W swojej najnowszej książce „Zdążyć przed wrogiem” Robert Michniewicz zabiera czytelników w fascynującą podróż pełną napięcia, sekretów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. To powieść, w której splatają się prawda, fikcja i adrenalina. Autentyczne doświadczenia spotykają się z literacką wyobraźnią, tworząc obraz świata, który większość z nas zna tylko z filmów. Rozmawiamy o tym, jak powstawała książka, co inspiruje go do tworzenia bohaterów i historii, które trzymają w napięciu do ostatniej strony oraz o tym, jak lata w służbie wywiadu wpłynęły na jego spojrzenie na świat i ludzi.
Robert Michniewicz jest byłym oficerem polskiego wywiadu. Ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz studia podyplomowe w Polskiej Akademii Nauk. W 1984 roku wyróżnił się jako jeden z najlepszych absolwentów Ośrodka Kształcenia Kadr Wywiadowczych. W ciągu 23 lat służby, w tym 11 lat za granicą, realizował zadania wywiadowcze na Bliskim Wschodzie, w Europie i Ameryce. W 2006 roku przeszedł na emeryturę w stopniu podpułkownika. Po godzinach oddaje się literaturze sensacyjnej i marynistycznej, podróżom oraz sportowi.
Najnowsza książka Roberta Michniewicza czeka na Ciebie tutaj:
Agnieszka Cybulska: Na początek chciałabym zapytać o źródła inspiracji. Skąd wzięła się potrzeba opowiedzenia właśnie takiej historii – osadzonej w realiach powstania warszawskiego i pełnej szpiegowskich intryg? Czy to temat, który długo w Panu dojrzewał?
Robert Michniewicz: Aby odpowiedzieć na to pytanie muszę wrócić do mojej pierwszej książki „Dolina szpiegów”. Chciałem napisać powieść sensacyjną o operacji polskich komandosów. Gdy pracowałem nad fabułą, szybko zrozumiałem, że powinienem ją zakończyć finałem z udziałem bohaterskich żołnierzy Cichociemnych Armii Krajowej. Opowieść zakończyła się w lipcu 1944 roku.
Zachęcony powodzeniem „Doliny szpiegów” i głosami Czytelników, zdecydowałem się na kontynuację, której akcja toczyć się będzie nadal w czasie II wojny światowej. W tej sytuacji logicznym było osadzenie akcji nowej książki podczas Powstania Warszawskiego. Był to też okres w czasie wojny, gdy oprócz samego powstania, tragicznej okupacji, zbliżała się ofensywa Armii Czerwonej, a mocarstwa przygotowywały przyszły porządek światowy. W takim momencie walka wywiadów była czymś naturalnym.
W Zdążyć przed wrogiem imponuje precyzja – zarówno historyczna, jak i operacyjna.
Czy przy budowaniu fabuły korzystał Pan głównie ze swojego doświadczenia zawodowego, czy niezbędny był także dodatkowy research? Jak wyglądał ten proces od strony dokumentacyjnej?
Pisząc każdą z moich książek, a „Zdążyć przed wrogiem” jest już piątą, korzystam głównie z wiedzy zdobytej w trakcie służby w polskim wywiadzie. Oczywiście chcąc oddać wiernie realia z przeszłości, muszę się też wspierać wiedzą historyczną. Dotyczy to zarówno prawdziwych wydarzeń, rozgrywających się w okresie zbieżnym z fabułą, postaci historycznych czy miejsc, gdzie toczą się poszczególne sceny.
Staram się również nawiązywać do bogatego dorobku oficerów i agentów polskiego wywiadu. Było wielu bohaterów, o których wiedza nie jest spopularyzowana, a których działania faktycznie wpłynęły na przebieg II wojny światowej.
Na przykład Michał Rybikowski, tworzący siatkę szpiegowską pod przykryciem Ambasady Japonii w Szwecji, którego Hitler nazwał „najniebezpieczniejszym funkcjonariuszem polskiego wywiadu”; Jerzy Szajnowicz-Iwanow, którego organizacja niszczyła samoloty w zakładach w Atenach i wysadzała statki i okręty podwodne; Halina Szymańska, która była łączniczką pomiędzy admirałem Wilhelmem Canarisem, szefem Abwehry, a wywiadem brytyjskimi i polskim; czy Mieczysław Słowikowski, kierujący rozległą siatką agentów, której informacje pomogły przy lądowaniu Aliantów w Afryce i w pokonaniu Afrika Korps itp.
