Tomasz Lada, Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000
„Wszystko jak leci” Tomasza Lady to opowieść o polskiej scenie muzycznej, która po zmianie ustroju, dopiero co adaptowała się do nowych, zachodnich standardów jakości, stylu i zarobków. Książka pod wieloma względami kreśli obraz szybkich, nie zawsze dobrych karier polskich muzyków. To również opowieść o tym, jak biznes fonograficzny się kręcił – co nim wstrząsało, jak człowiek człowiekowi wilkiem bywał, i że wszystko można spieniężyć. Ciekawi?
Showbiznes nie zawsze jest taki kolorowy…
Wielu artystów, którzy figurują w publikacji jest mi dobrze znanych. Sam, będąc nastolatkiem nuciłem wiele przebojów – Just 5 (Kolorowe sny), De Mono (Jak statki na niebie), Robert Gawliński i Wilki (Baśka miała fajny biust), Kasia Nosowska i Hey, Edyta Bartosiewicz, Kult, Varius Manx, Kasia Kowalska, Paweł Kukiz i inni. Wszyscy oni, mniej lub bardziej, byli bohaterami świata, który zdawał się mi (może nam?) wielki, kolorowy, czasem wyzywający, ale prawdziwy.
Jednak wraz z upływem lat okazywało się, że te wielkie kariery miały swoją cenę. Spora część zespołów się rozpadała. Inni popadali w uzależnienia (Gabriel Fleszar) albo wpadali w depresję (Kasia Kowalska). Tu plotka, tam skandal – i człowiek zdawał sobie sprawę, że jednak ten „amerykański sen” nie jest tym, w czym chciałoby się brać udział, czy zwyczajnie żyć tą muzyką. Być może dlatego skończyło się – przynajmniej w moim przypadku – na hip hopie (który również nie ustrzegł się podobnych błędów).
Ale wracając do rzeczy, Autor przytacza nam – w formie luźnych wypowiedzi różnych twórców muzycznych, właścicieli firm fonograficznych czy dziennikarzy muzycznych, świat, w którym tkwił polski pop w latach 1990-2000. I wiecie co? Ten świat wcale mi się nie spodobał. Czemu?
Powodów jest kilka, ale chyba ten najważniejszy polegał na agresywnym kapitalizmie. Polska lat 90. chciała w szybkim tempie nadgonić to, co na Zachodzie było już znane, akceptowalne, żeby nie rzec – trendy. Wszyscy kombinowali, jakby tu uszczknąć dla siebie jak najwięcej z tego świetnie zapowiadającego się tortu. Nie liczono się ze środkami i ceną. Miało być kolorowo, na bogato i przede wszystkim przynosić ogromne pieniądze. Każdym kosztem.
Jak to się skończyło, łatwo było przewidzieć. Większość polskich firm muzycznych upadła lub dała się wykupić zachodnim koncernom muzycznym. Sprawa miała się podobnie z wieloma stacjami radiowymi. Wielu artystów porzuciło swój „fach”, albo całkowicie, albo nieco się przebranżowili. Koniec końców – wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż na początku lat 90. mogło się wydawać. Ale wróćmy do samej książki.
Pop lub jak kto woli – świat fantazji i złości
Tomasz Lada prowadzi tok narracji, korzystając z pomocy tych, którzy w omawianym okresie „trzęśli” polską sceną muzyczną. Mamy tutaj więc Andrzeja Puczyńskiego, Mark Kościkiewicza, Piotra Majewskiego, Grzegorza Brzozowicza, Filipa Łobodzińskiego czy Piotra Kabaja. Oczywiście znaleźć tutaj można również inne postaci, mniej znanych, ale tok informacji pozostaje w podobnym tonie.
Choć publikacja opowiada o naprawdę ciekawym okresie, który śmiało opisać można byłoby „Kolorowym snem”, to jednak nie czuję się zadowolony – ani jako historyk, ani jako czytelnik.
