażuje się w działania na rzecz ochrony życia w duchu chrześcijańskim. Prowadzi na ten temat wykłady na uniwersytetach, a także podczas konferencji i wydarzeń pro-life w USA i za granicą. Promuje etykę katolicką w medycynie i naturalne metody leczenia niepłodności. Jego działania zostały zauważone i docenione. W 2017 rok otrzymał Europejską Nagrodę „A hero of the life” przyznawaną podczas Forum „One of Us” osobom zaangażowanym w obronę życia poczętego. W 2022 r. natomiast został wyróżniony medalem Evangelium Vitae przez Centrum Etyki i Kultury im. de Nicola Uniwersytetu Notre Dame za wybitne osiągnięcia w dziedzinie ochrony życia.
Kontynuując wątek z poprzedniego pytania. Jak Pani, jako kobieta ocenia argumentację proaborcyjną, która w skrócie brzmi tak: „płód nie jest człowiekiem, a tylko zlepkiem komórek. Kobieta ma zawsze prawo usunąć niechcianą ciążę, bo ma prawo decydować o swoim ciele i życiu. Zatem każdy zakaz aborcji jest pogwałceniem praw kobiet i ograniczeniem ich wolności”?
I tym razem odwołam się do przykładu, przywołując osobę innego lekarza-ginekologa, który żył w tych samych czasach i w tym samym kraju co John Bruchalski, a ze względu na swój wiek (urodził się w 1926 roku) mógł być jego profesorem i mistrzem. Mowa o Bernardzie Nathansonie, profesorze Cornell University, ateiście i jednym z najbardziej zagorzałych propagatorów aborcji na świecie, który za najwyższy cel postawił sobie jej zalegalizowanie w USA. Dlatego też w 1968 r. stał się współtwórcą Narodowej Ligi Walki o Prawo do Aborcji (National Abortion Rights Action League). Sam prowadził największą klinikę aborcyjną w Stanach Zjednoczonych. Jak wyznał, dokonał około 76 tysięcy aborcji, w tym uśmiercił własne nienarodzone dziecko. Gdy w 1973 r. został ordynatorem wydziału położniczego w szpitalu św. Łukasza w Nowym Jorku, pojawił się tam po raz pierwszy ultrasonograf – iście rewolucyjna aparatura, która pozwalała na bardzo dokładną obserwację płodu w łonie matki. Dla Nathansona był to prawdziwy przełom. Zobaczył na własne oczy, że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem zachowującym wszelkie czynności życiowe. Pod wpływem tego odkrycia narastały w nim coraz większe wątpliwości dotyczące wykonywania aborcji na życzenie. Chciał wiedzieć, co dzieje się z płodem w czasie jej trwania, dlatego w 1984 r. namówił swego przyjaciela Jay’a do włączenia USG podczas aborcji i zarejestrowania całego procesu na taśmie filmowej. To, co zobaczył potem, było dla niego„wstrząsem dotykającym korzeni duszy” – jak sam powiedział. Obraz filmowy pokazał jednoznacznie, czym jest aborcja. Był porażający. Na ekranie dało się zobaczyć, jak dziecko próbuje się bronić przed narzędziem miażdżącym i aparatem ssącym pochłaniającym strzępki rozrywanych tkanek. Na podstawie tego obrazu powstał film dokumentalny „Niemy krzyk” („The Silent Scream”), który miał swoją premierę w 1985 roku na Florydzie. Stał się niepodważalnym dowodem na to, że aborcja to okrutne uśmiercanie bezbronnej istoty ludzkiej w łonie matki. Pod wpływem tych doświadczeń Nathanson zupełnie zmienił swój światopogląd. Przeżył również przemianę duchową, odkrywając w swoim życiu Chrystusa i w 1996 roku przyjął chrzest.
To była droga ateisty do wiary katolickiej i zarazem droga jednego z najbardziej zapalczywych zwolenników aborcji na świecie do medycy pro-life. Książka „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie” jest natomiast historią jeszcze nam bliższą, bo opowiada o losach głęboko wierzącego katolika, który pod wpływem otaczających go ideologii (takich jak: relatywizm moralny, proporcjonalizm czy teologia wyzwolenia) i ludzi uznawanych za autorytety, oddala się od Chrystusa i oddaje medycynie, która zabija, ale jako człowiek poszukujący, targany wewnętrznymi niepokojami, przeżywa prawdziwą przemianę duchową, która czyni go wielkim obrońcą życia.
