Reinhard Gehlen, dawny członek sztabu generalnego Wehrmachtu, po wojnie zaoferował aliantom układ: informacje za ochronę. Amerykanie chętnie skorzystali z jego propozycji. Historyk Danny Orbach, dzięki niepublikowanym wcześniej źródłom, m.in. dokumentom Mosadu, obnaża skalę nazistowskich wpływów po wojnie. Publikujemy fragment książki Naziści po wojnie. Kariery ludzi Hitlera.
Pod koniec kwietnia 1945 roku, kiedy Gehlen i jego współpracownicy zakopywali swój skarb na Elendalm, po tych samych górskich drogach jeździł młody amerykański oficer z niewielkim oddziałem piechoty. W wieku dwudziestu ośmiu lat James H. Critchfield był jednym z najmłodszych pułkowników Armii Stanów Zjednoczonych, odpowiedzialnym za poprowadzenie sił wojskowych w stronę Twierdzy Alpejskiej.
29 kwietnia wraz ze swymi ludźmi w pobliżu wioski Hurlach niespodziewanie natknął się na niemiecki pociąg towarowy. Zatrzymali go za pomocą strzałów ostrzegawczych, kilku esesmanów wyskoczyło z pociągu i zniknęło w lesie. „Żołnierze jadący na ołowianych cysternach otworzyli drzwi wagonów towarowych – wspominał Critchfield – i straszliwy ładunek w postaci wychudzonych istot ludzkich, ubranych w brudne czarno-białe stroje […] wylał się prosto w ramiona zdumionych amerykańskich żołnierzy. Na pierwszy rzut oka więźniowie wydawali się bardziej martwi niż żywi. Wszyscy dosłownie przewrócili się na ziemię”.
W pamiętnikach Critchfield z autentyczną zgrozą opisywał swoje pierwsze spotkanie z systemem narodowego socjalizmu, siejącym terror i śmierć. Później, jako wysokiej rangi oficer CIA, uważał się za zagorzałego wroga totalitarnych dyktatur, walczącego w obronie demokratycznych wartości własnego kraju, i miał sporo współczucia dla Żydów i innych ofiar Trzeciej Rzeszy. A jednak nie kto inny, jak właśnie Critchfield odegrał kluczową rolę w zacieśnianiu amerykańskiej współpracy z Organizacją Gehlena i nazistowskimi zbrodniarzami wojennymi.
Reinhard Gehlen i jego przyjaciele z pewnością nie byli jedynymi nazistowskimi oficjelami zatrudnionymi przez wywiad amerykański. Nie okazali się też najgorszymi. Podobnie jak wielu niemieckich oficerów na froncie wschodnim oni także odpowiadali za zbrodnie wojenne, bo dostarczali mordercom z SS dane wywiadowcze, które ułatwiały im zadanie, ale sami nie byli inicjatorami ani bezpośrednimi wykonawcami. Jednakże, jak wykazały późniejsze śledztwa, na amerykańskiej liście płac znajdowali się znacznie gorsi przestępcy, a ich zatrudnienie musiało wymagać sporej dawki cynizmu.
Na przykład Klaus Barbie. Byłego szefa gestapo w Lyonie uznawano za jednego z najstraszliwszych funkcjonariuszy tajnej policji w okupowanej Francji, bezpośrednio odpowiedzialnego za torturyi egzekucje tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. W okresie tuż po wojnie tak zwany Rzeźnik z Lyonu nie tylko nie poniósł kary, lecz także został zatrudniony jako szpieg przez kontrwywiad amerykański, czyli Counter Intelligence Corps – instytucję odpowiedzialną za ściganie nazistowskich zbrodniarzy. Kiedy utrzymanie go na tej pozycji okazało się niemożliwe, wywiad Stanów Zjednoczonych przerzucił Barbiego do Ameryki Południowej, gdzie ten wrócił do starych zwyczajów, tym razem jako doradca do spraw bezpieczeństwa lokalnych dyktatorów.
Barbie nie był jedyny. Kontrwywiad amerykański zatrudniał dwunastu funkcjonariuszy SS i gestapo, niektórzy z nich mieli na sumieniu liczne masakry. Jednocześnie administracja Trumana sprowadzała do Stanów Zjednoczonych niemieckich naukowców, także takich, którzy korzystali z pracy niewolniczej. Fałszerze pieniędzy podrabiający waluty dla wywiadu SS byli poszukiwani przez Amerykanów i inne zimnowojenne potęgi, które chciały, by pracowali dla ich tajnych służb. Utworzona w 1947 roku CIA szybko dołączyła do stawki.
Zatrudniała nazistów i innych zbrodniarzy odpowiedzialnych za Holokaust – Niemców, Rosjan i Ukraińców – jako szpiegów i tajnych agentów w strefach przygranicznych, a także na terenie ZSRR i jego państw satelickich. Innym wyznaczano zadania takie jak tworzenie sieci stay behind, które miały organizować wojnę partyzancką w przypadku sowieckiej ofensywy.
