Powstanie Listopadowe

Powstanie Listopadowe – wojna straconych szans

Niewiele jest w polskiej historii wydarzeń, które historycy ocenialiby tak diametralnie różnie. Jedni uważają, że ten zryw podchorążych był przejawem młodzieńczej nieodpowiedzialności, której efektem była strata tej niewielkiej ale jednak jakieś odrobiny niezależności. W powstaniu, które od początku nie miało szans na sukces w konfrontacji z rosyjskim imperium.

Inni natomiast wskazują, że dobrze kierowane powstanie miało właśnie szanse na sukces i w konsekwencji nawet jakieś wzmocnienie narodowego charakteru Królestwa Polskiego. Większość w jednym przynajmniej jest w miarę zgodna – wysiłek zbrojny żołnierzy i koszty społeczeństwa w sporej mierze został zmarnowany przez generałów, zwłaszcza jego wodzów naczelnych, szczególnie przez ich brak wiary w sukces, kunktatorstwo, a nawet prywatę i różne urazy. Z uwagi na fakt, że nie sposób wyczerpująco poruszyć w krótkim tekście wszystkich aspektów powstania listopadowego, skoncentruję się na jego wysiłku militarnym.

Wojsko w Królestwie Polskim

Królestwo Polskie utworzone zostało w 1815 roku decyzją Kongresu Wiedeńskiego z części ziem byłego Księstwa Warszawskiego (o powierzchni 128 tys. km² – o 17% mniej niż Księstwo Warszawskie, a zamieszkałych przez niespełna 3 mln ludności – 4 mln w 1830 roku) i pozostawało przez cały okres swego trwania w unii personalnej z Rosją. Car Aleksander I był zarazem królem Polski. Car nadając Królestwu Polskiemu konstytucję (bardzo postępową w jej warstwie słownej i deklaracjach) zdecydował też o stworzeniu narodowej siły zbrojnej. W okresie pokoju miała ona liczyć 30 000 żołnierzy i oficerów, zamiast projektowanych pierwotnie 40 000. W rzeczywistości  początkowo nie przekraczała 22 tys., w końcu stanęło na 29 000. Jej podstawy miały stworzyć polskie oddziały z armii napoleońskiej, a sprowadzić je do Królestwa miał generał Henryk Dąbrowski.

Niestety tereny Królestwa Polskiego były wycieńczone wojną, utrzymywaniem wojska Księstwa Warszawskiego a potem wojsk rosyjskich stacjonujących na tym terenie w latach 1813 i 1814. Jak  podał dr Wacław Tokarz, dostawy dla żołnierza rosyjskiego w ciągu roku 1813 i czterech pierwszych miesięcy 1814 roku wyniosły ogromną sumę prawie 158 milionów złp, a od maja 1814 do maja 1915 roku skarb Księstwa wydał na ten sam cel 90 milionów złp. W skarbie księstwa na rok 1814/15 przewidywano deficyt w kwocie 8 milionów złp.

Z tego powodu paradoksalnie, kiedy Księstwo warszawskie łożyło na utrzymanie wojska rosyjskiego, skarb rosyjski wziął na siebie (z zastrzeżeniem zwrotu) koszt formowania i utrzymania wojska polskiego. Gdy Dąbrowski po przybyciu do Warszawy zażądał na wstępne działania organizacyjne armii kwoty 75 000 złp, to okazało się, że nie ma źródeł na pokrycie takiego wydatku. Musiano o pieniądze prosić cara Aleksandra. Z jego polecenia skarb rosyjski wypłacał odtąd miesięcznie 2,1 mln złp na utrzymanie wojska naszego – łącznie 66 mln złp. Od 1817 roku płacił już skarb Królestwa Polskiego, co pochłaniało blisko połowę jego dochodów budżetowych (od 1818 roku budżet wojskowy wynosił ok. 31 milionów złp). Od tego samego roku, gdy Konstanty (wódz polskiej armii, brat cara) zakończył organizację Armii Polskiej, tworzyło ją wojsko czynne złożone z gwardii oraz wojsk polowych (liniowych) zgrupowanych w korpusie piechoty i korpusie kawalerii.

Wojska polowe tworzył korpus piechoty o dwóch dywizjach piechoty (każda złożona z trzech dwupułkowych brygad – 2 brygad piechoty liniowej i 1 strzelców pieszych) oraz korpus jazdy o dwóch dywizjach kawalerii: ułanów i strzelców konnych oraz artylerię zgrupowaną w trzy brygady.