Czytając tę pozycję miałem wrażenie, że wszystko to jest chaotyczne, niepoukładane, nieuczesane, jakby mówiący gubili pewne sprawy, jakby wspomnienia ich przerosły. Nie wszyscy rozmówcy mówią całą prawdę, jakby chcieli coś ukryć, nieco wybielić lub zapomnieć. To czuć podskórnie. Ale lepiej przekonajcie się sami.
Wiele wniosków, które snują poszczególni rozmówcy jest niezbyt pochlebna, nie tylko dla samego przemysłu muzycznego, ale i dla samych wykonawców, którzy tutaj ukazani są jako głupcy, awanturnicy, ludzie roszczeniowi lub zwyczajnie, różnej maści oszołomy. Być może było tak w rzeczywistości, niemniej niesmak pozostaje. Może w innej formie można byłoby te informacje jakoś przełknąć, ale tutaj – ma się wrażenie, jakby to była jakaś forma paszkwilu, a na pewno wylewanie własnych żali.
Nie bardzo spodobało mi się ciągłe wtrącanie przez niektórych rozmówców słów z obcych języków. Czyżby język polski był aż tak ubogi, aby się nim sprawnie posługiwać? Nawet jeśli branża muzyczna posługuje się takim „slangiem”, to dla niektórych czytelników wcale nie jest to atrakcyjne. A momentami – zwyczajnie denerwuje. Tak samo jak w książkach naszych klasyków, którzy wrzucali do nich wtręty z języka francuskiego. Stop barokizacji i srokacizny w książkach!
Kolejny zarzut – dlaczego wykonawcy, o których tutaj mowa, nie dostali szansy, aby się wypowiedzieć odnośnie stawianych im zarzutów? Dlaczego nie pokazano, jak oni postrzegali tamte czasy i showbiznes? Czy zastępowanie ich wypowiedzi fragmentami tekstów z „Machiny” czy „Brumu” (tego ostatniego wcześniej nie znałem), ma jakiś głębszy sens? Jeśli tak, to poza wzbogaceniem ślamazarnych opinii, jaki? Przepraszam, ale nie czuję się w żadnym stopniu przekonany.
I jeszcze jeden wniosek – czytając tę książkę odniosłem wrażenie, że pisana jest ona pod schemat tego samego, co zarzuca się polskiej muzyce lat 90. Czyli – jaskrawość, prostota nie zawsze sensowna, robienie czegoś na siłę, pod publikę. Książka ewidentnie skandalizuje, ale w moim odczuciu nie wnosi zbyt wiele do tego, co wiemy sami z gazet, czy „Pudelka”. Mamy ogromny chaos, ciągłe powielanie tych samych wątków na kolejnych stronach. I to w taki sposób, że nie zawsze wypowiedzi łączą się w jeden konkretny wątek.
Książka porusza naprawdę ciekawy temat, ale w tej formie, w jakiej się znajduje, nie da się jej obronić. Jako czytelnik mam poczucie straconego czasu, bo opisano tu „wszystko jak leci”, bez jakiegoś schematu (poza konsekwentną linią czasową). Informacji jest naprawdę sporo, i gdyby tylko ktoś je uszeregował, inaczej poustawiał, książka miałaby szansę być czymś wyjątkowym. A tak – zmarnowano jej potencjał. Oczywiście to moja ocena subiektywna. Musicie sprawdzić sami.
Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000 – podsumowanie
Publikacja zawiera się na 472 stronach tekstu. Wszystko podzielono na trzynaście rozdziałów, odpowiadających poszczególnym latom, poza ostatnim, który kreśli nam dzieje polskiej muzyki od 2000 roku po czasy nam współczesne. Książka jest gdzieniegdzie, ubogo udokumentowana różnej jakości fotografiami.
Choć to pozycja dla miłośników polskiej muzyki i polskiej historii, to jednak nie będziecie do końca usatysfakcjonowani. Niemniej warto się wysilić i poczytać, jak „Kroplą deszczu” niszczono polski przemysł rozrywkowy.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 3/6
Ryszard Hałas