Zazwyczaj korzystam z ogólnodostępnych źródeł, w tym z serwisów internetowych oraz oczywiście książek, takich jak „Cichociemni: elita polskiej dywersji” Kacpra Śledzińskiego czy „Tajna wojna 1939-1945 : szpiedzy, szyfry i partyzanci” Maxa Hastingsa oraz wielu innych.
Staram się gromadzić wyłącznie wiedzę potrzebną na ten moment albo z niewielkim wyprzedzeniem w stosunku do budowy akcji. Często zmieniam potem założenia, dlatego próba zgromadzenia od razu kompletnej dokumentacji byłaby stratą czasu. Zwykle docierając do kolejnego etapu pisania, poszukuję informacji dotyczących nadchodzących wydarzeń.
Postacie wydają się niezwykle realistyczne, jakby mogły istnieć naprawdę. Czy wzorował się Pan na autentycznych bohaterach – żołnierzach AK, agentach wywiadu, konkretnych oficerach? A może niektóre postacie noszą rysy ludzi, których spotkał Pan osobiście?
Sylwetki polskich szpiegów zawsze stanowią inspirację dla moich fabuł. Odpowiadając na poprzednie pytanie wspomniałem o kilku z nich, ale było ich bardzo wielu. Na przykład: Roman Czerniawski, jeden z najsłynniejszych podwójnych agentów II wojny światowej, który przekazywał Niemcom informacje spreparowane przez alianckie wywiady, m.in. dotyczące operacji lądowania w Normandii czy Bernard Drzyzga, którego podwładni przeprowadzili kilka zamachów dywersyjnych w Berlinie, Wrocławiu i Rydze.
Wracając do bohaterów moich powieści, to poza próbą skorzystania z wiedzy o prawdziwych postaciach historycznych, w innych przypadkach korzystam z własnych doświadczeń i przemyśleń. Choć oczywiście czasami oddaję cechy osób, które spotkałem w życiu. Muszę się przyznać, że częściej złych niż dobrych (śmiech). Zapewne Pani i nasi Czytelnicy są ciekawi, o kim pomyślałem w tym kontekście. Proszę jednak o wyrozumiałość, że tożsamość takich osób zachowam w tajemnicy. Nie chciałbym nikomu publicznie wystawiać ocen.
Oczywiście, jak najbardziej rozumiem! Powieść toczy się wielotorowo, ale czytelnik odnajduje w niej emocje. Która scena była dla Pana najtrudniejsza do napisania – technicznie lub emocjonalnie?
Zazwyczaj buduję akcję wielowątkowo, tak jak jest w normalnym życiu. Chcę oddać różne narracje, a nie tworzyć gładką jednotorową fabułę. Wiem, że część Czytelników woli prostotę akcji i czasami gubi się, gdy trzeba śledzić kilka wątków i związane z nimi postacie.
Ja jednak tak właśnie kreuję moje powieści – dzięki temu łatwiej mi jest pokazać dramatyzm sytuacji, gdy różne wątki splatają się w wybranym momencie. Co do trudnej sceny, to może to będzie śmieszne, ale nie byłem przekonany, jak wysłać Carla von Wedela do Polski, biorąc pod uwagę, że kilka tygodni wcześniej wrócił do swojej ukochanej i obiecał, że to koniec jego szpiegowskiej działalności. Dodając do tego fragmentu fabuły zamach, którego dokonują na bohatera i jego rodzinę wysłannicy szefa hitlerowskiego wywiadu Waltera Schellenberga, musiałem znaleźć logiczne uzasadnienie, dlaczego Carl decyduje się na opuszczenie bezpiecznej Szwajcarii i najbliższej osoby.
Niełatwe było również opisanie aktywności agenta NKWD w Londynie, tak by zbyt wcześniej Czytelnicy nie zorientowali się, o kogo chodzi. I jeszcze jedno. W „Dolinie szpiegów” członkowie kierownictwa Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza mieli wzorowe stosunki i wzajemne pełne zaufanie. W „Zdążyć przed wrogiem” to się zmienia, ale nie było mi łatwo doprowadzić do zburzenia poprzedniego obrazu ich relacji.
Pana książka balansuje między rzetelną historią a wartką narracją thrillera. Jak osiąga Pan równowagę między faktami a literacką fikcją? Czy czasem musi Pan wybierać: prawda czy napięcie?