Pułki piechoty (liniowej i strzelców) w okresie pokoju składały się ze sztabu i dwóch batalionów po cztery kompanie (po 2 plutony, a plutony dzieliły się na półplutony i sekcje) oraz dwóch kompanii rezerwowych. W czasie wojny miały być rozwijane do 4 batalionów po 8 kompanii. Stan liczebny kompanii określono na 4-6 oficerów, 14-16 podoficerów i 184 szeregowych; batalionu na 830 żołnierzy; pułku na 5 oficerów starszych (powyżej kapitana), 54-55 oficerów młodszych, 160 podoficerów, 72 muzykantów, 1664-1676 szeregowych, a ponadto 5 oficerów, 71-82 podoficerów i szeregowych niefrontowych (np. rzemieślników, kancelistów). Kompanie rezerwowe liczyły po ok. 100 żołnierzy.

Artyleria piesza była organicznie związana z korpusem piechoty, a w jej brygadzie były 3 kompanie: 1 kompania artylerii pozycyjnej [6 armat 12-funtowych i 6 jednorogów (haubic) 20-funtowych] i dwie kompanie art. lekkiej (każda po 6 armat 6-funtowych i 6 jednorogów 10-funtowych, z 24 jaszczami i 234 ludźmi). Polska artyleria była trzy razy słabsza od analogicznej w armii rosyjskiej.

Łącznie piechota królestwa etatowo miała liczyć z gwardią ok. 27 tys. ludzi, z czego żołnierze walczący 25 tysięcy, w tym ok. 800 oficerów i ponad 24 tys. podoficerów i szeregowych. Piechurzy  uzbrojeni byli początkowo w karabiny francuskie wz. 1777 o kalibrze 17,5 mm (mieli je powracający do kraju żołnierze, były też w magazynach napoleońskich księstwa). Zużyte egzemplarze zastępowano jakościowo gorszymi rosyjskimi – krótszymi ale cięższymi, kalibru 17,78 mm. Piechurzy posiadali też bagnety i tasaki (pałasze piechoty), a ponadto łopatkę saperską, ładownicę na 40 naboi i pochwę na bagnet. 

Dywizję jazdy tworzyły dwie brygady, każda z jednym pułkiem ułanów i jednym strzelców konnych (szaserów). Pułk jazdy składał się z dwóch dywizjonów po dwa szwadrony i jednego szwadronu rezerwowego. Ten ostatni liczył ok. 100 ludzi i był przeznaczony do szkolenia rekrutów. Szwadrony czynne liczyły natomiast ok. 160 żołnierzy, 10-12 podoficerów i 8 oficerów. Szwadrony dzieliły się na 2 półszwadrony czyli 4 plutony. W 1830 korpus jazdy liczył 6788 oficerów i żołnierzy zorganizowanych w 39 szwadronów – bez gwardii konnej. Brygada artylerii konnej miała dwie baterie po 8 dział. 

Ogółem artyleria składała się, wraz z artylerią wałową, z 13 baterii (kompanii), około 3230 żołnierzy i oficerów oraz 96 dział polowych i garnizonowych.

Stacjonujące w Królestwie polskie oddziały gwardii stanowiły część rezerwowego korpusu gwardii składającego się z trzybrygadowej dywizji piechoty, dwubrygadowej dywizji jazdy i dwóch brygad artylerii – pieszej i konnej. Polski komponent to od 1817 roku pułk grenadierów gwardii, pułk strzelców konnych gwardii i dwie półbaterie (półkompanie) rakietników.

Pułk grenadierów składał się ze sztabu i 2 batalionów po 8 kompanii. Kompanie liczyły po 4 oficerów i 128 szeregowych, a cały pułk dowódcę (generała), 6 oficerów starszych, 72 młodszych, 162 podoficerów, 103 muzykantów, 1984 szeregowych. W skład pułku wchodziło też 6 oficerów i 83 podoficerów i szeregowych niefrontowych – razem w pułku 2417 ludzi.

