Jest najcenniejszym dziełem z naszych muzeów, które zaginęło w czasie II wojny światowej. Do dziś nie udało się go odnaleźć ani też ustalić jego losów po 1945 roku. Krzysztof Czyżewski w swojej brawurowej powieści postanowił przypomnieć nam jego niewyjaśnioną do dziś zagadkę…
Krzysztof P. Czyżewski jest autorem powieści sensacyjno-historycznych „Izabela. Świat w płomieniach” i „Izabela i sześć zaginionych koron”. Z zawodu adwokat, zajmujący się od lat prawem własności intelektualnej i prawem filmowym. Pomagał prawnie przy produkcji m.in. takich dzieł jak: 1670, Wielka Woda, Chyłka, Zatoka Szpiegów, Broad Peak, Jestem Mordercą, Filip, Obywatel Jones, Furioza, Ranczo, Volta. Miłośnik historii i przedmiotów z duszą. Chętnie tropi tajemnice i zagadki przeszłości. Wielbiciel czarnej herbaty.
Konrad Ruzik: Skąd zainteresowanie tematem obrazu Rafaela Santi „Portret młodzieńca” i w ogóle rabunkiem przez Niemców dzieł polskiej kultury narodowej w czasie II wojny światowej?
Krzysztof Czyżewski: Ten temat fascynuje, albo może nawet lepiej powiedzieć gryzie mnie od dawna. Z jednej strony mam sentyment do przedmiotów z historią i duszą, do tych nie wytwarzanych masowo, najczęściej obecnie w Chinach, ale do tych wykonywanych z mozołem i pasją ręcznie.
Polska, w swojej długiej historii, szczególnie w okresach potęgi, posiadała wiele tego rodzaju przedmiotów, artefaktów, dzieł sztuki. Proszę sobie wyobrazić, że w skarbcu na Wawelu było aż sześć koron królewskich, berła, jabłka, kiedyś były tam pełne kufry szlachetnych kamieni. Zachował się nawet list legata papieskiego, w którym ten po odwiedzinach na króla Zygmunta Augusta pisał do Rzymu, że takich kosztowności nigdy dotąd nie widział.
A potem wszystko zginęło. Rozgrabili kolejni najeźdźcy, głównie Szwedzi, Prusacy, Niemcy i Sowieci. Ale jak to mawiają w przyrodzie nic nie ginie. Zakładam, że cześć tych cennych eksponatów gdzieś nadal jest, cieszy czyjeś oko. Ciekawi mnie, gdzie.
Co do samego Portretu Młodzieńca, to interesuje mnie przede wszystkim to dlaczego akurat ten obraz wzbudzał i nadal wzbudza takie emocje, dlaczego w pewnym momencie, na początku II wojny światowej, zapragnęła go cała wierchuszka III Rzeszy. Do swojej kolekcji w tworzonym – w zamyśle największym na świecie muzeum w Linzu – chciał go Hitler, chciał go Göring, Himmler, Goebbels i Generalny Gubernator, Hans Frank. Dlaczego akurat ten obraz?
Przecież nawet nie wiemy kto jest na tym obrazie przedstawiony. Czy to sam Rafael? Młody szlachcic? Kochanka papieża? Czy jakaś tajemnicza kobieta przebrana za mężczyznę? Niektórzy sugerują, że chodziło tu o to, że obraz ten nie przedstawia nikogo konkretnego a ideał męskiego piękna, nawiązuje w ten sposób do renesansowej idei uomo ideale. To tam narodziła się obsesja na punkcie proporcji. Grecki rzeźbiarz Poliklet stworzył „Kanon”, traktat, w którym wyliczył idealne proporcje ludzkiego ciała. Później Leonardo da Vinci narysował słynnego „Człowieka witruwiańskiego”. Czy Rafael stworzył w Portrecie kolejną wersję tego idealnego piękna?
Czy opowiedziana w niej historia jest całkowicie fikcyjna, czy też postacie w niej przedstawione mają jakieś pierwowzory?