Zazwyczaj staram się umieścić akcję powieści w prawdziwych realiach czasu, miejsca i rzeczywistych postaci. Wplatam wymyśloną fabułę w prawdę historyczną. Np. główny bohater obracający się wśród ważnych postaci III Rzeszy np. Waltera Schellenberga – szefa wywiadu wojskowego, Heinricha Mullera – szefa Gestapo, czy A.W.A. Harkera i Guya Liddella-kierujących działaniami MI5, agent polskiego wywiadu działający w komórce ekonomicznej Kancelarii Rzeszy, którego analizy trafiają do Hitlera oraz Cichociemni uczestniczący w ostatniej fazie Powstania Warszawskiego i w działaniach Grupy Kampinos.
Nie próbuje nagiąć momentów rzeczywistej historii, ale zawsze staram się zapewnić Czytelnikom wysoki poziom napięcia. Oczywiście fikcyjna fabuła musi mieć nadrzędną rolę, aby powieść nie była jedynie dokumentalnym zapisem. Myślę, że nigdy dotąd nie stanąłem przed poważnym dylematem: prawda czy napięcie. Głównie dlatego, że życie często pisze najlepsze scenariusze, a prawdziwe historie czasami są ciekawsze niż fikcja literacka.
Zgadzam się! Carl von Wedel to postać, która zapada w pamięć. Czy planował Pan od początku, że stanie się centralnym bohaterem cyklu, czy raczej jego historia „urosła” z biegiem pisania?
W założeniach pierwszej części cyklu, najważniejsza rola miała przypaść grupie komandosów, realizujących niewykonalne zadanie w polskich górach. Niemiecki oficer i zarazem polski szpieg, miał być dla nich wsparciem informacyjnym. Kiedy jednak przyjąłem, że powstanie historia szpiegowska, to właśnie Carl von Wedel w sposób naturalny stał się jej głównym bohaterem. Tym bardziej, że zależało mi na odejściu od schematu, że to Polak gra podstawową rolę agenta polskiego wywiadu. Byli i dobrzy Niemcy, o antyfaszystowskich przekonaniach i taką postać umieściłem w tych powieściach.
A tak w ogóle chciałem, aby ten agent, borykający się z najtrudniejszymi zadaniami, był postacią, która skradnie serca Czytelników, sympatyczną, ludzką i otwartą na różne poglądy. O skłonnościach do zakochania się nie wspomnę (śmiech). Carl von Wedel będzie również bohaterem kolejnych książek z cyklu, a jego postać będzie nadal rozbudowywana.
Patrząc szerzej: polska literatura nie rozpieszcza fanów szpiegowskich opowieści. Jakie miejsce, Pana zdaniem, powinny zajmować powieści wywiadowcze i historyczne w polskiej kulturze? Czy to nisza, czy może rosnący nurt?
Dzisiaj rynek polskiej powieści szpiegowskiej to nisza, a powieści historyczno-szpiegowskie, to mała skrytka w tej niszy.
Część wydawców uważa, że ich czas dawno przeminął. Dlatego większość książek z tego gatunku, to literatura obca. Polskie powieści szpiegowskie czy sensacyjne giną wśród zalewu kryminałów. W tej chwili wiodącą rolę na rynku książek szpiegowskich, odgrywa Wydawnictwo Czarna Owca, które zgromadziło pod swoimi skrzydłami kilku autorów będących wcześniej oficerami polskiego wywiadu. Chwała kierownictwu Wydawnictwa, które także mnie dało możliwość publikacji powieści.
Idąc dalej, można powiedzieć, że współczesnych książek szpiegowskich trochę jest. Natomiast historycznych szpiegowskich pozycji praktycznie brak. Spotkałem się ze zdaniem fachowca, że historie sensacyjno-szpiegowskie miały swój czas, a teraz są passé . Nie zgadzam się z tą opinią, a na potwierdzenie mogę podać popularność właśnie „Doliny szpiegów”. Liczę, że kontynuując historię o Carlu von Wedelu i cichociemnych będę popularyzował ten rodzaj powieści w polskiej literaturze.
Czy rzeczywiście widzi Pan, że w Polsce rośnie zapotrzebowanie na takie opowieści – militarne, wywiadowcze, zakorzenione w historii? Z jakimi opiniami czytelników spotyka się Pan najczęściej?