Należy jeszcze powiedzieć, że wśród historyków trwa spór – ilu żołnierzy miało rzeczywiście wojsko Królestwa Polskiego w 1830 roku. Część z Tomaszem Strzeżkiem skłania się do tezy, że „w 1830 roku stan armii KP zbliżył się do 40 tys. żołnierzy”; część za W. Tokarzem za pewniejszą uważa stan ok. 30 tys. 

Warto natomiast podkreślić, że żołnierz królestwa był świetnie wyszkolony, nieporównanie lepiej niż rosyjski. W carskiej armii rekruta uznawano za żołnierza dopiero po 3 latach służby, w królestwie był gotowy po pół roku. Taki żołnierz umiał maszerować w różnych tempach, przechodzić płynnie z jednej formacji do innej (liniowej, kolumnowej, czworoboku, wydzielać i zwijać tyralierów).

Potrafił też dobrze strzelać, bo duży nacisk kładziono na strzelanie do tarczy, zaniedbywane w armji rosyjskiej tak, że wyznaczano tam zaledwie po 3 ostre ładunki rocznie na żołnierza. Polscy żołnierze uczyli się strzelania ćwicząc je na strzelnicach, celując do tarcz i to z trzech różnych odległości – w płaskim jak i pagórkowatym terenie. Dodatkową pomoc mieli w specjalistycznych regulaminach. W wydanych w 1824 roku w Warszawie „Wiadomościach ściągających się do woyskowey palney broni ręczney” napisano: „… skoro u piechoty nieprzyiacielskiey, można rozpoznać twarz, kołnierze i galony na mundurach (odległość 300–400 kroków, czyli ok. 215–290 metrów), wtedy należy do niego rozpocząć ogień karabinowy, celując w głowę, aby trafić w piersi…”.

Nie tylko wyszkolenie strzeleckie stało na wysokim poziomie. Podobnie było z fechtunkiem na bagnety, na pałasze, czy umiejętnością używania lancy – ćwiczone gorliwie w jeździe. W 1827 roku wydano regulamin pod tytułem „Nauka podająca sposoby bicia się na bagnety”, w którym opisano z kolei teorię walki indywidualnej i w zwartym szyku, przeciwko piechocie i jeździe, w ataku oraz obronie. Korzystano z niego podczas szkolenia z takim skutkiem, że jak opisywał generał Ignacy Prądzyński epizod  starcia pod Białołęką: „trzy bataliony 6-go pułku piechoty rozbiły i wyrzuciły ze wsi całe dwa pułki morskie i ledwo nowym siedmiu batalionom nieprzyjacielskim… ze wsi wyparować się dały”.

Polskie pułki ćwiczyły długie marsze, piesze i konne. Ewenementem, dla rosyjskiej kultury wojskowej, była postawiona na wysokim poziomie nauka pływania – istniały dwie specjalne szkoły pływania, dwie w Warszawie i jedna w Kaliszu.

Przystępując do walk z siłami potężnego Caratu, polski żołnierz był do nich bardzo dobrze i wszechstonnie przygotowany, prowadzili go świetni podoficerowie – często wywodzący się jeszcze z armii Księstwa Warszawskiego oraz dobrzy i patriotycznie nastawieni oficerowie młodsi. Trochę gorzej i zróżnicowanie prezentowała się wyższa kadra oficerska i generalska, wśród której było niestety wielu przeciwników powstania. Owszem, może i wypełniali swoje obowiązki, zbyt często brakowało im jednak odwagi i zapału tak charakterystycznego dla niższych rang. 

Droga do powstania

W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku wybuchło w Warszawie Powstanie Listopadowe. Rozpoczęło się około godz. 18:00 29 listopada 1830 roku, gdy podporucznik Piotr Wysocki, instruktor w Szkole Podchorążych Piechoty w Łazienkach, wszedł do budynku uczelni i przerywając zajęcia z taktyki wypowiedział znamienne słowa: „Polacy! Wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów”.

Spiskowcy, część podchorążych i młodzi inteligenci, zaatakowali Belweder a następnie z pomocą mieszkańców Warszawy zdobyli Arsenał. Następnego dnia, wraz z uzbrojoną ludnością cywilną, opanowali stolicę. Z rąk powstańców zginęło 6 zdecydowanie przeciwnych powstaniu polskich generałów: Stanisław Trębicki, Maurycy Hauke, Stanisław Potocki, Ignacy Blumer, Tomasz Siemiątkowski, Józef Nowicki – zastrzelony wskutek pomyłki, rosyjski generał Aleksiej Gendre – zakłuty bagnetami w Belwederze i pułkownik Filip Meciszewski. Wojskowy spisek przekształcił się w ogólnonarodowe powstanie. 3 grudnia 1830 roku wyłoniony został powstańczy Rząd Tymczasowy, przekształcony z kolei w Radę Najwyższą Narodową. Na czele obu organów stanął książę Adam Jerzy Czartoryski.

