Zwykła nocna awantura na ulicy Friedrichshain mogła skończyć się grzywną i szybkim zwolnieniem. Dla Bruno Wattermanna, młodego Roma zatrzymanego przez policję, stała się początkiem drogi do obozu koncentracyjnego. Gestapo w Berlinie potraktowało jego pochodzenie, problemy z regularną pracą i wcześniejszy pobyt w Buchenwaldzie jako okoliczności przemawiające przeciwko niemu.
13 czerwca 1942 roku we wczesnych godzinach porannych osoby mieszkające na Kleine Markusstrasse we Friedrichshain zostały zbudzone krzykami dobiegającymi z ulicy. Nie było w tym nic nad zwyczajnego. Friedrichshain była dzielnicą robotniczą, więc ustawicznie panowały tu zgiełk i zamieszanie, które stanowią nieodłączną część życia wielkomiejskiego. W latach trzydziestych przedmieście to było jednym z mateczników „czerwonego Berlina” i stało się świadkiem licznych walk ulicznych między komunistami a „brunatnymi koszula mi”. Narodowi socjaliści postanowili nawet przemianować ten obszar na „Horst-Wessel-Stadt”, upamiętniając w ten sposób swojego najsławniejszego męczennika, zamordowanego tu w 1930 roku.
Owej ciepłej czerwcowej nocy uliczna awantura była jednak tak głośna, że któryś z mieszkańców w końcu wezwał policję. Kiedy funkcjonariusze przybyli na miejsce, szybko przywrócili porządek, a chuligani zostali wepchnięci do policyjnej furgonetki. Większości z nich zostały postawione zarzuty o zakłócanie porządku publicznego lub agresywne zachowanie, z czym wiązała się grzywna zasądzona jeszcze przed wypuszczeniem delikwentów na wolność. Dla jednego z zatrzymanych skutki miały jednak okazać się znacznie poważniejsze.
Wśród aresztowanych nocą znalazł się Rom Bruno Wattermann. Ten nieco wymizerowany dwudziestoparolatek z modnym wówczas wąsikiem przyszedł na świat w Szczecinie (wtedy Stettin) i większość dzieciństwa spędził w drodze – jego domem był cygański wóz. Potem osiedlił się w Berlinie, gdzie jako handlarz końmi klepał biedę.
Już przed nocną awanturą Wattermann bywał na bakier z prawem. W 1938 roku został aresztowany pod niejasnym zarzutem prezentowania „postawy aspołecznej”, gdyż nie miał stałego adresu. Został zesłany do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, w którym spędził czternaście miesięcy, pobyt ten jednak – jak złowrogo stwierdzały jego akta z Gestapo – „niczego go nie nauczył”.
Zatrzymany we Friedrichshain Wattermann podczas przesłuchania opowiedział historię swojego życia. Po opuszczeniu Buchenwaldu wrócił do Berlina i próbując „ułożyć sobie życie”, zaczął pracować w zakładach przemysłowych Blaupunkt w pobliskim Kreuzbergu. Nie potrafił jednak przystosować się do rutyny codziennych zajęć i coraz rzadziej pokazywał się w pracy, mówiąc, że choruje. Gdy go wyrzucono, zaczepił się w fabryce w dzielnicy Neukölln, lecz znów górę wzięły stare nawyki – stanął przed lokalnym sądem za notoryczne absencje i został ukarany grzywną w wysokości 40 reichsmarek. Teraz podczas śledztwa wyszło na jaw, że w poprzednim roku Wattermann opuścił w sumie dwadzieścia tygodni pracy.
Drugą przyczyną kłopotów, obok niezdolności do utrzymania po sady, było pochodzenie rasowe Wattermanna. Narodowosocjalistyczne Niemcy postrzegały około trzydziestotysięczną grupę Romów w społeczeństwie niemieckim mniej więcej tak jak Żydów: jako domieszkę obcej krwi, którą należało usunąć ze zdrowej tkanki społecznej. Nic zatem dziwnego, że rasistowskie ustawy wymierzone w niemieckich Żydów w tej samej mierze dotyczyły też niemieckich Romów: podlegali dodatkowemu opodatkowaniu, zakazano im zawierania małżeństw mieszanych, a nawet współżycia seksualnego z Niemcami. Groziła im po nadto przymusowa sterylizacja bądź pozbawienie wolności.