Po ukazaniu się „Doliny szpiegów” na jednym ze spotkań autorskich zostałem wręcz oskarżony przez uczestnika, że zamiast kontynuować fabułę toczącą się w czasie II wojny światowej, wspomniałem, iż ewentualna kontynuacja losów Carla von Wedela pojawi się w realiach po wyzwoleniu Polski. Ten przykład, ale także dobra sprzedaż tej powieści, potwierdzają, że jest znaczne zapotrzebowanie na opowieści wywiadowcze, o charakterze historycznym. Dlaczego tak jest?
Może dlatego, że w Polsce temat II wojny światowej nadal budzi duże emocje – odzyskaliśmy niepodległość, ale na wiele dekad straciliśmy niezależność. A może dlatego, że historia tej wojny nadal kryje wiele tajemnic, a przynajmniej mało znanych epizodów, działających na wyobraźnię. Jednocześnie mam wrażenie, że sentyment do postaci Hansa Klossa czyli J-23, tworzy dobrą atmosferę dla wojennych powieści szpiegowskich.
Wśród moich książek, to właśnie historyczne powieści szpiegowskie cieszą się największą popularnością. Potwierdzają to opinie Czytelników czy recenzje w serwisach literackich. O zainteresowaniu świadczy również fakt, że „Dolina szpiegów” została thrillerem roku 2024 w plebiscycie serwisu Granice.pl.
Gdyby miał Pan zarekomendować Zdążyć przed wrogiem komuś, kto nie zna Pana twórczości – jak by Pan streścił tę książkę w dwóch, trzech zdaniach?
To wciągająca historia szpiegowska osadzona w realiach II wojny światowej, w której rywalizują ze sobą największe wywiady Europy. Jej dramatyczna fabuła przenosi Czytelnika na polskie ziemie, w końcowym etapie Powstania Warszawskiego, gdy toczy się rywalizacja AK, AL, Gestapo i NKWD o archiwum agentów polskiego wywiadu. Jeśli kochacie powieści szpiegowskie Kenna Folletta, Alistaira MacLeana i z zapałem oglądaliście przygody Hansa Klossa, to książka dla Was.
A czy jest scena, która – Pana zdaniem – najlepiej oddaje istotę i klimat całej powieści? Taka, do której sam wraca Pan myślami?
Z pewnością każdy Czytelnik wybierze sobie sam taki fragment powieści. Ja zwykle na finał opowieści zostawiam to, co najważniejsze i najbardziej emocjonujące. Dlatego wskazałbym tu scenę na pewnym skwerze w Londynie, w końcówce książki. Dla mnie faktycznym odzwierciedleniem istoty tej powieści jest rozmowa o zdradzie i wiązaniu się ze zwycięzcami, pomijając patriotyzm, czy inne kluczowe wartości. W tej scenie pojawiają się stwierdzenia odnoszące się do przyszłych wydarzeń światowych, już po zakończeniu II wojny światowej.
O, do zdrady za chwilę wrócimy, ale najpierw: czy planuje Pan powrót do tej historii w kolejnych książkach? Archiwa AK, Carl von Wedel – to materia, z której można jeszcze wiele opowiedzieć.
To najmilsze dla mnie pytanie, a odpowiedź najłatwiejsza – tak! Choć archiwa AK czy inne wybrane wątki, pojawiające się w „Zdążyć przed wrogiem”, jak chociażby różnorodność oddziałów polskiego ruchu oporu, raczej zakończą się w tej powieści. Będę kontynuował w kolejnych książkach losy Carla von Wedela, Lotte, majora Piotra Mularczyka i jego cichociemnych.
Powiem więcej, kusi mnie napisanie prequela, w którym będę chciał pokazać, jak zaczęła się szpiegowska historia głównego bohatera. Czyli byłby to przełom 1938 i 1939 roku, a wszyscy dobrze wiemy, co się wówczas wydarzyło. Mam również pomysły na inne opowieści z tymi postaciami, na różnych etapach II wojny światowej. Ma Pani rację, o tej materii można jeszcze dużo opowiedzieć.
Zajrzyjmy teraz głębiej – tam, gdzie historia spotyka osobiste doświadczenie. Jako były oficer wywiadu, jak postrzega Pan dziś swoją rolę jako pisarza? Czy pisanie o wojnie, zdradzie i patriotyzmie to dla Pana nowy sposób służby?