Nie, ta historia nie jest ani całkowicie fikcyjna, ani w pełni oparta na faktach. We wszystkich moich dotychczasowych książkach staram się łączyć rzeczywistość z fikcją. Fascynują mnie zwłaszcza te miejsca w historii, w których pozostają białe plamy, niedokończone wątki, poszlaki, pytania bez jednoznacznych odpowiedzi. Historycy słusznie czekają na komplet dowodów i tam, gdzie ich opowieść musi się zatrzymać, ja chcę postawić przecinek i rozpocząć własną historię. To właśnie wypełnianie tych białych plam jest dla mnie najbardziej twórczym i ekscytującym elementem pisania.
Podobnie jest z bohaterami. Staram się splatać postacie fikcyjne z autentycznymi, tworząc z nich jedną, wiarygodną opowieść. Zależy mi jednak, aby postacie historyczne nie były wyłącznie pomnikami czy legendami. Chcę pokazać je jako ludzi z krwi i kości, z ich emocjami, słabościami, przyzwyczajeniami i codziennością. Nawet największych bohaterów staram się „odbrązowić”, bo dopiero wtedy historia staje się naprawdę bliska czytelnikowi.
Lubię też bawić się granicą między faktem a fikcją. Chciałbym, żeby podczas lektury czytelnik nie zawsze od razu wiedział, gdzie kończy się historia udokumentowana, a gdzie zaczyna literacka wyobraźnia. Oczywiście w posłowiu wyjaśniam, które elementy mają oparcie w źródłach, ale wcześniej zachęcam do własnych poszukiwań. Sam czytam w ten sposób, sięgam do źródeł, artykułów, encyklopedii czy Wikipedii i często daję się wprowadzić z ten labirynt pobocznych wątków, aż trudno potem wrócić do właściwej lektury.
Najważniejsza pozostaje jednak dobra opowieść. Fabuła i bohaterowie zawsze są na pierwszym miejscu, ale jednocześnie bardzo dbam o wiarygodność świata przedstawionego. Dlatego ogromną wagę przykładam do researchu, do realiów epoki, architektury, mody, potraw, języka, obyczajów czy środków transportu. To wymaga dyscypliny, bo nawet moda zmienia się co kilka lat, a jednostki miary, przedmioty codziennego użytku czy społeczne konwenanse wyglądały zupełnie inaczej kiedyś niż dziś. Wierzę jednak, że właśnie ta dbałość o szczegóły pozwala czytelnikowi zanurzyć się w tamtym świecie i poczuć się jak detektyw, który sam odkrywa tajemnice przeszłości.
Jaki cel miało wprowadzenie do pańskiej książki wątku Alberta Goringa, brata zbrodniczego Hermanna, który przez długi czas był w III Rzeszy „człowiekiem nr 2” po Hitlerze?
Albert Göring pojawił się w mojej książce przede wszystkim dlatego, że sam byłem zafascynowany jego historią. Trudno było mi uwierzyć, że u boku Hermanna Göringa – marszałka Rzeszy, szefa Luftwaffe, jednego z głównych architektów nazistowskiego terroru, człowieka odpowiedzialnego za prześladowania Żydów i masowe grabieże dzieł sztuki, mógł istnieć brat będący jego całkowitym przeciwieństwem.
Albert różnił się od Hermanna niemal pod każdym względem, od wyglądu, przez charakter, aż po wybory, których dokonywał. Co ciekawe, istnieje hipoteza, że mógł być owocem romansu matki braci z zaprzyjaźnionym opiekunem rodziny. Niezależnie od tego, czy jest to prawda, od najmłodszych lat obaj byli zupełnie inni. Hermann był ambitny, rywalizował o wszystko i bardzo wcześnie związał się z wojskiem. Albert natomiast stronił od rozgłosu, był spokojniejszy i bardziej skupiony na nauce.
Podczas wojny ich drogi rozeszły się całkowicie. Albert jawnie sprzeciwiał się nazizmowi i wykorzystując swoje nazwisko, pomagał Żydom oraz innym prześladowanym. Organizował fałszywe dokumenty, pomagał w ucieczkach za granicę, zdobywał pracę i ratował zarówno znane postacie, lekarzy, intelektualistów czy nawet członków arystokracji, jak i zupełnie zwykłych ludzi. Kiedy był świadkiem przemocy wobec cywilów, reagował natychmiast, często narażając własne życie.
