Kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego

Kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego – czy słuszne?

Nowy porządek miał przynieść spokój, a przyniósł pytania: czy głośne kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego to realny rachunek sumienia, czy efekt rozkręconej nagonki i pachnących klikami fejków? Między zarzutami o niegospodarność a obroną „misji” biegnie cienka granica, na której łatwo pomylić fakt z narracją. Stawką jest wiarygodność – i odpowiedź, kto dziś opowiada historię: badacze czy algorytmy.


 Mało czasu? Przeczytaj w skrócie najważniejsze informacje:

  • Instytut Pileckiego powstał w 2017 roku, aby badać i upamiętniać historię Polski XX wieku pod rządami totalitaryzmów, prowadzi badania, archiwa, programy edukacyjne i inicjatywy upamiętniające.
  • Od początku jego działalność budzi kontrowersje – jedni widzą w nim ważne centrum naukowe i edukacyjne, inni narzędzie polityki historycznej i jednostronnej narracji o przeszłości.
  • Instytut otworzył oddziały w Berlinie, Rapperswilu i Nowym Jorku, co miało promować polską perspektywę za granicą, ale stało się źródłem krytyki z powodu ogromnych kosztów i nieudanych inwestycji.
  • Najgłośniejszym przykładem jest tzw. afera rapperswilska, czyli zakup zabytkowego hotelu za 120 mln zł, w którym nie można było otworzyć planowanego muzeum – sprawa trafiła do prokuratury.
  • Kolejnym problemem jest nowojorska filia, której utrzymanie kosztuje ok. 25 mln zł rocznie, a do połowy 2025 roku nie została otwarta, co naraża państwo na kary finansowe.
  • Instytut znalazł się też w centrum sporów o interpretację historii, m.in. wokół programu „Zawołani po imieniu” i udziału Maksymiliana Schnepfa w obławie augustowskiej, co wywołało polityczne emocje.
  • W 2025 roku doszło do tzw. afery restytucyjnej – po sporze o domniemane seminaria dotyczące badań nad pochodzeniem dzieł sztuki dyrektor odwołał szefową berlińskiego oddziału Hannę Radziejowską, co uznano za represję wobec „sygnalistki”.
  • Minister kultury Marta Cienkowska odwołała dyrektora Krzysztofa Ruchniewicza, zarzucając mu błędy zarządcze i komunikacyjne; jego następcą ma zostać Karol Madaj.
  • W oświadczeniu Instytut podał: Instytut Pileckiego wyraża nadzieję, że fala dezinformacji w mediach nie zakłóci realizacji naszej misji. 

Tekst został zaktualizowany 20 września 2025 roku.


Instytut Pileckiego, a właściwie Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, to państwowa instytucja badawcza powołana w 2017 roku. Od początku ma jasny cel: dokumentować i upamiętniać historię Polski XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem losów obywateli pod rządami systemów totalitarnych – zarówno nazistowskich Niemiec, jak i Związku Radzieckiego.

Według oficjalnej misji, Instytut prowadzi „obiektywne badania naukowe najwyższej jakości”, wolne od nacisków ideologicznych. To deklaracja ambitna – i dla wielu warta sceptycznego spojrzenia, bo w praktyce granica między „badaniem” a „interpretacją” historii bywa cienka.

Instytut twierdzi, że wzmacnia tzw. społeczeństwo obywatelskie – czyli świadomych swoich praw i historii obywateli – poprzez przypominanie losów ludzi doświadczonych przez totalitaryzmy. Analizuje też mechanizmy oporu, sprawiedliwości i pamięci historycznej, próbując łączyć akademicką rzetelność z formami atrakcyjnymi dla szerokiej publiczności.

Od badań po cyfrowe archiwa – co robi Instytut na co dzień?

Instytut prowadzi badania interdyscyplinarne (łączące różne dziedziny) dotyczące m.in.:

  • funkcjonowania reżimów totalitarnych i autorytarnych w „wieku skrajności” (czyli burzliwym XX wieku),
  • rozliczania zbrodni wojennych,
  • form oporu wobec okupacji, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej.