W przeszłości byłem często pytany, czy pisanie powieści szpiegowskich nie stanowi dla mnie powrotu do służby, tylko w innej formie. Nie, tak nie jest. Jestem pogodzony z przemijaniem czasu i nie tęsknię za powrotem do Agencji Wywiadu. Cieszę się tym, że jako emeryt znalazłem możliwość realizacji moich marzeń jako pisarz. A ponieważ z powieściami szpiegowskimi wiążą się takie kwestie jak wojna, patriotyzm i zdrada, to muszą znajdować się w fabułach moich książek. Chciałbym pokazać Czytelnikom świat wywiadu, pozwolić pojąć istotę pracy operacyjnej, uchylając trochę kurtynę tajemnicy otaczającej wywiad.
Czy w Zdążyć przed wrogiem zawarł Pan jakieś własne rozliczenie z historią – narodową albo osobistą?
Nie, nie mam takich aspiracji. Wręcz przeciwnie unikam rozliczeń, bo jak powiedział mi kiedyś mój mądry kolega, „w swoich książkach unikaj załatwiania swoich spraw, urazów czy zemsty za coś złego, co cię spotkało”. Mogę przyznać, że pisząc tą powieść przeżyłem wiele zaskakujących sytuacji, kiedy zapoznawałem się z historią polskiego ruchu oporu. Jednak ostatecznie starałem się oddać prawdę historyczną, bez wymierzania kar.
Jakie wartości stara się Pan przekazywać czytelnikom – zwłaszcza młodemu pokoleniu, które nie zna już wojny z autopsji?
Ja również, szczęśliwie, nie znam wojny z autopsji i mam nadzieję, że tak pozostanie. Więc z moimi Czytelnikami jesteśmy w podobnej sytuacji. Chciałbym pokazać pozytywne wzorce, w sytuacji, gdy przestaje się liczyć wyłącznie wygodne własne życie, a pojawia się zagrożenie dla kraju i narodu. Agenci wywiadu w warunkach wojennych, tacy jak mój bohater, to ludzie skłonni do najwyższego poświęcenia, walczący z agresorem, łamiącym demokratyczne wartości, i starającym się nas pokonać. Nie myślę, że jestem w stanie wpłynąć na postawy młodych ludzi, ale przedstawienie patriotycznych wzorów byłoby cenne.
Czy któryś z bohaterów powieści był Panu szczególnie bliski? Może ma coś z Pana – z dawnych lat w służbie?
Nie wiem czy postępuje w sposób podobny do innych pisarzy, ale często w moich książkach główny bohater otrzymuje wybrane moje cechy albo wprowadzam wątek, w którym sam chciałbym działać. Ten wstęp oznacza, że w nowej powieści najbardziej mi bliski jest oczywiście Carl von Wedel. I to zarówno w zakresie jego aktywności operacyjnej, jak i uczucia do Lotte Jung.
Po latach pracy w wywiadzie, jak dziś rozumie Pan słowo „ojczyzna”? Czy pisanie o Polsce i jej historii to inna – ale równie istotna – forma działania „dla sprawy”?
Służba w wywiadzie jest wyłącznie dla osób, chcących poświęcić się dla swojej ojczyzny. Właśnie dla Polski ryzykujemy życiem i zdrowiem, realizując zadania operacyjne. Dla mnie słowo „ojczyzna” oznacza najwyższą wartość, dla obrony której można wszystko poświęcić, także życie.
Nie wiem, czy dzisiaj w naszym społeczeństwie taka postawa może być doceniana. Mam wrażenie, że miłość do ojczyzny, patriotyzm mocno się zdewaluowały. Często służą jako jeden z argumentów w wewnętrznej walce politycznej. Czy młodzi oficerowie wywiadu pracują z oddaniem dla ojczyzny? Mam nadzieję, że tak jest, ale jednocześnie obawiam się, iż dla wielu to taki sam zawód, jak sporo innych.
Mam Pani absolutną rację, że w moim przypadku pisanie o Polsce, zarówno w ujęciu historycznym, ale także współczesnym, ma uprzytamniać Czytelnikom ważność ojczyzny. W wywiadzie nie pracuje się dla pieniędzy, bo wynagrodzenia nie szokują swoją wysokością, ale właśnie dla sprawy. I to chcę pokazać w moich powieściach.
Nie mogłabym jeszcze nie nawiązać do Pana doświadczenia jako oficera wywiadu. W książce wielokrotnie wraca motyw zdrady – zarówno zdrady osobistej, jak i tej systemowej. Czy pisząc Zdążyć przed wrogiem, chciał Pan postawić pytanie, czy istnieje coś takiego jak „zdrada usprawiedliwiona”?
