Mrok Północy

Mrok Północy |Recenzja

Adam Stawicki, Mrok Północy

Niektóre książki wywołują w nas mieszane uczucia – z jednej strony pragniemy jak najszybciej po nie sięgnąć, z drugiej zaś boimy się rozczarowania. Dla mnie taką właśnie pozycją okazał się Mrok Północy, szczególnie że już sama okładka zapowiada: „Prequel legendarnej Trylogii”. Natychmiast pojawiło się pytanie: czy da się ulepszyć coś niemal doskonałego, coś, na czym wychowały się kolejne pokolenia Polaków? Ostatecznie zdobyłem się na odwagę, aby zajrzeć do środka – głównie po to, by znaleźć na to odpowiedź. Książka Adama Stawickiego pozytywnie mnie zaskoczyła, choć przez cały czas nie mogłem uniknąć porównań do pierwowzoru. Mimo to moja ogólna ocena pozostaje bardzo dobra.

Trylogia XXI wieku – ku pokrzepieniu serc?

Ogniem i mieczem, Potop oraz Pan Wołodyjowski należą do klasyki polskiej literatury historyczno-patriotycznej. Wszystkie części Trylogii były pisane przez Henryka Sienkiewicza w jasno określonym celu – miały podnieść na duchu rodaków pogrążonych w popowstaniowym marazmie, powoli tracących nadzieję na poprawę swojego losu.

Nikt wówczas nie przypuszczał jeszcze, że zbliża się I wojna światowa, a tym bardziej że trzej zaborcy „wezmą się za łby”. Przygotowując się do napisania tego tekstu, zauważyłem, że w ubiegłym roku minęło dokładnie 140 lat od publikacji pierwszego odcinka Ogniem i mieczem w krakowskim dzienniku Czas. Odnoszę wrażenie, że niewiele osób dostrzegło tę rocznicę. Dla mnie – a sądzę, że także dla samego Autora – stała się  ważnym impulsem do refleksji. To bardzo dobrze, ponieważ niemal półtora wieku to już niebagatelny okres. W tym czasie zmieniły się nie tylko gusta i upodobania czytelników, ale przede wszystkim sama rola literatury.

Czy zatem nadszedł moment, by ukazać w nowym świetle to, co już ma  niekwestionowany autorytet? Czy nie jest to bluźnierstwo albo plagiat? Nie. To po prostu nowe życie, zaklęte w postaciach, zdaniach i cytatach, które wszyscy dobrze znamy. Problem jest jednak nieco inny – po co to robić? Chyba nie ku pokrzepieniu serc. Odpowiedź nasuwa mi się tylko jedna: aby pokazać siłę narodu w czasach jego niemal trwałego podziału na dwa lub trzy, już chyba oswojone, plemiona, a także, by udowodnić, że historia, wbrew wszystkim obiegowym opiniom, może być ciekawa.

W tej książce właśnie taka jest. XVII wiek w „polskim wydaniu” to niewątpliwie jeden z najbardziej barwnych, a zarazem tragicznych okresów naszej historii. Określenie „wiek wojen” nie wzięło się przecież z powietrza. Rozpoczęliśmy go zasiadającym na tronie Zygmuntem III (wojna ze Szwecją), a zakończyliśmy Augustem II Sasem (pokój w Karłowicach i koniec konfliktów z Turcją). W międzyczasie wydarzyło się tak wiele, że aż dziw bierze, iż Polska zdołała to wszystko przetrwać.

Written by Sienkiewicz? No, Stawicki

Tę część, dla jasności dalszego wywodu, muszę zacząć od pewnego wyjaśnienia. „Mrok Północy” to w istocie prapratrylogia przedstawiająca losy legendarnych bohaterów na niemal pięćdziesiąt lat przed wydarzeniami opisanymi w Ogniem i mieczem. Otwierając książkę, czytelnik przenosi się do roku pańskiego 1600. Rzeczpospolita jest wtedy europejską potęgą, a jej powierzchnia sięga prawie miliona kilometrów kwadratowych. Liczą się z nią wszystkie znaczące państwa na kontynencie.

Naszymi przewodnikami w tej podróży są nie kto inny, jak Jan Onufry Zagłoba wraz z Jerzym Wołodyjowskim. Czy na waszych twarzach nie pojawia się zdziwienie, a serce nie pyta: jakim cudem? To właśnie siła pióra – możliwość powrotu do wspomnień, miejsc oraz postaci tak dobrze nam znanych, którym można dać nowe życie, zachowując jednak cechy, z którymi utożsamiano ich przez lata.