Przyczyn było wiele, główną stanowiło nagminne łamanie Konstytucji Królestwa Polskiego, nadanej przez cara Aleksandra I na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego. Już w 1819 roku w „Kongresówce” wprowadzono cenzurę wbrew konstytucyjnym gwarancjom wolności słowa. W roku 1821 zawieszono wolność zgromadzeń i zakazano działalności masonerii. W królestwie panoszyła się tajna carska policja, polakożerca Nikołaj Nowosilcow rozpoczął prześladowanie członków towarzystw filomatów i filaretów. W październiku 1824 roku skazano Waleriana Łukasińskiego, przywódcę Wolnomularstwa Narodowego. W 1825 roku cesarz zlikwidował jawność obrad sejmowych. W 1827 roku nastąpiły aresztowania członków Towarzystwa Patriotycznego. Sąd sejmowy, wydając łagodne wyroki na podejrzanych i oczyszczając ich z zarzutu zdrady stanu, pośrednio potwierdził, że występowali oni w dobrej wierze przywrócenia przestrzegania zapisów konstytucji 1815 roku.

Zaczęto obawiać się, że zamiast przyłączenia do królestwa chociaż części ziem zabranych przez Rosję (zgodnie z postanowieniami kongresu wiedeńskiego) nastąpi likwidacja nawet tych nielicznych atrybutów niezależności, a zacznie się od likwidacji odrębności armii.

Na samą datę wybuchu powstania miała wpływ sytuacja zagraniczna. W lipcu i sierpniu 1830 roku wybuchły zwycięskie rewolucje we Francji (zapobiegła powrotowi do monarchii absolutnej) i w Belgii, które doprowadziły do podważenia systemu Świętego Przymierza. Car postanowił interweniować zbrojnie, w czym miała uczestniczyć polska armia. 17 października cesarz rozkazał przygotowanie mobilizacji alarmowej wojska rosyjskiego i Królestwa Polskiego. 21 października książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki otrzymał nakaz przygotowania finansów kongresówki na czas wojny. Ogłoszenie 19 i 20 listopada 1830 roku rozkazu stawiającego w stan pogotowia armię rosyjską i polską, ostatecznie wpłynęło na decyzję o podjęciu natychmiastowych działań, chociaż spiskowcy nie mieli programu społeczno-politycznego, nie przygotowali też kształtu władz przyszłego powstania. Zamierzali opanować stolicę i oddać władzę politykom o społecznym zaufaniu. I to był pierwszy błąd Powstania Listopadowego.

Wśród żołnierzy, a zwłaszcza oficerów młodszych, o patriotycznych przekonaniach, panowało niezadowolenie ze stosowania „pruskiego drylu” i kary chłosty. Politycznie wspierał ich rozbudzający się ruch patriotyczny, w tym zdelegalizowane Towarzystwo Patriotyczne z Lelewelem. Patriotycznym ruchom sprzyjał edukacyjny boom w królestwie – funkcjonowało powyżej 1000 szkół o typie elementarnym, liczne szkoły zawodowe i wyższe, jak powstały w 1816 roku Uniwersytet Warszawski.

Oficerowie starsi, których wielu zaczynało kariery w wojsku Księstwa Warszawskiego, wciąż mieli w głowie napoleońską klęskę w starciu z Rosją i bali się konfrontacji z mocarstwem. Ponadto często cechował ich komformizm, chęć spokojnego korzystania z posiadanej pozycji, stabilizacji i doczekania emerytury. W wielu przypadkach byli przeciwnikami jakiejkolwiek rewolucji.

Drugą grupę nazwałbym „konstytucjonalistami”. Godzili się na „niby wolność” Polski o ile car będzie przestrzegał zapisów konstytucji. Należały do niej środowiska ziemiańskie i bogate mieszczaństwo, a za przywódców można uznać przywódców sejmowej opozycji, braci Niemojewskich – Bonawentury i Wincentego, posłów z województwa kaliskiego. Do tej grupy zaliczyć też można Adama Jerzego ks. Czartoryskiego.