Doskonale Pani odczytała moje intencje. Powieść mogłaby nosić tytuł „Zdrada” lub „Zdrajcy”. Starałem się pokazać zjawisko zdrady jako ludzką postawę w czasie wojny, kiedy dla własnych korzyści czy bezpieczeństwa podejmuje się taką tragiczną decyzję. W książce występuje ona u kilku postaci. I faktycznie są to przykłady zdrad indywidualnych, osobistych, ale również zdrady systemowej, grupowej.
To bardzo ciekawa dysputa o postawach ludzkich. Dałem jej początek w przemyśleniach Carla von Wedela w końcowych fragmentach „Doliny szpiegów”. Tam pojawia się myśl, że nawet jeżeli ktoś podejmuje decyzję o zostaniu agentem strony przeciwnej i ma jak najbardziej pozytywne powody, to jednocześnie zawsze pozostanie zdrajcą – swojego kraju, społeczeństwa czy najbliższych. I w ten sposób chciałbym odpowiedzieć na pytanie o zdradę usprawiedliwioną. Tak, jest takie pojęcie. Tak postępuje mój bohater, niemiecki antyfaszysta. Ale takie postawy znamy również z historii, jak na przykład płk Ryszard Kukliński. Pomijam tu kwestię mojego osądu tego konkretnego działania.
Bohaterowie książki niejednokrotnie działają na granicy etyki – czy ich wybory mają Pana moralną zgodę? Czy jako były oficer wywiadu patrzy Pan na takie sytuacje inaczej niż przeciętny czytelnik?
Dla mnie działalność na granicy etyki, przełamywania zasad moralnych czy łamania prawa (obcego), to podstawy pracy operacyjnej. Działając zgodnie z etyką czy moralnością, nie tylko nic się nie osiągnie, ale szybko okaże się, że wystawiamy się na śmieszność. I oczywiście patrzę na te krańcowe sytuacje zupełnie inaczej niż Czytelnicy. Wywiad musi działać zgodnie z prawem swojego kraju, ale zwracać uwagę na wszystkie inne zasady wyłącznie w aspekcie realizacji zadań.
Czy zdrada dla ojczyzny – np. udając wroga, by służyć własnemu państwu – nie przestaje być zdradą? A może granice lojalności nie da się w warunkach wojny jasno wyznaczyć?
Patrząc obiektywnie na działalność wywiadu, należy uświadomić sobie, że zdrada zawsze będzie zdradą. W końcówce „Doliny szpiegów”, główny bohater analizuje własną sytuację i porównuje ją z oceną negatywnego bohatera „Lothara”, Brytyjczyka pracującego dla wywiadu III Rzeszy. Pada wtedy to zdanie, które przypomniałem wcześniej.
I tak rzeczywiście jest. Werbujemy i cenimy naszych agentów, ale pomagamy im dokonać zdrady ich własnego państwa. Zazwyczaj również stosujemy relatywizm w ocenach. Nasz agent, zdradzający własny kraj, to dobry człowiek działający w słusznym celu. A nasz obywatel, szpiegujący dla wroga, to perfidny zdrajca. Co do czasu wojny, to mam wrażenie, że wówczas nie ma żadnych zasad. Słabszy przegra. Dlatego zasady zasadami, ale cel uświęca środki. I jak powiedział Hitler: zwycięzców nikt sądzić nie będzie.
W historii znamy przypadki, gdy ludzie uznani za bohaterów byli później oskarżani o zdradę – i odwrotnie. Czy to właśnie miał Pan na myśli, pokazując moralne dwuznaczności postaci w powieści?
Zacznijmy od tego, kto ocenia. Jeżeli są to ludzie, którzy zazdroszczą innym sukcesów, to ich oskarżenia będą nieuczciwe. Z tego co czytałem, oficer przedwojennej „dwójki” Jan Żychoń, mający wybitne osiągnięcia operacyjne na kierunku niemieckim, był najmocniej oskarżany przez oficerów wywiadu, działających na kierunku wschodnim, nie mogących pochwalić się podobnymi osiągnięciami.