Kiedy więc Wattermann wpadł w łapy berlińskiego Gestapo, wszystko przemawiało na jego niekorzyść, a szanse na uczciwe prze słuchanie były minimalne. Sytuację pogarszał fakt, że w chwili zatrzymania Bruno znajdował się pod wpływem alkoholu, a przesłuchujący go funkcjonariusze szybko zaczęli podejrzewać, że maczał palce w czarnorynkowym handlu tekstyliami, a nawet diamentami. Zazwyczaj zatrzymanym za drobne wykroczenia wymierzano grzywnę i zwalnia no ich z aresztu po udzieleniu upomnienia. Inaczej to wyglądało w wypadku Wattermanna – wnioski gestapowców były jasne i jednoznaczne.
W raporcie z przesłuchania pisali, że podejrzany nie tylko jest Romem, lecz również „należy do tych elementów aspołecznych, które odmawia ją wykonywania regularnej pracy i uparcie usiłują prowadzić beztroskie życie na koszt narodu niemieckiego”. Ani ostrzeżenia, ani wymierzone kary niczego go nie nauczyły i Wattermann dowiódł, że „nie ma szans na poprawę” oraz stanowi „poważne zagrożenie” dla reszty społeczeństwa. Raport kończył się stwierdzeniem, że pozostawanie tego człowieka „na wolności” jest absolutnie nie do przyjęcia.
Tekst jest fragmentem książki Stolica Hitlera, która czeka na Ciebie tutaj:
Dwa miesiące po aresztowaniu, kiedy lato powoli się kończyło, Wattermann bez żadnego procesu został uznany za „element aspołeczny” i bezterminowo zesłany na ciężkie roboty do obozu koncentracyjnego w podberlińskim Sachsenhausen.
Gestapo, czyli Geheime Staatspolizei (Tajna Policja Państwowa), było jednym z filarów nazistowskiego porządku. Wraz z SS stało się w Trzeciej Rzeszy synonimem terroru, mimo że jego początki wyglądały całkiem niewinnie. Powstało w 1933 roku i wywodziło się ze starej pruskiej policji politycznej, szybko jednak zostało włączone do sieci niemieckich instytucji policyjnych.
Podobnie jak policja kryminalna – Kripo (Kriminalpolizei), która zajmowała się poważnymi sprawami karnymi, Gestapo zostało podporządkowane policyjnym służbom bezpieczeństwa Sipo (Sicherheitspolizei). W tej sytuacji zwykłe pilnowanie porządku przypadło w udziale tak zwanej policji porządkowej – Orpo (Ordnungspolizei). W 1939 roku wszystkie te ogólnokrajowe organi zacje zostały podporządkowane Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy – RSHA (Reichssicherheitshauptamt) – oraz SS, którym do wodził Heinrich Himmler.
Gestapo jednak nie było jeszcze jedną zwykłą policją – miało się zachowywać jak policja polityczna: rozpracowywać i zwalczać wszelkie działania, które uznało za niebezpieczne dla narodowosocjalistycznego państwa lub wrogo do niego nastawione. Praca tych służb nie polegała jednak na masowych prześladowaniach i mordach, jak to było w stali nowskim Związku Radzieckim.
Terror w wydaniu Gestapo nie działał na oślep. Instytucja ta nie mordowała, by wykonać normy ilościowe, ani nie prześladowała przypadkowych osób – niezwykle starannie dobierała cele, aby odsiać przestępców politycznych i skupić się na tych, o których władza zawyrokowała, że stanowią „element niepożądany”. Rzut oka na strukturę Gestapo doskonale odzwierciedla zagrożenia, jakie ono dostrzegało. Poszczególne wydziały miały się zajmować nie tylko oczywistymi podejrzanymi, to znaczy socjalistami, komunista mi, Romami i Żydami, ich celem były również liberalizm, masoneria, „katolicyzm polityczny”, sabotaże i fałszerstwa.