Do trzeciej grupy należy zaliczyć tych wszystkich, którzy pogodzili się z utratą niepodległości i swój prywatny interes widzieli we współpracy z carem. Tu można wymienić pierwszego namiestnika królestwa gen. Józefa Zajączka (zmarł w 1826 r.) czy ministra skarbu królestwa Ksawerego Druckiego-Lubeckiego. Ten ostatni swój patriotyzm widział specyficznie, tylko w rozwoju gospodarczym Królestwa Polskiego i bogaceniu się Polaków – pod światłym przewodnictwem rosyjskiego cara. Trzeba uczciwie przyznać, że Królestwo Polskie dzięki jego działaniom osiągnęło znaczny postęp gospodarczy, w czym Lubecki miał własny interes. Działania rządu doprowadziły do rozkwitu przede wszystkim przemysłu spożywczego, bawełnianego, włókienniczego oraz sukienniczego. Na przykład produkcja tkanin bawełnianych wzrosła w królestwie pięciokrotnie. Na znaczeniu zyskiwało górnictwo i przemysł metalurgiczny (Zagłębie Dąbrowskie) czy chemiczny. Wybudowano ponad 1000 km nowych dróg, usprawniano komunikację wodną, rzeczną, zbudowano Kanał Augustowski. Niestety nie zbudowano nawet podstaw przemysłu wojennego czy hodowli koni. Broń jak i konie sprowadzano z rosyjskiego imperium.

Wracając do powstania, to po nieudanych próbach rozbrojenia powstańców przez Radę Administracyjną (kierowaną przez Druckiego-Lubeckiego), nastąpiło wzmożenie ruchu powstańczego. W celu uspokojenia nastrojów rozwiązano Radę Administracyjną i 3 grudnia 1830 wyłoniono Rząd Tymczasowy, którego prezesem został książę Adam Jerzy Czartoryski.

Chłopicki – zdrajca czy „tylko” sceptyk

W nocy z 29 na 30 listopada 1830, Józef Chłopicki, cywil od 1818 roku, był w teatrze i odmówił dołączenia do powstańców. Jednak 3 grudnia 1830 przyjął funkcję wodza naczelnego, a dwa dni później samowolnie ogłosił się dyktatorem. Nie po to by zapewnić sukces powstania, ale by wyhamować patriotyczne nastroje i doprowadzić do ugody z carem. Chłopicki nie wierzył w powodzenie powstania. Wspierany przez stronnictwo konserwatywne, sabotował działania ofensywne i opóźniał rozbudowę wojska. Oto fakty. 

Pierwszą, zahaczającą wprost o zdradę decyzją Chłopickiego, było wypuszczenie wielkiego księcia Konstantego i to w otoczeniu pułków gwardii. Zwiększyło to z jednej strony siłę Rosji o te ponad 7 tys. wyszkolonych żołnierzy, a o tyle samo pomniejszyło wojsko powstańców. Te 5200 piechurów, 2100 jeźdźców z 30 działami można było wcielić do wojska królestwa (żołnierze pochodzili z terenów należących wcześniej do Rzeczypospolitej), w najgorszym razie przejąć tylko ich broń. Mieliśmy wystarczające siły w Warszawie oraz radomskim i lubelskim by ich otoczyć i zmusić do kapitulacji. Niestety w swojej usłużności Chłopicki wydał rozkazy by w ich drodze do Rosji karmić rosyjską gwardię i dbać by im włos z głowy nie spadł. Co ciekawe wypuszczeniu Konstantego i gwardii przeciwny był taki rusofil jak książę Drucki-Lubecki. Z ludzkiego punktu widzenia najgorsze jest też to, że Chłopicki pozwolił Konstantemu zabrać ze sobą Waleriana Łukasińskiego, nie próbował nawet walczyć o niego. Pozwolił uciec „carskiemu sadyście” a nie zawalczył o polskiego patriotę. Major Łukasiński resztę życia spędził w twierdzy Szlisselburskiej,  więziony mimo upływu wyroku w celi o zaostrzonym rygorze (wilgotnej, ciemnej i bez podłogi). Zmarł w 1868 roku.