Bywa, że oskarżenia pochodzą od zakonspirowanych agentów wrogiego wywiadu, a ich celem jest wyeliminowanie ważnych osób. Bohaterowie moich powieści powinni być jak normalni ludzie, czyli mieć pozytywne i negatywne cechy. Tacy o wyłącznie pozytywnych wartościach, szybko znudzą nas swoją doskonałością. Staram się pokazać Czytelnikom różne cechy postaci i ich zachowania w kłopotliwych sytuacjach, aby czytający mógł sam dokonać własnej oceny.
Czy czuł Pan potrzebę, by któregoś z bohaterów „wybronić” – nadać mu wewnętrzne usprawiedliwienie za działania, które obiektywnie mogłyby być uznane za zdradę?
Osąd czyjegoś postępowania w warunkach tak skrajnych jak wojna, jest często czymś bardzo ryzykownym. Siedząc wygodnie w domowym fotelu, z filiżanką kawy, łatwo jest się mądrzyć i oceniać.
W kwestii zdrady często stosujemy relatywizm, który sprowadza się do zbadania czy dana osoba zdradziła swoich dla nas, czy nas dla kogoś obcego. Wtedy ten, który zdradza swoich, a robi to dla nas – jest bohaterem, a nie zdrajcą. Ten kto zdradza nas – to „wredny zdrajca”. Ja staram się pokazywać powody postępowania bohaterów, aby czytelnik mógł sam dokonać oceny. I tylko w ten sposób próbuję „wybronić” tę postać.
Jakie znaczenie miała dla Pana lojalność w czasie służby wywiadowczej – i jak rozumie Pan to pojęcie dziś, jako pisarz i świadek historii?
Lojalność w wywiadzie ma najwyższą wartość. Realizując nasze zadania ryzykujemy życiem, zdrowiem oraz wszelkimi możliwymi negatywnymi konsekwencjami. Często pracujemy w zespole. Jeżeli nie mamy pewności, że współpracownik jest w pełni lojalny i może zawieść w trudnej chwili, to nie pracujemy z taką osobą.
Jako pisarz staram się tę pozytywną cechę pokazywać w zachowaniu moich bohaterów. Natomiast jako świadek historii, mam wiele wątpliwości czy lojalność jest cechą społeczeństwa i czy w chwili próby będzie dominowała w ludzkich zachowaniach.
Czy uważa Pan, że współczesny czytelnik – wychowany w czasach pokoju – potrafi jeszcze zrozumieć, co naprawdę znaczy zdrada w czasie wojny?
Myślę, że zdrada jest pojęciem tak jednoznacznym, że Czytelnik łatwo ją wychwyci i oceni. Chociaż obserwując debatę publiczną w kraju, mam czasami wrażenie, że pewne mocne określenia powoli tracą swoje znaczenie. Do nich należą zarzuty zdrady, którymi czasami obrzucają się politycy, jakby bez świadomości szerszych konsekwencji.
W przypadku zdrady wojennej część osób będzie relatywizować i usprawiedliwiać zachowanie zdrajcy. To zależy, jak dana sytuacja będzie bliska indywidualnym odczuciom czytelnika. Ze swojej strony mogę jedynie starać się szczegółowo pokazać wszystkie okoliczności, które doprowadziły do zdrady. Natomiast jestem pewien, że nasze reakcje, szczególnie w odniesieniu do literatury, mogą być inne niż wcześniejszych pokoleń, mających doświadczenia wojenne.
I na koniec – czy według Pana, każdy, kto działa w cieniu, musi w pewnym momencie pogodzić się z tym, że jego misja zostawi za sobą moralne blizny?
Praca w cieniu, z założenia zakłada posuwanie się do działań niszczących innych. Oczywiście głównie wrogów, ale czasami zdarza się skrzywdzić też przyjaciół. Najważniejsza czynność w wywiadzie, czyli werbunek agenta, to nic innego, jak przekonanie innej osoby, żeby zaryzykowała własnym życiem, często losem swojej rodziny, realizując nasze polecenia.
W tym przykładzie moralne blizny zostaną i u oficera, i u agenta, a może także u innych osób. Można by wymienić szereg innych posunięć ludzi wywiadu, które wiążą się z łamaniem zasad moralnych i mogą pozostawić ślady w życiu swoim i innych. Ta służba nie jest dedykowana osobom mającym wahania, czy mogą dla ojczyzny czy aktualnego zadania zrobić coś niemoralnego lub niezgodnego z prawem (dodam: prawem innego kraju).
Wywiad powstał we współpracy reklamowej z Wydawnictwem Czarna Owca.