W książce przywołuję również scenę opartą na źródłach, w której Albert otwarcie okazuje pogardę wobec Hitlera. Wiadomo, że demonstracyjnie odmawiał wieszania jego portretu w swoim gabinecie i wielokrotnie dawał wyraz swojej niechęci wobec reżimu. Za swoją działalność był trzykrotnie zagrożony karą śmierci, jednak za każdym razem chroniła go pozycja starszego brata. To paradoks tej historii, Hermann Göring, jeden z najpotężniejszych ludzi III Rzeszy, jednocześnie osłaniał człowieka, który robił wszystko, by ratować ofiary nazizmu.
Albert wykorzystywał cały swoje nazwisko, majątek i wpływy, by pomagać innym. Nawet handel dziełami sztuki traktował jako sposób na zdobycie środków, które później przeznaczał na ratowanie prześladowanych.
W mojej książce bracia spotykają się dwukrotnie. Nie zdradzę, gdzie ani o czym rozmawiają, ale mam nadzieję, że te sceny skłonią czytelników do refleksji nad tym, jak mogą wyglądać więzi rodzinne w czasach, gdy historia stawia ludzi po dwóch stronach moralnej przepaści.
Jakie jest główne przesłanie Pańskiej książki?
Nie stawiam przed moimi książkami wielkich celów intelektualnych. Przede wszystkim chciałbym, żeby dawały czytelnikom przyjemność z lektury, pozwalały na chwilę oderwać się od codzienności i przenieść do innego świata. Mam nadzieję, że ta powieść będzie doskonałą towarzyszką letniego popołudnia, odpoczynku na leżaku czy wieczoru po ciężkim dniu.
To przede wszystkim opowieść przygodowa. Motyw poszukiwania skarbu sprawia, że wielu czytelników porównuje ją do powieści Dana Browna czy książek o Panu Samochodziku. Bardzo mnie to cieszy, bo sam lubię historie, które angażują i pozwalają poczuć się jak detektyw. Tutaj wspólnie z bohaterami szukamy skarbu, którego od blisko osiemdziesięciu lat nikt nie odnalazł, rozwiązujemy zagadki i próbujemy połączyć ze sobą kolejne elementy układanki.
Jednocześnie nie byłbym sobą, gdybym przy okazji tej przygody nie przemycił czegoś więcej. Lubię opowiadać o ludziach i wydarzeniach, których zazwyczaj nie poznajemy na lekcjach historii, a które potrafią być równie fascynujące jak sama fabuła.
Jedną z takich postaci jest Lotte Jacobi. Urodziła się w Toruniu i już jako dwunastoletnia dziewczynka uczyła się fotografii w zakładzie swojego ojca. Później, uciekając przed narastającym antysemityzmem, przeszła długą drogę, przez Poznań, Berlin i Monachium aż do USA. W Nowym Jorku stworzyła jedno z najbardziej renomowanych studiów fotograficznych przy Rockefeller Center. Fotografowała Alberta Einsteina, Marca Chagalla, J.D. Salingera, Eleanor Roosevelt czy Billie Holiday. To niezwykła historia dziewczynki z Torunia, która dzięki talentowi, odwadze i determinacji trafiła do samego centrum nowojorskiego świata kultury.
Takie biografie pokazują, że nawet w najtrudniejszych czasach można zachować przyzwoitość, rozwijać swój talent i osiągnąć rzeczy, które wydają się niemożliwe. Bardzo lubię odkrywać takie postacie i przedstawiać je czytelnikom.
W książce pojawia się także świat sztuki i rynku dzieł sztuki. Fascynuje mnie pytanie, dlaczego przypisujemy obrazom tak wielką wartość, co sprawia, że pragniemy je posiadać i jak wiele ludzie są gotowi poświęcić, by zdobyć jedno konkretne dzieło. To kolejny temat, który przewija się przez tę opowieść.
Jeśli więc ta książka ma jakieś przesłanie, to jest ono bardzo proste: historia potrafi być fascynującą przygodą. Wystarczy spojrzeć na nią nie jak na zbiór dat, ale jak na opowieść o ludziach, ich wyborach, marzeniach i tajemnicach. Jeśli po przeczytaniu mojej powieści ktoś będzie chciał sam sięgnąć do źródeł, poczytać więcej o bohaterach czy wydarzeniach, które opisuję, uznam, że osiągnąłem swój cel.
Czy planuje Pan wydać kolejne książki o tematyce historycznej?
Mam taką nadzieję, choć to w dużej mierze zależy od zainteresowania czytelników i tego czy im takie historie i opowieści przypadną do gustu.
