Zbawienie na Sand Mountain : nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach | Recenzja

Dennis Covington, Zbawienie na Sand Mountain : nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

W okolicy Drogi Stanowej 72, u podnóża Appalachów, gdzieś na przecięciu Alabamy, Tennessee i Georgii, żyją od ponad stu lat „wężownicy”. Piją z wielkich dzbanów napitki ze strychniną, podgrzewają się palnikami, ale przede wszystkim tańczą z kobrami i grzechotnikami…

Historia protestanckich ruchów uświęceniowych rozpoczyna się wraz z pierwszymi kolonizatorami Ameryki Północnej. Żeby zatem zrozumieć tę radykalną potrzebę transcendencji w życiu duchowym w Stanach, trzeba prześledzić szlaki pionierów, uciekinierów z Europy (Holandii, Niemiec, Europy południowej i wschodniej, Hiszpanii czy Wysp Brytyjskich…). Dzisiejsi derwisze – „wężownicy” wywodzą się genealogicznie od dzikich ludów Szkocji i Północnych rejonów Irlandii. Owi Irlando-Szkoci, tak różni od anglosaskich kwakrów, purytan, statecznych anglikanów…, ludzie o wolnych, niczym nie ujarzmionych sercach, kochający szerokie wysoczyzny Szkocji, osiedlili się na początku XIX wieku w okolicach Sand Mountain. Tam właśnie, na wyżynach otaczających Scottsboro, w osadach odciętych od cywilizacji, w zapadłych dziurach znad South Sautry Creek prowadzili swoje surowe, południowe życie. Tak hartowały się ich serca i ciała.

Dennis Covington, dziennikarz i pisarz pochodzący również z Południa Stanów, napisał swoistą księgę drogi. Zrazu miała to być podróż kryminalna – tropem historii niejakiego pastora Glenna Summerforda, który został na początku lat dziewięćdziesiątych skazany na dziewięćdziesiąt dziewięć lat za próbę zamordowania swojej żony, którą… wystawił na ukąszenia wyjątkowo jadowitych grzechotników. Zafascynowany tą historią, Covington wkracza w życie członków tajemniczych, południowych wspólnot pentekostalnych. Wchodzi w ten świat fanatycznego mistycyzmu tak głęboko, że nie udaje mu się zachować koniecznego dystansu. Jest świadkiem dziwnego działania „Ducha Świętego”. Na uboczu osad, w starych szopach czy zdezelowanych hangarach odprawiane są magiczne rytuały. W rytmie szalonego acid rocka „wężownicy” tańczą, płaczą, krzyczą w obcych dialektach i językach… Covington opisuje jak ze sceptyka i reportera stał się ogarnięty mocą Ducha Świętego – „bratem Dennisem”. Sięga też do historii własnej rodziny, związanej również z pierwszymi – najpierw metodystycznymi (a z biegiem lat coraz bardziej fundamentalistycznymi) osadnikami Appalachów.

Zbawienie na Sand Mountain” to książka poruszająca swoja szczerością, głębią duchowych przeżyć. To także próba napisania jednej z pierwszych historii ruchów religijnych amerykańskiego Południa. Musimy zdawać sobie bowiem sprawę z tego, że nie jest to margines amerykańskiej duchowości. Kościoły Jezusa Pana i Kościoły Uświęceniowe (w licznych swoich odmianach) nie są także tylko bardziej radykalnymi i egzotycznymi odmianami Zielonoświątkowców czy wiernych spod znaku „świętego śmiechu” (z odmiany Toronto Blessing).

Ameryką co rusz wstrząsają kolejne fale wielkich przebudzeń duchowych. „Wężownicy” jednak to ludzie, których wiara wyrosła z buntu, ze staro celtyckiej pogardy dla śmierci. To ludzie, którzy z mocą Jezusa Chrystusa co dzień wystawiają swoje zdrowie (i życie) na próbę. A często owe próby wiary okazują się dla nich śmiertelne.

Wydawnictwo Czarne

Ocena recenzenta: 5/6

Maciej Dęboróg-Bylczyński

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*