Ucieczka z niewoli po bastonadzie. O strachu, podstępie i odwadze

Ucieczka z niewoli po bastonadzie. O strachu, podstępie i odwadze

W świecie Żelaznego ognia Davida Balla Malta, północnoafrykańskie wybrzeże i śródziemnomorskie szlaki tworzą przestrzeń porwań, niewoli, wojny morskiej i walki o przetrwanie. Fragment pokazuje Nica w chwili, gdy los chłopca zależy od przemocy Jusufa, podstępu Amiry i milczącej pomocy ludzi z domu. Ucieczka z niewoli po bastonadzie nie jest tu efektowną przygodą, lecz desperacką próbą wyrwania się z sytuacji, w której każdy błąd może oznaczać kolejne przesłuchanie i następne cierpienie.

La illaha Ula Allah! Nie ma Boga prócz Allaha! Melodyjny okrzyk niósł się w ciemności przed świtem, gdy muezin wzywał wiernych do modlitwy. Nico zatracił się w jego kojących rytmach. Gdy się z wolna rozbudził, zdał sobie sprawę, czego słucha, i z poczuciem winy rozpoczął własny poranny rytuał.

„Święta Mario, Matko Boża…”.

Poruszył się, poczuł okropny ból między nogami i zdawkowe słowa modlitwy zamarły w jego myślach. Nie był w nastroju do modłów. Musiał się wysikać. Wstał powoli i próbował sobie ulżyć. W penisie czuł jakąś grudkę, jakby utkwiła tam pestka moreli. Przez długą chwilę parł, ale nic się nie działo. Kiedy w końcu się zaczęło, czuł się, jakby sikał strugą ognia. Skowytał z bólu, a ledwie kapało. W moczu była krew. Jęknął; jego udręka zdawała się nie mieć końca.

To przypominało mu o czekającym go porannym okropieństwie. Pamiętał wizytę Ibiego i ciastko od kucharza. Nadeszła pora, by je zjeść. Wrócił do kąta, w którym spał, i rozejrzał się po posadzce. Paczuszki nie było. Zmieszany przeszukał kieszenie. Nic w nich nie znalazł poza monetą Marii. Łaźnia nie była duża. Zbadał wszystkie kąty, myśląc, że się pomylił. Ale nie. Ciastko zniknęło. Czyżby wizyta Ibiego była tylko snem?

A później przypomniał sobie o szczurach. Oczywiście. Musiały wy wlec to jego lekarstwo. Uderzony nagłą myślą, sprawdził, czy go nie po gryzły, ale jedyne rany, jakie odniósł, były zadane przez ludzi. Położył się z powrotem, słuchając stłumionych odgłosów życia domu. Za każdym razem, gdy słyszał kroki, myślał, że idą po niego oprawcy. Ale minęła godzina, potem druga i nikt nie przyszedł. Opóźnienie nie sprawiało mu ani radości, ani ulgi. Czekanie wzmagało jedynie grozę.

Zamknął oczy i ujrzał w myślach tablicę, na której zawieszą go głową w dół, opartego ramionami na ziemi. Ujrzał w wyobraźni pałkę, której użyją, i usłyszał trzask łamanych kości. Pragnął, żeby już przyszli. Pragnął, by się to skończyło. Chciał umrzeć. Rozległy się nowe kroki. Usiadł. Drzwi rozwarły się ze zgrzytem. Serce zabiło mu jak szalone. Wstał. Skrzypnęły zawiasy i wszedł Abbas z pałką w ręku. Nie podszedł do Nica, ale odstąpił w bok. Ku zdumieniu chłopca w drzwiach ukazała się Amira. Poczuł zapach jej perfum, który wypełnił pomieszczenie. Zapragnął podbiec do niej i skryć się w jej ramionach. Lecz zaraz zdał sobie sprawę, że jej obecność może oznaczać tylko jedno. To ona wymierzy mu karę.

– Kazał ci to zrobić, pani? – zapytał. Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Wyjechał wczesnym rankiem. Zabiłby mnie, gdyby wiedział, że tu jestem. Możliwe, że niczego nie pamięta z poprzedniego wieczoru, ale nie mamy pewności. Nie pozwolę, żeby ci zrobili krzywdę. Jusuf odprowadza pana i wróci wieczorem. Kazał Abbasowi, by wymierzył ci rano czterdzieści kijów. Wieczorem chce cię wypytać o sekrety szkutnika, po czym wymierzy resztę kary. Abbas słucha Jusufa jak wszyscy, ale że jest moim… dłużnikiem, zrobi, o co go poproszę. Będzie bił w to.

– Podniosła poduszkę. – Musisz wrzeszczeć, jakby cię szatan opętał, bo oszustwo wyjdzie na jaw. Dziś wieczorem pomyślę, jak otruć Jusufa, zanim wyrządzi ci większą krzywdę.

– Ale co z Mehmetem? On wszystko wygada.

– Ibi przyszedł do mnie wczoraj wieczorem. Powiedział mi, co Mehmet ci zrobił. – Jej oczy zabłysły. – Niestety, Abbas znalazł Mehmeta dziś rano, zanim mogłam go ukarać, na ulicy za murami. Obawiam się, że psy już go napoczęły. Wygląda na to, sądząc po tym, co z niego zostało, że miał poderżnięte gardło.

Nico przełknął ślinę.

– Poderżnięte, pani?

– To oczywiście wielka tragedia. Wszyscy, którzy go znali, szanowali go. Być może upadł na własny nóż. Tak czy owak, jego dzień sądu już nadszedł.