Chłopicki przeciwdziałał również szybkiemu powiększaniu armii, stosując różne wykręty i wymówki, a to już trudno nazwać inaczej jak sabotowaniem narodowego powstania. Oprę się tu głównie, ale nie tylko, na informacjach zawartych w książce Jacka Jezierskiego „Powstanie Listopadowe. Fakty znane i nieznane”. Otóż kiedy powiat gostyński zaoferował dyktatorowi wystawienie własnym kosztem 1 żołnierza z 14 dymów, ten miał powiedzieć: „To za wiele, nie potrzebujemy tyle ruchawki”. „Nic nie czynić, co nie będzie rozkazanem” –  taka była odpowiedź województwu krakowskiemu i augustowskiemu na propozycję wystawienia 10 tys. rekrutów. Natomiast dla ochotników z Galicji, Prus czy kresów wschodnich miał słowa: „Nie mam dla was nawet jednej skałki”. A do 15 stycznia 1831 roku mógł ich mieć i to sporo, bo bez problemów broń można było kupować w Austrii, a pozyskane wtedy karabiny były efektem tylko oddolnych inicjatyw. Zresztą po tej dacie broń można było spokojnie przemycać, bo Austriacy patrzyli na to przez palce. Zareagował natomiast Chłopicki na edykt cara o rozprawieniu się z powstaniem – natychmiast „zdezerterował” i złożył dymisję. Zdążył jednak jeszcze zaprzepaścić wiele materiałów wojennych złożonych na prawym brzegu Wisły, w Łomży, Siedlcach i Suwałkach, a więc na terytorium królestwa, w czasie kiedy nie było tam znaczących sił rosyjskich. Kiedy Rosjanie wreszcie po 2 miesiącach ruszyli, zagarnęli zapasy. Zaniechano też zajęcia bądź przynajmniej zniszczenia zapasów rosyjskich zmagazynowanych w okolicach Łukowa.

Oficjalnie Chłopicki rozbudowywał jednak armię (chociaż dopiero 5 stycznia łaskawie zgodził się na powiększenie armii do 120 tys.) i tak był tym zajęty, że dał czas carowi na zmobilizowanie własnej armii pod wodzą feldmarszałka Dybicza. Jednak nawet on nie był w stanie powstrzymać entuzjazmu narodu i już w połowie stycznia armia liczyła 70 tys. żołnierzy, a jak pisze Bolesław Limanowski, po lutowych walkach w okolicy Warszawy wojska tak energicznie uzupełniano, ochotników było tak wielu, że stan piechoty wynosił nawet 90 tys. żołnierzy.

Jednocześnie Chłopicki hamował śmiałe plany ofensywne swoich oficerów: I. Prądzyńskiego i W. Chrzanowskiego. Pierwszy plan zaprezentował ppłk Chrzanowski już 7 grudnia, proponując wykonanie wyprzedzającego uderzenia na rosyjskie korpusy koncentrujące się poza granicami Królestwa, na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Najpierw na VI. Korpus (w którym wielu oficerów było Polakami lub sympatyzowało z nimi), a następnie na I. Korpus, co mogło wywołać powszechne powstanie szczególnie na Litwie i Wołyniu. W połowie grudnia swój plan Chłopickiemu przekazał mjr Prądzyński. Polegał on na prowadzeniu wojny opóźniającej, do momentu otrzymania pomocy z zewnątrz (np. z Francji) oraz na wznieceniu powstania na tyłach armii rosyjskiej. Wszystkie projekty dyktator odrzucił, a Prądzyńskiego „zesłał” do Zamościa mianując podkomendantem twierdzy.

Tymczasem drobne działania opóźniające sił powstańczych w bitwach pod Stoczkiem (14 lutego 1831 roku) i Wawrem (19-20 lutego 1831 roku), przyniosły sukces. Nawet krwawa batalia pod Olszynką Grochowską (25 lutego 1831 roku), która powstrzymała rosyjski marsz na Warszawę, mogły prorokować szanse na ostateczny sukces Polaków.

Ostatnim już ciosem rannego Chłopickiego w powstanie Polaków było wyznaczenie na swojego zastępcę, na grochowskim polu bitwy, generała Skrzyneckiego. Ten od razu pokazał swoją twarz, ignorując rozkaz Chłopickiego przejścia do kontrataku i natychmiast zarządził odwrót.

