W czasie drugiej wojnie światowej, przy natężeniu walk powietrznych, przypadkowe i celowe ataki taranem można liczyć już w dziesiątkach. I choć palma pierwszeństwa wciąż należała do lotników rosyjskich, na listę „taranów” wpisali się także piloci innych armii.

Zdj. Wikimedia Commons
W niektórych opracowaniach i wspomnieniach autorzy podają nazwisko podpułkownika Leopolda Pamuły jako pierwszego lotnika, który podczas drugiej wojny światowej przeprowadził udany atak taranem i po zniszczeniu niemieckiego bombowca He-111 wyskoczył z uszkodzonego P-11c ze spadochronem. W rzeczywistości zastępca dowódcy Brygady Pościgowej, jak sam napisał w swej relacji, 1 września 1939 roku w rejonie Łomianek koło Warszawy zestrzelił jednego Messerschmitta Bf 109. W tym momencie inny Me-109 trafił maszynę Pamuły w zbiornik z benzyną i doszło do eksplozji. Na szczęście polski pilot zdołał wyskoczyć z płonącej maszyny i wylądować bezpiecznie na ziemi.
Pomimo tego dementi pierwszy powietrzny taran w drugiej wojnie światowej należy jednak do polskiego pilota. Piąty września 1940 roku był dla sierżanta Stanisława Karubina i jego kolegów z Dywizjonu 303 kolejnym dniem walk w obronie brytyjskiego nieba. Oddajmy mu głos: „W radiu usłyszałem: «100 bandit» […]. W tym momencie zauważyłem wyprawę bombową z osłoną Messerschmittów. Wyskoczyłem do przodu, dając znak dowódcy. Związaliśmy się w walkę. Zaatakowałem Me-109 dwoma krótkimi seriami. Paląc się, poszedł w dół. Prysnąłem do góry i zostałem tu zaatakowany przez Me-109, lecz przejechały się po nim Hurricany i kopcąc poszedł w dół. Ja za nim. Zeszliśmy do lotu koszącego […]. Doszedłem go oddając kilka serii. Messerschmitt uciekał nadal. Zdenerwowało mnie to i oddałem serię ostatnich pocisków. Szkop jednak wciąż uciekał. Poniosło mnie przez to bardziej i postanowiłem go wykończyć. […] Doszedłem go bardzo blisko i żyletką przejechałem się po nim […]. W tej chwili rąbnął w ziemię i prysnął dym wraz z grudkami ziemi”. Zwycięski pilot kończy swą relację słowami: „I bez pocisku szwab został wykończony”. Sierżant Karubin wrócił po walce bez problemów na lotnisko w Northolt.
Drugi taran powietrzny w czasie drugiej wojny światowej także miał „polski motyw”. W dniu 2 listopada 1940 roku porucznik Marinos Mitralexis swym „pezetelem” P-24 F, które zostały zakupione latem 1938 roku w Rzeczypospolitej przez Królewskie Helleńskie Siły Powietrzne, staranował śmigłem włoski bombowiec. Był to dzień triumfu greckiego lotnictwa, które zestrzeliło w nim dziesięć włoskich maszyn.
Już w pierwszych dniach operacji „Barbarossa” – niemieckiej agresji na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku – lotnictwo wojskowe tego kraju poniosło ogromne straty. Wiele samolotów nie zdążyło wzbić się nawet w powietrze i zostało zniszczonych na lotniskach polowych. Ci, którzy zdołali stanąć do nierównej walki, znacznie ustępowali nieprzyjacielowi wyszkoleniem i doświadczeniem bojowym. Czystki stalinowskie lat trzydziestych nie ominęły również lotnictwa i rozstrzelanych zostało wielu weteranów z wojny hiszpańskiej oraz walk z Japończykami nad chińską granicą. Nie lepiej było ze sprzętem, popularne „iszaczki”, nazywane przez Niemców „Rata” (szczur) były już przestarzałe, a przezbrajanie eskadr w nowe typy jaków czy migów rozpoczęło się zbyt późno – piloci nierzadko dopiero w ogniu walki poznawali nowe maszyny. W takiej sytuacji ataki taranem zaczęły mnożyć się w niespotykanej wcześniej skali, a przerażone rozmiarami klęski dowództwo sowieckie zaczęło wręcz namawiać do nich swych pilotów i nagłaśniać je propagandowo jako przejawy niezwykłego bohaterstwa „sowieckich ludzi”.
Sowiecka historiografia zanotowała całą listę nazwisk lotników Armii Czerwonej, którzy w obliczu przeważających sił wroga zdecydowali się na brawurowy atak taranem: Charytonow, Butielin, Iwanow, Kokoriew, Moklak, Safonow, Zdorowcew i wielu innych, którzy mieli zniszczyć taranem dziesiątki niemieckich bombowców i myśliwców. Już pierwszego dnia wojny – 22 czerwca – sowieccy lotnicy zameldowali o przeprowadzeniu 16 taranów lotniczych. Niektórym z nich udawało się przeżyć brawurowy atak i na zdezelowanych maszynach powrócić na macierzyste lotnisko. Jednym z nich był lejtnant Dymitr Zajcew z 2. pułku lotnictwa myśliwskiego broniącego przestrzeni powietrznej nad Kijowem. Dwóm kluczom myśliwskim 2. pułku udało się w pierwszym dniu wojny rozproszyć szyki niemieckiej wyprawy bombowej na stolicę Ukrainy. W trakcie walki Zajcew zauważył, że jeden z bombowców wyłamawszy się z rozluźnionego szyku, uparcie leci nad Kijów. Gdy lejtnant wystrzelał całą amunicję w kierunku Junkersa, dogonił go, nieznacznie zmniejszył prędkość i zawisł tarczą śmigła swego „iszaka” tuż nad statecznikiem pionowym z hitlerowskim hakenkreuzem. W tym momencie „gorący strumień powietrza przemieszany ze spalinami wdarł się do kabiny myśliwca wraz z przeraźliwym zgrzytem duralowych blach dartych na strzępy śmigłem «jastrząbka»”. Zajcew, oderwawszy się od nieprzyjaciela, zdążył jeszcze zobaczyć, jak ten wali się w nurty Dniepru. Mimo pogiętych łopat śmigła jego I-16 doleciał szczęśliwie do lotniska w Wasilkowie. Był to jeden z „klasycznych” taranów lotniczych, które – jak wyżej napisano – zdarzały się na froncie wschodnim dość często.