Wrzeszczeć nie było trudno. Abbas machał pałką tak ostro, że Nico czuł ją w kościach nawet przez poduszkę. Kiedy było po wszystkim, Abbas owinął mu stopy i podudzia opatrunkami umazanymi krwią jagnięcia i pozostawił go w pustym pokoju obok kuchni, bez łańcuchów. Ofiarom bastonady nie trzeba było zakładać łańcuchów.

Tekst jest fragmentem książki Żelazny ogień, która czeka na Ciebie tutaj:

Amira przyniosła mu jakiś wywar.

– Czuć prochem – skrzywił się Nico.

– To saletra i siarka – wyjaśniła. – Mikstura według pomysłu kucharza. Przyprawi cię o poty niczym w śmiertelnej gorączce. Gdybyś nie miał gorączki, Jusuf nabrałby podejrzeń.

Nico wypił wszystko. W ciągu paru chwil żołądek zaczął mu się wywracać. Pół godziny później wymiotował. Cera mu poszarzała, jakby padł na niego cień śmierci. Krople potu ściekały po czole. Nie musiał niczego udawać. Stał na samym progu piekła. O zmierzchu wyczuł obecność Jusufa, który trącił go czubkiem buta. Nico jęknął. Jusuf mruknął coś i odszedł, zamierzając powrócić po swoich wieczornych modłach.

Zapadł zmrok i księżyc w pełni oświetlił niebo. Nico zbudził się z głębokiego snu i poczuł się znacznie lepiej. Żołądek się uspokoił. Mógł wstać. Co ważniejsze, czuł się znacznie dzielniejszy. Podczas dnia, w oczekiwaniu na to, co mu przyniesie los, doszedł do ważnego wniosku: „Nie muszę czekać, co mi się zdarzy. Mogę sam tworzyć zdarzenia”.

Gdyby czekał biernie na powrót Jusufa, byłby na łasce tego człowieka, a Jusufowi bez wątpienia nie zbrakłoby pomysłów, jak powiększyć jego cierpienia. Poza tym zaświtała w nim nowa nadzieja. Był dopiero czwartek, on zaś wciąż żył. Leonardus nie odpłynie przed jutrzejszą nocą. Stocznia będzie nieczynna przez cały piątek, dzień święty. Postanowił znaleźć sobie kryjówkę i czekać.

Wracał do kraju.

Wymknął się z pokoju, mijając kuchnię. Kucharz nie podniósł wzroku. Przeszedł cicho i ostrożnie przez cienie ogrodu ku tylnej ścianie. Lędźwie wciąż go bolały, ale obrzmienie ustąpiło, a podniecenie zagłuszało ból. Wspiął się na wierzch muru i zeskoczył na drugą stronę. Omal nie spadł na jakiegoś nędznego psa szukającego odpadków. Obaj wydali skowyt strachu.

Kiedy już oddalił się znacznie od domu, ściągnął opatrunki, którymi Abbas owinął mu stopy. Przy stoczni był jeszcze jeden mur do pokonania. Obszedł go dookoła, szukając sposobu wejścia. Widział strażników skulonych nad ogniskiem. W pobliżu wody znalazł połamany wóz oparty o mur. Po chwili był już w środku, za spróchniałym kadłubem jakiejś łodzi. Przykucnął, nasłuchując. Strażnicy się nie poruszyli. Panowała cisza.

Jusuf dokonał ablucji, ukląkł na jedwabnej macie i odprawił modły. Kucharz przyniósł mu kuskus i owoce. Jusuf nie był głodny i nie tknął półmiska. Zabrał hiszpańskie kleszcze, nóż i poszedł przesłuchiwać Nica. Nie miał wątpliwości, że chłopiec będzie rozmowny. Wolałby torturować samego szkutnika, ale ojciec zawsze twardo odmawiał mu tego, zadowolony z pozostawienia spraw w obecnym stanie, dopóki Leonardus budował mu statki. Ten chłopiec stwarzał niezwykłą sposobność, ale teraz Jusuf wiedział, że namiętności jego ojca mogą zniszczyć zarówno chłopca, jak i tę sposobność. Jakkolwiek jednak Jusuf myślał, uważał, że lepiej być posłusznym.

Wszedł do pokoju przy kuchni i zapalił lampę. Słomiane legowisko było puste. Nica nigdzie nie było. Zły, że go nie powiadomiono o prze niesieniu chłopca, Jusuf wezwał kucharza, który zapewniał, że o niczym nie wie. Zjawił się Abbas z nieprzeniknioną twarzą i beznamiętnym spojrzeniem. Jusuf wypytał niemowę. Abbas potwierdził skinieniem głowy, że był przez cały wieczór na swoim posterunku przy bramie, i pokręcił przecząco głową na znak, że nie widział chłopca.

Obudzono żony i służbę, przeszukano wszystkie pomieszczenia. Nica nie udało się znaleźć. Jusuf wyszedł za bramę i obszedł dom, kierując się do kwatery Nica. Ibi spał, sam, jeśli nie liczyć kurcząt. Przysięgał, że nie widział chłopca. Jusuf wiedział, że ktoś kłamie. Po bastonadzie Nico nie zdołałby uciec przez mur bez pomocy, skoro brama była strzeżona. Chyba że nauczył się fruwać. Innej możliwości nie było. Tęga chłosta nie zmieniła niczego w zeznaniach ogrodnika.


Tekst jest fragmentem książki Żelazny ogień, David Ball, Wydawnictwo Prześwity.

Fot. Matteo Perez d’Aleccio, The Siege of Malta: Arrival of the Turkish Fleet, 20 May 1565, Wikimedia Commons.

Comments are closed.