Skrzynecki – nieudacznik podszyty strachem

Jak wiemy dopiero 5 lutego 1831 roku armia rosyjska pod dowództwem feldmarszałka Iwana Dybicza, składająca się z dwóch korpusów piechoty, dwóch korpusów jazdy i korpusu grenadierów, przekroczyła granice Królestwa Polskiego i podążyła w kierunku Warszawy. Do Królestwa Polskiego została również wysłana gwardia, a także jeden korpus piechoty pod dowództwem gen. Piotra Pahlena z zadaniem obsadzenia Litwy i Białorusi. Razem około 114 tysięcy ludzi – dużo, ale jednocześnie słabo wyszkolonych, nie w pełni gotowych do walki po ubytkach jakie poniosła Rosja w dwóch poprzednich wojnach, szczególnie tej z Turcją.

Po stratach jakie poniósł Dybicz w lutowych bitwach wynoszących łącznie ok. 14800 zabitych, rannych i wziętych do niewoli (Stoczek – 500; Wawer – 3700; Białołęka – 1100; Grochów – 9.500 poległych i rannych) zdecydował o wycofaniu się spod Warszawy. Jednocześnie, w obawie przed możliwością wybuchu powstań na Litwie i Wołyniu oraz terenach przyległych, musiał na zapleczu armii pozostawić około 30 proc. swoich sił,w czerwcu było to już 36 proc. wojsk. A powstania i tak wybuchły.  

Przerwa w działaniach wojennych na głównym froncie trwała od 26 lutego do 30 marca 1831 roku. Niestety po bitwie grochowskiej nowym wodzem naczelnym został gen. dyw. Jan Skrzynecki, który odrzucił mądry plan Prądzyńskiego, pobicia Rosjan – najpierw dywizji Geismara, następnie całego korpusu Rosena, którzy osłaniali główne siły, a później może i samego Dybicza. Wódz naczelny wybrał wariant Chrzanowskiego „wyprawy na gwardie” i to dopiero po reprymendzie szefa rządu księcia Czartoryskiego, który stwierdził: „… zapasów amunicji, żywności, mundurów i prochu starczy jeszcze na cztery miesiące. Jeśli w tym czasie nie doszłoby do rozstrzygnięcia, wojna musiałaby się zakończyć klęską i to bez honoru, bez chwały, lecz owszem wśród przekleństwa i hańby”. Ostatecznie uzyskane informacje o ruchu Dybicza w kierunku Wieprza, spowodowały powrót do koncepcji Prądzyńskiego.

Śmiały plan polskiej kontrofensywy (38 batalionów, 46 szwaronów, 81 dział, 37500 ludzi), opracowany przez jednego z najzdolniejszych dowódców powstania, płk Ignacego Prądzyńskiego przyniósł na przełomie marca i kwietnia 1831 roku sukcesy w drugiej bitwie pod Wawrem oraz pod Dębem Wielkim i następnie Iganiami. Niestety korekty Skrzyneckiego dokonane na polu bitwy k. Wawra spowodowały, że chociaż Geismar został pobity, ale udało mu się uratować z pogromu 3500-4000 żołnierzy (z 6000) i dołączył do korpusu Rosena – razem 10 tys. żołnierzy. Tego samego dnia odbyła się znów zwycięska bitwa pod Dębem Wielkim, wygrana dzięki wojsku, a wbrew obawom wodza naczelnego. Powstrzymanie pościgu za Rosjanami, znów pozwoliło części korpusu uciec przed Polakami. Do niewoli trafiło kilka tysięcy rosyjskich wojaków, zdobyto 8 dział, przy minimalnych stratach własnych.  

Z powodu oporu Skrzyneckiego, dopiero 10 kwietnia 1831 roku doszło do bitwy pod Iganiami. Zwycięskiej dla Polaków, dowodzonej przez generała Ignacego Prądzyńskiego z korpusem  dowodzonym przez gen. Grigorija Rosena, który otrzymał posiłki i znów miał ok. 14 tys. żołnierzy.

Zwycięstwo mogłoby być większe (całkowite zniszczenie okrążonego przeciwnika), gdyby nie Skrzynecki, spowalniający marsz swojej części kleszczy. Po przybyciu na pole bitwy Skrzynecki zabronił szturmować Siedlce i nakazał odwrót ku Kostrzyniowi. Ocalały wielkie magazyny wojskowe w Siedlcach, których zawartość bardzo przydałaby się Polakom. Nie wykorzystano przejętych dokumentów z dyslokacją armii marszałka Iwana Dybicza.