Początki były skromne. 10 maja 1945 roku Kolegium Połączonych Szefów Sztabów rozkazało generałowi Eisenhowerowi – dowódcy sił alianckich w śródziemnomorskim teatrze działań wojennych – by aresztowano wszystkich nazistowskich zbrodniarzy wojennych z wyjątkiem tych, którzy mogli się okazać przydatni dla wywiadu lub innych celów wojskowych. Kluczowym słowem jest tu „wyjątek”.
Wywiad miał wybierać niemieckich agentów wyznających „te same ideały, które bliskie są Stanom Zjednoczonym” i unikać tych, którzy nadal zajmowali się działalnością przestępczą albo mieli mroczną przeszłość – co w przypadku ujawnienia mogło skompromitować Waszyngton. Amerykańscy oficerowie wywiadu odpowiedzialni za rekrutację ludzi podejrzanych o zbrodnie wojenne doskonale rozumieli, że taka praktyka jest haniebna i przyniosłaby wstyd, gdyby została odkryta (nie wspominając już o tym, że stanowiłoby to wspaniałą pożywkę dla radzieckiej propagandy). Im bardziej prominentną postacią był nazista, tym cięższe popełniał zbrodnie, a więc tym większe ryzyko wiązało się z jego ujawnieniem i tym większe było potencjalne upokorzenie w oczach opinii publicznej.
Poza tym zatrudnianie weteranów nazistowskich organizacji bezpieczeństwa, takich jak SS, SD lub gestapo, było ryzykowne, bo stanowili oni zagrożenie dla amerykańskiej strefy okupacyjnej i dla nowo ustanowionej demokracji w RFN. Zatrudnianie takich ludzi zawsze było zatem problematyczne, a wyjątki dopuszczano wyłącznie w sytuacjach absolutnej konieczności.
Wskutek tak sprzecznych nacisków podejrzani o zbrodnie wojenne stanowili niewielki odsetek wśród tysięcy Niemców zatrudnionych przez amerykańskie agencje wywiadowcze (w przypadku CIC późniejsze śledztwa wymieniały tylko dwadzieścia cztery osoby), a zanim ich zatrudniono, byli poddawani skomplikowanemu systemowi weryfikacji. System ten jednak nie zawsze działał jak należy, a lokalnym dowódcom często pozostawiano swobodę wyboru, którego agenta SS, gestapo czy SD można zakwalifikować jako „wyjątek”.
Niemniej liczba takich wyjątków rosła wraz ze zmieniającym się postrzeganiem zagrożenia. W rzeczy samej bezpieczeństwo strefy okupacyjnej było dla aliantów największym zmartwieniem. W 1945 roku i na początku 1946 amerykańska armia okupacyjna w Niemczech wciąż uważała nazistów i neonazistów, zwłaszcza osławionych partyzantów znanych jako Werwolf (Wilkołak), za główne zagrożenie w strefie okupacyjnej.
W ciągu siedmiu miesięcy po kapitulacji Niemiec kontrwywiad amerykański aresztował za zbrodnie wojenne oraz działalność nazistowską i neonazistowską sto dwadzieścia tysięcy Niemców. Niektórzy, na przykład wysocy rangą oficerowie armii i członkowie organizacji bezpieczeństwa Rzeszy takich jak SS, SD czy gestapo zostali zaliczeni do kategorii kwalifikującej ich do „automatycznego aresztowania”.
Wielu z nich podejrzewano o zbrodnie wojenne, ale inni byli po prostu sfrustrowanymi młodymi ludźmi, którzy naprędce organizowali gangi, pomniejszymi urzędnikami w organizacjach nazistowskich albo obywatelami zatrzymanymi na podstawie pomówień, plotek i fałszywych oskarżeń. Podczas pierwszych miesięcy po wojnie kontrwywiad amerykański zatrudnił sporą liczbę niemieckich komunistów, a w jednym przypadku dzielił nawet biuro z lokalną partią komunistyczną.
Istniały istotne ograniczenia w zatrudnianiu nazistów, głównie dlatego że byli postrzegani jako największe zagrożenie dla alianckiej okupacji. Oficer kontrwywiadu z Monachium narzekał pod koniec sierpnia 1945 roku, że „lista proskrypcyjna tak bardzo się wydłużyła, że nie można zatrudnić żadnego byłego członka partii nazistowskiej ani oficera armii, nie wspominając już o personelu niemieckiej służby wywiadu”. Ostrzegał, że taka polityka poprowadzi weteranów ku organizacjom neonazistowskim.
Sytuacja zaczęła się zmieniać już jesienią 1945 roku, gdy komuniści stopniowo zastępowali nazistów jako główne zagrożenie w Niemczech i w całej Europie. Zimą i wiosną 1946 roku relacje pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim zaczęły się psuć wskutek konfliktów dotyczących powojennego losu Niemiec, Polski i innych krajów. Przemawiając w Kongresie w marcu 1947 roku prezydent Truman obiecał wolność wszystkim narodom zagrożonym totalitaryzmem.