W swojej autobiografii doktor Bruchalski pisze, że przez pierwsze dwa lata swojej rezydentury dokonywał aborcji, przerywając też ciąże w przypadku dzieci z zespołem Downa i innymi poważnymi deformacjami, których stan określano jako „nie do pogodzenia z życiem”. On natomiast od czasu swej przemiany w każdym dziecku nienarodzonym, tym bardziej obciążonym poważną chorobą, widział osobę godną miłości. Pragnął uprawiać medycynę, która oddaje cześć Bogu i afirmuje życie, zawsze jest aktem miłosierdzia względem drugiego człowieka, nigdy aktem przemocy. Zrozumiał też, że cierpienia nie można pojmować wyłącznie w kategoriach kary czy bolesnej rzeczywistości, której należy za wszelką cenę uniknąć. Uznał, że trzeba zaufać bardziej Bożemu planowi niż ludzkim kalkulacjom. Pojął też, że ludzkie życie powinno być cenione zawsze, nie tylko wtedy, gdy jest „pożądane”. W swojej książce jednoznacznie stwierdził, że ma ono „swoją wartość i godność, ponieważ zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, kochani przez Niego i odkupieni przez Jego ofiarę na krzyżu. Coś tak cennego i ważnego zasługuje bezsprzecznie na nasz najwyższy szacunek i największą troskę”.
Zwróciłem też uwagę na wymowne ilustracje, które towarzyszą tekstowi. Czy spełniają one jakąś szczególną rolę w tej publikacji?
Strona graficzna każdej książki Wydawnictwa Biały Kruk jest zaprojektowana w sposób niezwykle przemyślany. I w tym przypadku do czytelnika zgłębiającego losy doktora Bruchalskiego przemawiają bardzo wymowne i poruszające fotografie oraz reprodukcje obrazów malarskich. Nie tylko ukazują naszego bohatera, jego najbliższych i współpracowników z centrum Tepeyac, ale często są to ilustracje zmuszające do głębszej refleksji nad życiem nienarodzonych i potrzebą walki o nie. Mnie osobiście ujęła fotografia przedstawiająca najmłodszego wcześniaka na świecie, Nasha Keena, który przyszedł na świat w 2024 roku w Iowa City w 21. tygodniu ciąży, 133 dni przed planowanym porodem.
W jaki sposób zachęciłaby Pani czytelników do lektury wspomnień dr. Johna Bruchalskiego?
Jeszcze raz pragnę gorąco polecić autobiografię doktora Johna Bruchalskiego „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie”, jedną z najnowszych pozycji Wydawnictwa Biały Kruk, nie tylko dlatego że jest to amerykański bestseller, który podbił rynek książki w Stanach Zjednoczonych, ale przede wszystkim dlatego, że to książka niosąca bardzo ważne przesłanie dla współczesnego człowieka. To opowieść bardzo osobista i poruszająca, która daje nadzieję, uświadamiając, że rzeczą ludzką jest błądzić, grzeszyć, poszukiwać, ale w każdym momencie naszego życia, także i w tym najciemniejszym, najbardziej bolesnym, obecny jest Bóg, który cały czas na nas czeka. Uobecnia się On w różnych znakach, pragnie, abyśmy Go odszukali, wsłuchali się w Jego głos, otwarli swoje serca na Jego miłość i łaskę. Tak uczynił doktor Bruchalski – syn marnotrawny XX wieku, który wielokrotnie przekraczał Boskie prawo i miał krew niewinnych dzieci na rękach. Tak sam siebie postrzegał i osądzał, ale nigdy całkowicie nie wyparł się Boga i to go uratowało. Otwierał się na Jego głos, szukał go w swoim życiu, gotów był nawet udać się do meksykańskiej bazyliki Matki Bożej z Guadelupe i na Wzgórze Objawień do jugosłowiańskiego Medziugorie. Ta otwartość na Boga i jego poszukiwanie, choćby po omacku, zaowocowały odnalezieniem światła wiary i sensu istnienia. Historia doktora Bruchalskiego to, jak słusznie zauważyła jego dawna pacjentka i współpracowniczka Mary Lenaburg, historia „nawrócenia, odkupienia, odnalezionego sensu i misji”. O tym wszystkim właśnie traktuje książka „Moje nawrócenie”.