Krwawy wysiłek żołnierzy został zaprzepaszczony, nie wykorzystano atutu zaskoczenia i wysokiego morale wojska po ostatnich zwycięstwach, a także osłabienia carskiej armii wywołanego epidemią cholery. Pod koniec kwietnia Polacy mogli wysłać do walki około 70 000 ludzi, podczas gdy Dybicz tylko około 50 000. Skrzynecki nie wykorzystał przewagi, trzymając się defensywnej taktyki. Wysłał natomiast 3 maja 6000 ludzi i 10 dział, pod dowództwem Chrzanowskiego, w Lubelskie do walki z korpusem jazdy Kreutza i do pomocy Dwernickiemu, osłabiając siły główne.

Prądzyński i Chrzanowski przedstawiali różne plany, które Skrzynecki odrzucał. Wykonanie chociaż jednego z powyższych planów mogło przesądzić o zwycięstwie w wojnie. Ostatecznie, znów pod naciskiem Czartoryskiego, uruchomiono nowy plan wyprawy na gwardię. 4 dywizje piechoty i 14 pułków kawalerii miało ruszyć przez Brok na Ostrów i Ostrołękę oraz z Broka przez Nur, Zambrów na Łomżę, dokąd przeniosła się kwatera główna w. ks. Michała. Około 8000 ludzi, 1800 kawalerii (pod dowództwem gen. Umińskiego) miało zostać na szosie brzeskiej, osłaniając Warszawę. Gwardia liczyła około 25 000 ludzi i 72 działa, a współdziałająca z nią grupa Sackena 5000 ludzi i 8 dział. Pomimo dobrze rozwijających się działań (długo Dybicz nic nie wiedział o ofensywie) ciąg fatalnych decyzji Skrzyneckiego uratował cesarskie gwardie i doprowadził do klęski pod Ostrołęką (26 maja 1831 roku), znów spowodowanej nieudolnym dowodzeniem Skrzyneckiego. Tam poważne straty (nieco ponad 6 tys. w tym 1,9 tys. poległych) poniosły najlepsze oddziały polskiej piechoty. Polegli m.in. generałowie L. Kicki i H. Kamieński. Rosjanie stracili ok. 5700 ludzi. W efekcie bitwy armia polska całkowicie straciła inicjatywę strategiczną i przeszła do defensywy. Za to generałowie kłócili się o zaszczyty. Gdyby Łubieńskiego sąd wojenny zdegradował na przykład do stopnia podpułkownika, za niewykonanie rozkazu Chłopickiego podczas walk o Grochów, nie byłoby takich sytuacji. Niestety miały miejsce podczas powstania. Również próby wzniecenia powstania na Litwie, Białorusi, Ukrainie nie przyniosły spodziewanych efektów.

Napoleon powiedział, że stado baranów prowadzone przez lwa jest groźniejsze niż stado lwów prowadzone przez barana. Niestety baranów na czele Powstania Listopadowego było zbyt wielu, chociaż męstwo oraz kunszt wojenny żołnierzy i oficerów wprost wspaniały. By naprawdę zrozumieć jak niewiele potrzeba było, aby uratować powstanie, należałoby się zabawić w historię alternatywną, w prorokowanie co by było gdyby… I może taką zabawę przeprowadzę.


Bibliografia:

  • Chwalba A., Historia Polski 1795–1918, Kraków 2000.
  • Domański T. E., Epoka Powstania Listopadowego, Lublin 2000.
  • Jaworski J., Powstanie Listopadowe. Fakty znane i nieznane, Warszawa 2022.
  • Kukiel M., Zarys historii wojskowości w Polsce, Londyn 1949.
  • Limanowski B., Historia demokracji polskiej w epoce porozbiorowej, Warszawa 1983
  • Majewski W., Dębe Wielkie – Iganie 1831, Warszawa 1969.
  • Niemcewicz J. U., Pamiętniki z 1830-1831, Kraków 1909.
  • Tokarz W., Armja Królestwa Polskiego (1815 – 1830), Piotrków 1917.
  • Wimmer J., Historia piechoty polskiej do roku 1864, Warszawa 1978.

Ryszard Nowosadzki

Comments are closed.