Wiosenne wypady za miasto. Pojedziem na zielone niwy….

Wraz z nastaniem wiosny, mieszkańcy województwa świętokrzyskiego od lat wyjeżdżali za miasto, by podczas lepszego kontaktu z naturą zrelaksować się i odpocząć. Najczęstszym miejscem takowych wypadów były pobliskie Góry Świętokrzyskie, na których niegdyś wielkie połacie rosnącej trawy potrafiły ukoić niejedną osobę.

Czas zaborów

Za czasów zaborów nękających resztę naszej dumy narodowej, wspomniane wypady za miasto miały być swoistego rodzaju zebraniami konspiracyjnymi, na których omawiano kolejne możliwości odzyskania niepodległości. Wśród organizatorów takich wyjazdów była pani aptekarzowa Aniela Gulardowicz, dla której wolność naszego kraju od zawsze była priorytetem.

Czas międzywojnia

W okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to wszyscy uważali, że można będzie długo pooddychać wolną piersią, wyjazdy za miasto, przybrały na znaczeniu. Do najczęstszych środków lokomocji, na których to wyjeżdżano z miasta, należały pojazdy konne i rowery. Z nimi to właśnie związana jest pewna anegdota. Do znamienitych partii ówczesnego czasu, należała panna Jadzia Ćmielakówna, której to ojciec był wiceprezesem spółki wytwarzającej obuwie skórzane. Młodzież ze środowiska panny Jadzi niechętnie z nią utrzymywała jakiekolwiek stosunki, gdyż pyszna prezesówna każdemu potrafiła w iście niewybredny sposób nosa przytrzeć. Gdy koleżanki i koledzy z Gimnazjum, do którego ona uczęszczała, zorganizowali z nadejściem wiosny niedzielny wyjazd za miasto, oczywiście nie uwzględniono na nim zarozumiałej Ćmielakówny. Patrząca na świat z góry panna Jadzia, wpadła na pomysł by i ona była uczestnikiem zabawy na świeżym powietrzu. Podczas gdy młodzież szkolna z jej klasy, tańczyła przy dźwiękach harmonii i gitary, panna Jadzia zaprzęgiem konnym zajechała przed grono swoich kolegów z ogromną ilością słodkich frykasów, ponieważ sądziła ona, że koledzy chcąc się nimi poczęstować zaproszą ją do wspólnej zabawy. Młodzież z jej szkoły, wolała za wszelką cenę potańczyć i porozmawiać ze osobą, tak więc nie zwracali oni uwagi na opychającą się słodkościami prezesównę. Po pewnym czasie, Ćmielkaównie zaszkodziły spożywane w nadmiarze specjały tak, że dostała ona gorączki i bólu brzucha. Koledzy ze szkoły widząc, co się przydarzyło ich koleżance, położyli Jadzię na kocu pod drzewem, by powoli dochodziła ona do siebie, a tymczasem inni chłopcy wyrzucili resztę słodkich rarytasów, by już nikomu one nie zaszkodziły. Gdy tylko koń panny Ćmielakówny zauważył wyrzucone jadło, od razu przystąpił do jego spożywania. Niestety, on też w stosunkowo krótkim czasie, zatruł się wspomnianymi słodkościami. Felek Gonciarz, kolega z ławki panny Jadzi, wnet sprowadził weterynarza, który miał ratować z choroby jęczącego z powodu bólu brzucha konia. Ponieważ weterynarz widział opodal dziewczynę z podobnymi objawami co jęczące zwierzę, zaaplikował on jej podobne medykamenty, co koniowi. Nazajutrz prasa lokalna podała do publicznej wiadomości następującą informację… córka prezesa Ćmielaka, pojechała na święto wiosny wraz ze swoim koniem, i w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, oboje zachorowali na tę samą chorobę. Weterynarz zmuszony był ratować chorą parę, końskimi dawkami medykamentów. Podobno historia ta spowodowała, że państwo Ćmielakowie, musieli opuścić dotychczasowe mieszkanie, aby uniknąć drwin i ostrych anegdot pod swoim adresem.

Wiosna w stolicy

Sekretarką w firmie sprzedającej samochody w Warszawie była niejaka Krysia Młocińska. Była to biedna, ale uczciwa dziewczyna, która raczej stroniła od kawiarnianych murów i wszelkich zabaw na świeżym powietrzu. Ale, podkreślić należy, że rozkochał się w jej skromności pracujący w tej samej firmie, co ona Mietek Walak, który postanowił za wszelką cenę wyciągnąć Krysię w sobotę za miasto. Ponieważ nie posiadał roweru, ani też żadnego innego pojazdu, pożyczył on zatem wspomniany jednoślad od usługującego w pobliskiej kaplicy kościelnego, Józefa Dudka. Ponieważ wspomniany Dudek, był zupełnie pozbawiony zmysłu technicznego, nie kazał on montować w swoim rowerze hamulców. Twierdził on bowiem, że najlepszymi hamulcami są jego buty, zakupione w obuwniczej firmie Bata. Felek nie wiedział o takowej mechanizacji, mającej zastosowanie w rowerze Dudka, zatem nie spodziewając się niczego wsiadł on na tenże wehikuł i podjechał na czekającą na przystanku pannę Jadzię, by zabrać ją po pracy na Bielany. Gdy ujrzał on z daleka wybrankę swego serca, chciał natychmiast wyhamować, ale niestety nie udało mu się to i wjechał on wprost na pannę Krysię, z którą przewrócił się wpadając do kałuży. Oboje nie mogli pozbierać się z takowej opresji, a dla patrzących się na nich gapiów, stwarzali oni nie dwuznaczną sytuację.

A na Nowym Świecie

Pewnego razu w kościele na Nowym Świecie, zatrudniony został nowy organista, Antek. Ponieważ doskonale radził sobie z organową klawiaturą, był pozbawiony kolejnej umiejętności, jaką był czysty śpiew. Do granych przez siebie utworów wykonywał swój wokal początkowo bardzo wysoko, a następnie zniżał głos aż do ochrypłego basu, zatem wprawiał zebranych na mszy parafian w osłupienie, a zarazem i w niezwykłą wręcz zadumę. Aby zatem potrenować swój artyzm wokalny, każdego wieczoru wyjeżdżał za miasto, by tam w spokoju dać upust swoim możliwościom. Pewnego razu, wyjechała również za miasto mieszkająca na Saskiej Kępie starsza, ale bardzo bogata była nauczycielka Warszawskiej Szkoły Zawodowej, Janina Dąbkowa. Smalił cholewki do jej majątku, bo raczej z całą pewnością nie do niej, młody piekarz Alojzy Smakosz. Aby czasem pani Dąbkowa ruszyła obficie swą kiesą w stronę Alojzego, ten począł obcałowywać puszystą, ale jakże naiwną matronę. Gdy wspomniana para, w pewien sposób dała upust swojej namiętności, dał się z oddali słyszeć niebywały wprost wokal Antka. Oddająca się amorom para, zerwała się czym prędzej i salwując się z zaistniałej sytuacji, uciekała w stronę miasta. Zapytani przez swoich znajomych co się stało, jednogłośnie odparli, że słyszeli zawodzenie diabła. Tak więc, niezdający sobie sprawy Antek, zatroszczył się o zawartość portfela i cnotliwy patos pani Dąbkowej.

Teraz z nastaniem wiosny i my powinniśmy korzystać z tego, co ofiarowuje nam natura i nieprzewidziany los.

Ewa Michałowska-Walkiewicz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*