Tak właśnie postępuje autor, nie zmieniając charakterów swoich bohaterów, z którymi czytelnicy zdążyli się już zżyć. Dzięki temu Adam Przechrzta przywraca czytelnikowi obrazy tych „pól malowanych”, lecz nie zbożem, a cięciami szabel i szumem husarskich skrzydeł. Książka ta, moim zdaniem, nie narusza żadnej świętości, kanonu ani granicy, której przekroczyć nie wolno.

Oddać co sienkiewiczowskie – Sienkiewiczowi, co stawickie – Stawickiemu

Styl, składnia, a nawet realia historyczne zostały odwzorowane niemal identycznie jak u „Litwosa”. Zagłoba, Wołodyjowski i pozostali bohaterowie zachowują się tak, jak nas do tego przyzwyczajono. Autor czerpie obficie ze wzorców, które czytelnikom są doskonale znane, i robi to umiejętnie. Ewentualne odstępstwa od przyjętych przez Sienkiewicza standardów literackich czy atmosfery epoki dopiero mogłyby zostać uznane za świętokradztwo.

Nie oznacza to jednak, że książka jest całkowicie pozbawiona świeżości czy oryginalnych elementów. Wręcz przeciwnie, mimo oczywistych podobieństw, utwór czyta się z przyjemnością i płynnie, bez zbędnych przestojów. Te trzydzieści trzy rozdziały są w większości ciekawe i angażujące, choć osobiście niektóre fragmenty – szczególnie te dotyczące króla – odbierałem jako nużące i czytałem je raczej pobieżnie.

Należy podkreślić dwie istotne kwestie, z których Adam Stawicki wywiązał się nadspodziewanie dobrze. Pierwszą i zarazem najważniejszą z nich jest zgodność z Trylogią. Gdybym w całej fabule znalazł choćby jedno „trylogiczne” faux pas, natychmiast zaznaczyłbym je czerwonym zakreślaczem. Zaliczam się bowiem do tych czytelników, których pasja do historii zrodziła się najpierw dzięki adaptacjom filmowym, a później – w wieku dorosłym – dzięki książkowym pierwowzorom przygód Skrzetuskiego, Wołodyjowskiego, Bohuna, Zagłoby czy Rzędziana.

Mrok Północy można spokojnie postawić na półce przed Ogniem i mieczem – jedno wynika tu logicznie z drugiego, i o to właśnie chodziło. Druga kwestia to rola historii, która w tej powieści rzeczywiście odgrywa istotną funkcję. Jest prowadzona linearnie, spójnie i zgodnie z wszelkimi prawidłami gatunku. Nic nie zostaje pominięte ani sztucznie wyprzedzone.

Z bohaterami poruszamy się konsekwentnie w ramach jasno nakreślonych realiów, które nie uciekają nam z pola widzenia. To ważne, ponieważ oddanie historycznej wiarygodności jest podstawowym zadaniem autora powieści osadzonej w przeszłości. Dla mnie Adam Stawicki zdał ten egzamin celująco już na samym początku, gdy Pan Michał pojawia się na białym koniu – dokładnie takim, jaki przysługiwał mu ze względu na wojskową rangę. Takich literackich smaczków znalazło się w książce jeszcze kilkanaście.

Wyobraźnia, wyobraźnią i tyle

Jednej rzeczy (chyba) nie udało się jednak uniknąć. Nawet jeśli losy głównych bohaterów zostały przedstawione nieco inaczej niż przed 140 laty, pewne wyobrażenia pozostają nienaruszalne. Zagłoba przemawia głosem i gestami Mieczysława Pawlikowskiego, pułkownik Wołodyjowski na zawsze ma twarz Tadeusza Łomnickiego, a w postać Skrzetuskiego wciela się niezmiennie Michał Żebrowski.

Nawet jeśli Adam Stawicki pragnął uniknąć tego typu skojarzeń czy zaszufladkowania bohaterów, trudno uwolnić się od tych filmowych obrazów. Z drugiej strony to rozwiązanie może być zabawne i przynieść obu stronom – autorowi oraz czytelnikom – sporo satysfakcji.

Dobre może czerpać z lepszego

Nowa odsłona Trylogii już w swojej pierwszej części ma – moim zdaniem – duże szanse, by trafić do młodego grona odbiorców. Jest bowiem bardziej współczesna, mniej patetyczna, lecz nadal pełna heroizmu. Ma w sobie dawno niespotykany potencjał, by zainteresować i obudzić to pokolenie, które dotąd pozostawało obojętne. To dobrze, że autorowi udało się tchnąć nowe życie w znane historie, nie naruszając przy tym pozycji Sienkiewicza, a jedynie pokazując, jak mocno nadal jest aktualny. Z dużym zaciekawieniem czekam na kolejne części.


Wydawnictwo Astra
Ocena recenzenta: 5/6
Dominik Majczak


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Astra. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.