Dawid Kujawa, W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową
Dawid Kujawa w swym zbiorze esejów porusza kwestie tego, dlaczego współczesna lewica straciła na skuteczności. Dlaczego stała się lewicą tylko z nazwy, akceptując beztrosko wszystko to, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwalczała. W prosty, ale dobitny sposób ukazuje hipokryzję filozofów, ideologów i polityków ruchów lewicowych, którzy zamiast „naprawiać świat” wolą liczyć dolary, które mogą wyrwać z nieustannego boju o władzę, wpływy i zasoby.
Matematyka królową życia
„Fizyka Newtonowska nauczyła nas traktować świat jak wielki mechanizm, który można rozłożyć na części, zmierzyć i poddać kontroli. Ten paradygmat naukowy stanął u podstaw gospodarki kapitalistycznej: ‘Wahadło zegarowe stało się ścisłym miernikiem względnej wydajności pracy dwóch robotników, jak jest nim dla prędkości dwóch lokomotyw”. Racjonalizm rozparcelowuje rzeczywistość na mniejsze elementy, a następnie włącza je w kalkulację. (s. 17)
Bardzo bym chciał polemizować, a nawet pokłócić się z Autorem. Ale nie mogę – bo w tej niezwykle krótkiej, ale rzeczowej formie, zawarł kwintesencję stawianego problemu. Co gorsza, uwypuklił wszystkie te wady, o których, choć trochę w tym siedzę, nawet nie miałem pojęcia. Im bardziej podążałem szlakiem wypowiedzi, pytań i wniosków Autora, tym bardziej rzedła mi mina; tym bardziej czułem, że ma rację. I nie znalazłem ani jednego argumentu, którym mógłbym podważyć snute przez niego opinie. Chyba pierwszy raz w moim życiu, nie wiem jak odbić piłeczkę.
Ale co jest w środku? No cóż kolejne dowody na to, że współczesny człowiek skapitalizował już chyba wszystko. Miłość, duchowość, emocjonalność, troskę, rozrodczość i wszystko to, co kiedyś wydawało się być sensem naszej bytności na tym świecie. Jakość została zastąpiona ilością. Ilość ceną promocji. Duchowość psychologią, miłość kontraktem, myślenie wydajnością, a samo życie stało się trybem w machinie napędzającej postęp ekonomiczny świata. A lewica, zamiast z tym walczyć, zamiast zaproponować coś innego, podążyła za osobistym zyskiem. Choć ta strona sceny politycznej jest głównym tematem, to mnie bardziej zainteresował problem jakości życia człowieka, który jest kompatybilny z tym, czego lewica nie robi.
„Czy rzeczywiście da się zalgorytmizować miłość, sprowadzając ją do usług seksualnych? Czy „sieć kontaktów” naprawdę stanowi wierny odpowiednik przyjaźni? Czy sesja terapeutyczna odbywająca się w ramach kontraktu rynkowego może zastąpić szczerą rozmowę z duchowym przewodnikiem? Gdy poddajemy krytyce reżim miar, nieobliczalność okazuje się naszym wielkim sojusznikiem” (s. 23)
Bo ten szeroko pojęty wyzysk stał się moralnym mechanizmem kolonizacji tych, którzy żyją w gorszych warunkach. Ekonomia zastąpiła ekologię, a ekologia stała się dochodową gałęzią szybko rozwijających się biznesów. Człowiek zyskał tylko taką wartość, jaką jest w stanie wyprodukować dla pracodawcy czy państwa. Niby mamy tyle praw, tyle życiowych udogodnień, ale czujemy, że to nie to, że coś tu nie gra… Że przecież tego wszystkiego jest tak jakby mniej.
Państwo pobiera nam składki na opiekę zdrowotną, ale przecież i tak trzeba korzystać z płatnych konsultacji, zabiegów, aby uzyskać pomoc. Niby mamy kadrę różnej maści psychologów, ale problemów emocjonalnych przybywa. Niby mamy bogactwo, ale coraz więcej ludzi nie ma dostępu do wody, jedzenia, opieki medycznej, czy choćby kontaktu z innymi ludźmi. W naszym nowoczesnym świecie jesteśmy coraz bardziej samotni, coraz bardziej schorowani, coraz bardziej nerwowi, upodleni, bezwartościowi… Wmawia się nam kolejne cud diety, wspaniałe terapie czy różne dobra, ale poza rosnącymi wydatkami, nic nam nie przybywa…
„Samoakceptacja bez wątpienia jest istotnym elementem emocjonalnej stabilizacji, problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy urasta ona do monstrualnych rozmiarów, nie pozostawiając miejsca na świadomość odpowiedzialności za własne decyzje i ich konsekwencje – na to, co jeszcze kilka dekad wstecz charakteryzowało ludzi dojrzałych” (s. 35)
Konsumpcja człowieka, któremu wszystko się należy
Książka Dawida Kujawy to taki ekshibicjonizm naszych wartości, które – mniej lub bardziej – sprowadzają się do cyferek na czyimś koncie. Naszym życiem, zamiast naszej wolnej woli, ewentualnie umowy społecznej, kierują systemy kalkulacji, która coraz bardziej wprzęga nas w tryby ciągłej eksploatacji – zasobów własnych, ludzkości jako całości, czy planety.