Dowódcy wojskowi Trumana, mocno przeceniając gotowość bojową Związku Radzieckiego, obawiali się nagłego pełnowymiarowego ataku na Europę Zachodnią. Te lęki zdecydowanie rosły wraz z każdym przejawem agresji komunistów: radziecką inwazją na Czechosłowację, blokadą Berlina w 1948 roku, pierwszym eksperymentem nuklearnym Moskwy w 1949 roku i północnokoreańskim najazdem na Koreę Południową w roku 1950. By powstrzymać radziecką ofensywę, dowódcy Armii Stanów Zjednoczonych potrzebowali nie tylko siły militarnej – a wierzyli, że ich siły są zastraszająco niewystarczające – ale także informacji wywiadowczych o zamiarach, zdolności i strukturze bojowej Armii Czerwonej.
Choć Stany Zjednoczone dysponowały informacjami wywiadowczymi o Związku Radzieckim, to jednak nie wiedziały, co się dzieje ani w głębi kraju, ani w państwach satelickich, a taka wiedza była potrzebna, by zyskać wczesne ostrzeżenie o inwazji. Przy ograniczonych możliwościach pozyskiwania informacji przez SIGINT, czyli wywiad elektromagnetyczny, umożliwiający przechwytywanie rozmów i odczytywanie zaszyfrowanych wiadomości, przynajmniej do połowy lat pięćdziesiątych, Amerykanie musieli polegać na informacjach przekazywanych przez ludzi, także szpiegów.
Zamknięte społeczeństwa, jak w Związku Radzieckim, są jednak znacznie mniej podatne na działalność szpiegowską niż demokracje. Rozsądek nakazywał zatrudnianie agentów z właściwym doświadczeniem i znajomością języka. Wielu odpowiednich kandydatów należało do takiej czy innej kategorii zbrodniarzy wojennych: byli to obywatele Związku Radzieckiego kolaborujący z Niemcami albo nazistowscy spece od wywiadu, którzy w niedawnej przeszłości walczyli z Sowietami. Innymi słowy, zatrudnienie przynajmniej niektórych zbrodniarzy wojennych postrzegane było jako reakcja obronna na zagrożenie militarne.
Stopniowo problem sądzenia nazistowskich zbrodniarzy stał się sprawą przeszłości, nie teraźniejszości, i w marcu 1946 roku przekazano go pobłażliwym sądom niemieckim. Część funkcjonariuszy CIC jeszcze przez kilka lat ścigała ludzi podejrzewanych o nazistowskie zbrodnie wojenne, ale w 1948 roku Amerykanie zaczęli łagodniej traktować swoich więźniów, a nawet zmniejszać im surowe wyroki, jakie zapadły podczas wcześniejszych procesów.
Uznano, że spokój RFN i korpusu oficerskiego Wehrmachtu, niezbędnych sojuszników w walce z komunizmem, jest ważniejszy niż wyrównywanie dawnych rachunków i poszukiwanie sprawiedliwości dla ofiar Trzeciej Rzeszy. Jednocześnie coraz większa liczba agentów CIC ścigała komunistów, a nie nazistów. Oficerowie jeszcze niedawno dbający o bezpieczeństwo Hitlera byli bardzo przydatni w wykonywaniu tego typu zadań. W końcu wiele wiedzieli o „czerwonych” i byli zaciętymi antykomunistami. Jednocześnie zachodziła obawa, że rozgoryczeni naziści trafią do komunistycznego podziemia.
I choć brzmi to strasznie, takie właśnie postrzeganie rzeczywistości przez Amerykanów nie było pozbawione podstaw. W porównaniu z zagrożeniem sowieckiej inwazji na RFN, wspomaganej przez piątą kolumnę działającą od środka, szanse na odrodzenie się nazizmu były niewielkie lub żadne. Porażka nazistowskich Niemiec okazała się tak druzgocąca, że większość zwolenników Hitlera, a nawet ideologicznych nazistów zrozumiała, że dla przetrwania Niemiec trzeba gruntownie zmienić światopogląd, strategię i politykę.
Również zagorzały nazista admirał Karl Dönitz, lojalny współpracownik Hitlera i jego spadkobierca na stanowisku przywódcy Trzeciej Rzeszy, przyznawał, że ocalić można tylko niektóre aspekty narodowego socjalizmu. Dla osób o bardziej realistycznym podejściu do życia było jasne, że należy zrezygnować z większości elementów poprzedniego reżimu. Każdy były nazista, który chciał zachować coś z wysypiska śmieci pozostawionego przez Hitlera, musiał dokonywać wyborów ostrożnie i bardzo powściągliwie.
Tekst jest fragmentem książki Naziści po wojnie. Kariery ludzi Hitlera Wydawnictwa Literanova.