Aby zwalczać te zagrożenia, Gestapo, jeśli było to konieczne, mogło działać poza granicami prawa. Jako policja polityczna w większym stopniu podlegało nazistowskiej władzy aniżeli obowiązującym proce durom prawnym. Skuteczne działanie wymagało pełnej swobody w za kresie zatrzymywania i więzienia podejrzanych bez konieczności uciekania się do norm ustanowionych przez prawodawstwo, które zdawało się pozostawać w tyle, jeśli chodzi o bieżące potrzeby rewolucji narodowosocjalistycznej. Gestapo nie wywodziło się więc z pięknych tradycji jurysdykcyjnych Niemiec ani nawet ze stawiającego mniejsze wymagania formalne administracyjnego aparatu państwowego. Źródłem jego siły był sam Hitler. W ostatecznym rozrachunku gestapowcy nie odpowiadali przed nikim innym, tylko przed Führerem.
Aby pojąć zasady funkcjonowania Gestapo, niezbędne jest zrozumienie nazistowskiej koncepcji sprawiedliwości. W przeciwieństwie do zachodniej, narodowosocjalistyczna sprawiedliwość nie była ślepa. Uprzedzenia i przesądy – w dosłownym znaczeniu tego słowa, czyli „osądy przed” – stanowiły jedną z głównych zasad nowego sposobu myślenia o systemie prawnym.
Kiedy więc Gestapo prowadziło dochodzenie, szczegółowo rozpatrywało nie tylko okoliczności przestępstwa, lecz również rasowe i społeczne pochodzenie podejrzanego. Naziści twierdzili, że gorsze rasowo grupy – Żydzi, Romowie, Słowianie – z natury wykazują skłonności do aktów bezprawia. Aryjskim przestępcom warto było umożliwić odkupienie win, rehabilitację bądź reedukację poprzez grzywny lub czasowe uwięzienie w obozie koncentracyjnym. Niearyjskim podejrzanym nie dawano takiej możliwości. Napiętnowani przez przynależność rasową, za te same przestępstwa mogli się spodziewać surowszych wyroków niż ich aryjscy sąsiedzi.
Wielu podejrzanych nie miało żadnych szans na proces. Choć Gestapo mogło wpływać na postępowania sądowe, z reguły wolało stosować środek doraźny – Schutzhaft, czyli zatrzymanie prewencyjne, co pozwalało na całkowite pominięcie procedur prawno-sądowych.
W ten sposób ludzie, którzy zdaniem Gestapo stanowili zagrożenie dla społeczeństwa lub byli niepożądani z powodu rasy, mogli zostać aresztowani, nawet gdy nie było dowodów winy. Zatrzymanych w ten sposób pozbawiono zarówno możliwości skorzystania z teoretycznie obowiązujących mechanizmów prawnych, jak i z prawa do jakiejkolwiek apelacji. Ktoś mógł być poddawany niekończącym się przesłuchaniom, a na koniec – niezależnie od tego, czy udowodniono mu winę czy nie – zesłany do jednego z niezliczonych obozów koncentracyjnych lub „wychowawczych” na taki czas, jaki decydenci uznawali za właściwy7. Zasady były więc dość proste, a na pewno nadzwyczaj skuteczne.
Gestapo wydawało się wszechmocne i wielu ludzi sądziło, że liczba jego jawnych i tajnych agentów w stolicy Rzeszy szła w tysiące. Źródła socjaldemokratyczne podawały na przykład, że Berlin był bazą kilkutysięcznej „żelaznej rezerwy” oficerów i szeregowych gestapowców, którzy mieszkali w blokach w całym mieście, nie rzucając się w oczy i szpiegując sąsiadów.
Tak zresztą powiedziano amerykańskiemu ko respondentowi Howardowi Smithowi, który jesienią 1941 roku usłyszał „z dobrze poinformowanego niemieckiego źródła”, że 10 000 młodych agentów Gestapo zostało bądź za chwilę zostanie wysłanych do Berlina „prosto z ośrodka szkoleniowego w Bawarii” i że w ten sposób liczba agentów w stolicy się podwoi. Trudno się więc dziwić powszechnemu w Niemczech przekonaniu, że funkcjonariusze lub tajni agenci czają się za każdym rogiem, słyszą każde słowo, a każdy telefon jest na podsłuchu.
Tekst jest fragmentem książki Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie, Roger Moorhouse, tłum. Jan Wąsiński, Wydawnictwo Znak Horyzont.
Fot. Bundesarchiv Bild 183-R97512