Autor pokazuje nam na przykład, jak łatwo jest sprzedawać idee, jakiekolwiek, choćby najbardziej absurdalne. Przykład – Elon Musk sprzedający miejsca do osiedlenia się na Marsie. Jeszcze żaden człowiek nie stanął na Czerwonym Globie, a już się go eksploatuje – choćby tylko w marzeniach. A takich błazenad jest przecież znacznie więcej. Przy czym jest to biznes tylko dla tych, których stać. Bo nawet jeśli to szaleństwo ziści się, nowy świat będzie tylko dla wybrańców – kolejnych Krezusów, Midasów, Rockefellerów…
W tym wszystkim coraz bardziej znika miejsce nie tylko dla samego człowieka, ale i lewicowych wartości. Ci, którzy jeszcze nie tak dawno rzucali się w wir walki o poprawę świata, dziś sami stali się biznesmenami, czerpiącymi korzyści z systemu, który krytykowali. Ci, którzy rzucali na sztandary hasła emancypacji, równości, wolności czy braterstwa, dziś negują te wartości, bo nie są one nośne w świecie, gdzie przeciętny Kowalski zajęty jest walką o byt.
A walka ta staje się coraz bardziej bezpardonowa – tyle nowości technologicznych trzeba posiadać. Tyle miejsc trzeba koniecznie zwiedzić. Tyle zabiegów trzeba przejść, by wyglądać jak heros czy bogini. Jednak w tym wszystkim brak miejsca na refleksję, na autonomiczne przeżycia i radość z prostych rzeczy – z rodziny, z wolnego czasu, z tego, co się już posiada. Zamiast wartości religijnych stworzono nam miks różnych wierzeń czy praktyk, która dyktuje nam jedną receptę – narcyzm mi się należy. On mnie określa. Dla mnie jest świat, choćby miał spłonąć! Jestem centrum Wszechświata – ja pan, dający się szarpać jak marionetka kolejnym potrzebom, wyszukanym reklamom, podnietom…
„Jeszcze nigdy dotąd nie konstruowaliśmy wzorcowych typów osobowych, które przypominałyby te dzisiejsze. Opierają się one na socjopatycznej odrębności osobistej, na wymuszonym przez warunki pracy nomadyzmie, na koncepcjach self-made mana, samotnika odpowiedzialnego wyłącznie za własny los, który zrywa relacje z rodziną i instytucjami życia społecznego. Jednocześnie jednak potrzeba akceptacji i uznania nie znika – nie może przecież nagle rozpłynąć się w powietrzu. Dlatego głębokie więzi zastępuje patologiczna potrzeba bycia podziwianym i adorowanym przez tych, z którymi łączą nas płytkie znajomości, trzy polubienia postów i dwie wiadomości prywatne. Zamiast rzeczywistej sieci wsparcia, która przez lata odpowiadała za stabilność emocjonalną, chcemy mieć złożone z ludzkich awatarów lustra, w których podziwiamy własną urodę, inteligencję, błyskotliwość i atrakcyjność seksualną. (s. 32-33).
Autor w swej pracy porusza wiele innych ciekawych tematów. Wszystko to okrasza fragmentami poezji, prac filozoficznych, socjologicznych i zwyczajnego, chłopskiego krytycyzmu. Nie ma co owijać w bawełnę – ta pozycja pali mosty. Od czytelnika wymaga skupienia i uwagi. Kilka razy się gubiłem i musiałem czytać od nowa pewne fragmenty, żeby zrozumieć o co chodzi. Co chwilę musiałem też odkładać lekturę, by przegryźć to, co w niej odkryłem. I od kilku dni męczę się, bo nie wiem co zrobić.
Tematów, które tutaj mógłbym poruszyć, jest znacznie więcej i mogłyby się skończyć na tym, żeby powstała druga książka. Jednak nie w tym rzecz. Dlatego zachęcam was do sięgnięcia po tę pozycję, bo porusza ona nie tylko kwestie istnienia ruchu lewicowego, ale i sensu naszej egzystencji w świecie narzuconych preferencji, ustawień i kalkulacji. Mocna, poruszająca aż do głębi trzewi. Oczywiście, o ile nie daliście się już wyprać z samokrytycyzmu, wątpliwości i rzeczowego myślenia.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 167 stronach tekstu, a całość podzielona jest na trzy większe części. Publikacja jest mocna i daje sporo do myślenia, zwłaszcza tym, którzy jak ja, maja poglądy lewicowe. To historia o tym, jak świat „sprywatyzował” niemalże wszystkie wartości – od człowieka, przez jego myśli, doznania po emocje. Przyznam, że czuję się źle z tym, co tam przeczytałem. Czemu – bo prawda w oczy kole i rani resztki mej wyuczonej nieświadomości. Nie wiem, czy będę patrzył na świat tak jak wcześniej. Póki co – miotam się i nie bardzo wiem, co teraz począć. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Filtry
Ryszard Hałas