Właściwie już pracuję nad kolejną powieścią i wszystko wskazuje na to, że jeszcze przez jakiś czas pozostanę przy połączeniu historii z fikcją literacką. To formuła, która daje mi ogromną swobodę, a jednocześnie pozwala opowiadać o wydarzeniach i postaciach, które naprawdę istniały. Historia jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. Jest w niej mnóstwo tajemnic, intryg, niewyjaśnionych zagadek i zaginionych skarbów, które tylko czekają, by stać się początkiem dobrej opowieści.
Już przy “Ostrakonie”, poprzedniej mojej powieści, wpadłem na pomysł stworzenia miejsca, które będzie łączyło wszystkie moje historie. Tym miejscem jest antykwariat przy ulicy Łaziennej w Toruniu, gdzie pracuje główna bohaterka, Łucja. To właśnie do tego antykwariatu mogą trafiać niezwykłe przedmioty, stare dokumenty, dzieła sztuki, pamiątki czy pozornie zwyczajne artefakty, z których każdy skrywa własną historię.
To bardzo wygodny, ale i fascynujący punkt wyjścia do kolejnych powieści. Wystarczy jeden przedmiot, by, niczym po nitce do kłębka, poprowadzić bohaterów w dowolne miejsce i dowolny moment historii. Mogą trafić do średniowiecznego zamku, królewskiego dworu, portowej tawerny, na pokład okrętu, na front wojenny czy w sam środek wielkich wydarzeń, które zmieniały losy świata.
Lubię myśleć o przedmiotach jak o niemych świadkach historii. Każdy z nich ma własną przeszłość i własne tajemnice. Wystarczy zacząć je odkrywać, by rozpoczęła się przygoda.
Mam nadzieję, że właśnie taki będzie również kierunek moich kolejnych książek, detektywistyczne śledztwo, tropienie zagadek i stopniowe odkrywanie tajemnic przeszłości. Chciałbym, żeby czytelnik mógł poczuć się trochę jak Sherlock Holmes, który z pozornie nieistotnych śladów buduje rozwiązanie wielkiej zagadki, a przy okazji przenosi się do świata, który rządził się zupełnie innymi prawami. Świata często bez telefonów, samochodów i współczesnego pośpiechu, w którym czas płynął inaczej, a każda podróż i każda wiadomość miały zupełnie inną wartość.
Co chciałby Pan dodać jeszcze na koniec odnośnie swojej książki?
Krzysztof Czyżewski: Na koniec chciałbym przede wszystkim powiedzieć kilka słów o tym, czym właściwie jest „Strażnik Rafaela”. Nie zdradzając fabuły mogę powiedzieć, że to powieść detektywistyczno-przygodowa, w której sztuka, historia i tajemnice splatają się w jedną opowieść.
Znajdziemy w niej zaginione dzieła sztuki, skarby, których od blisko osiemdziesięciu lat nikt nie odnalazł, a także próbę zmierzenia się z najpopularniejszymi teoriami dotyczącymi ich losów. To historia o poszukiwaniu prawdy, ale również o przyjaźni i o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy zostaje ona wystawiona na najcięższą próbę.
W tle pojawia się oczywiście wojna, czas dramatyczny dla jednych, ale jednocześnie czas wielkich możliwości dla innych. Pokazuję między innymi świat fałszerzy dzieł sztuki, którzy w okresie okupacji i ogromnego zainteresowania nazistów cennymi obrazami stworzyli prawdziwy przemysł podrabiania arcydzieł.
Mam nadzieję, że będzie to książka dla tych, którzy lubią inteligentną rozrywkę. Dla czytelników, którzy czerpią przyjemność z rozwiązywania zagadek, zbierania tropów i układania kolejnych elementów układanki. Dla tych, którzy chcą choć na chwilę poczuć się jak Sherlock Holmes, Herkules Poirot czy Robert Langdon i razem z bohaterami odkrywać tajemnice ukryte w historii.
Jeżeli po zamknięciu ostatniej strony czytelnik będzie miał poczucie, że przeżył fascynującą przygodę, a przy okazji dowiedział się czegoś nowego o historii, sztuce i ludziach, którzy ją tworzyli, to będzie dla mnie największa satysfakcja.
Dziękuję za rozmowę.