Oprócz pracy naukowej, Instytut prowadzi programy stypendialne dla badaczy z Polski i zagranicy, udostępnia rozbudowane archiwum cyfrowe z dokumentami i relacjami z różnych stron świata oraz specjalistyczną bibliotekę.

W projektach „Zapisy Terroru” i „Świadkowie Epoki” gromadzi tysiące relacji osób, które przeżyły wojnę lub pierwsze lata powojenne – często są to zeznania wstrząsające i unikalne.

Instytut wydaje monografie naukowe, edycje źródeł i czasopisma, a także tłumaczy na język polski prace ważnych historyków z zagranicy. Dzięki temu chce, aby wiedza historyczna na światowym poziomie była dostępna także dla polskiego czytelnika, który na co dzień nie zajmuje się badaniami.

Obok badań naukowych Instytut Pileckiego stawia mocno na edukację i popularyzację historii. Nie chodzi tylko o publikacje dla akademików – celem jest dotarcie do zwykłych ludzi, w tym do młodzieży, która często kojarzy XX wiek głównie z podręczników.

Instytut organizuje wystawy, pokazy filmów, warsztaty, wykłady, a nawet gry miejskie. Wszystko po to, by trudne tematy – okupacja, wojna, życie w systemie totalitarnym – były zrozumiałe i angażujące.

W ramach edukacji powstają m.in. projekty dla szkół, takie jak cykl „Piątki Pileckiego” czy gotowe scenariusze lekcji historycznych. Instytut prowadzi też własny kanał podcastów i filmów historycznych, tworząc przestrzeń do rozmowy o tym, dlaczego wolność i prawa człowieka są tak ważne – zwłaszcza w kontekście tragicznych doświadczeń XX wieku.

Ważną częścią misji Instytutu jest oddawanie hołdu ludziom, którzy w czasach terroru wykazali się odwagą i solidarnością.

  • Od 2017 roku przyznawany jest Medal „Virtus et Fraternitas” – wyróżnienie wręczane przez Prezydenta RP osobom, które niosły pomoc obywatelom polskim podczas represji.
  • Program „Zawołani po imieniu” upamiętnia Polaków zamordowanych za ratowanie żydowskich sąsiadów w czasie okupacji niemieckiej. W jego ramach Instytut identyfikuje takie osoby i organizuje uroczystości odsłonięcia kamieni pamięci w ich rodzinnych miejscowościach.

Do 2020 roku upamiętniono w ten sposób kilkanaście rodzin, a wiele z nich zgłoszono także do izraelskiego tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata przyznawanego przez Instytut Yad Vashem.
Obecnie program jest rozwijany – oprócz bohaterskich czynów ma też pokazywać pełniejsze tło polsko-żydowskich relacji w okupowanej Polsce, łącznie z przypadkami współudziału w prześladowaniach. To podejście budzi emocje: dla jednych jest dowodem odwagi w mierzeniu się z trudną prawdą, dla innych – próbą podważenia heroicznego obrazu.

Placówki za granicą – prestiż i pytania o koszty

Instytut Pileckiego działa nie tylko w Polsce. W 2019 roku otworzył oddział w Berlinie, aby promować polską perspektywę historyczną wśród niemieckich odbiorców.

Potem przyszły kolejne: w szwajcarskim Rapperswilu – mieście z długą tradycją polskiej obecności – oraz w Nowym Jorku, na dolnym Manhattanie. W lipcu 2025 roku uruchomiono także Dom Pamięci Obławy Augustowskiej w Augustowie.

Podczas otwarcia nowojorskiej placówki w październiku 2023 roku ówczesny wicepremier i minister kultury Piotr Gliński mówił, że musimy informować świat o ważnych sprawach, dlatego tutaj, w Nowym Jorku, w tak prestiżowym miejscu – na dolnym Manhattanie – organizujemy trzeci oddział Instytutu Pileckiego. Będzie on opowiadał polską historię.

Słowa te dobrze oddają ambicje Instytutu – ale i otworzyły przestrzeń dla pytań, czy tak szeroko zakrojona, kosztowna obecność za granicą mieści się jeszcze w ustawowej roli jednostki badawczej, czy już wchodzi w sferę czystej promocji politycznej.

Kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego – spór o pamięć i „białe plamy” historii

Instytut Pileckiego powstał w szczególnym momencie – w 2017 roku, gdy rządząca wtedy koalicja Zjednoczonej Prawicy (zdominowana przez PiS) mocno stawiała na tzw. politykę historyczną. Jej celem było podkreślanie bohaterskich postaw Polaków podczas II wojny światowej i obrona dobrego imienia kraju na arenie międzynarodowej, szczególnie w kontekście Holokaustu.

Już wtedy w przestrzeni publicznej zaczęto nazywać Instytut „polskim Yad Vashem” – czyli instytucją mającą walczyć o pamięć i honorowanie pomagających Polakom oraz Żydom. Ówczesny dyrektor, dr Wojciech Kozłowski, zapewniał, że działalność będzie apolityczna i oparta wyłącznie na rzetelnych badaniach. Jednak część historyków, zarówno w Polsce, jak i za granicą, od początku patrzyła na nową placówkę z dużą rezerwą.

Szczególne emocje wzbudzał program „Zawołani po imieniu”, honorujący Polaków zamordowanych za ratowanie Żydów.

Część badaczy uważała go za ważny i potrzebny, ale inni widzieli w nim element państwowej narracji, która pomijała ciemniejsze strony okupacyjnej historii. Jak pisał The Times of Israel, krytycy zarzucali, że to część zorganizowanej kampanii wybielania polskiej narracji wojennej – tak, by zwykłych Polaków przedstawiać głównie jako wybawców, a nie mówić o przypadkach denuncjacji czy antysemityzmu.

Wśród krytyków byli m.in. prof. Jan Grabowski z Uniwersytetu Ottawa oraz dr François Guesnet z University College London.

Guesnet oceniał wprost, że Instytut powstał w jednym celu – by pracować na „dobre imię Polski” w ramach narzuconej przez władzę narracji historycznej. Grabowski z kolei mówił o poważnym zniekształcaniu historii i pamięci o Holokauście i ostrzegał, że projekty takie jak „Zawołani po imieniu” mogą zastępować pamięć o ofiarach narracją skupioną na polskich bohaterach.

Odpowiedź Instytutu – trudne fakty i deklaracje rzetelności

Instytut od początku odpierał zarzuty o upolitycznienie. W 2020 roku dr Kozłowski zapewniał w mediach zagranicznych: Nie jesteśmy zainteresowani żadną „alternatywną narracją” ani agendą polityczną. Jako zawodowi historycy i archiwiści dokładamy starań, by nasz wkład opierał się na rzetelnej metodologii i solidnych źródłach.

Przyznawał jednak, że okupacja stawiała ludzi przed dramatycznymi wyborami: Ludzie zdradzali kryjówki Żydów Niemcom, tak samo jak donosili na swoich polskich sąsiadów do Gestapo z rozmaitych powodów – i dodawał, że Instytut bada również te mroczne aspekty.

Co więcej, w 2019 roku wspólnie ze Światowym Kongresem Żydów wydano oświadczenie, w którym podkreślono potrzebę mówienia zarówno o Polakach, którzy ratowali Żydów, jak i o tych, którzy ich wydawali. Był to przykład próby pokazania historii w sposób bardziej zniuansowany.

Kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego – pieniądze, inwestycje i kosztowne wpadki

Od samego początku Instytut Pileckiego działa z dużym rozmachem – i równie dużym budżetem. Na start, w 2017 roku, dostał jednorazowo około 75 milionów złotych z budżetu państwa. Potem co roku wpływały kolejne miliony – w 2020 roku było to 20 mln zł, a w 2024 roku już około 74 mln zł. Instytut zatrudnia obecnie około 200 osób, co czyni go jednym z największych ośrodków tego typu w Polsce.

Taka skala finansowania zawsze rodzi pytania: czy pieniądze są wydawane rozsądnie? Zwłaszcza że Instytut był „oczkiem w głowie” ówczesnego wicepremiera Piotra Glińskiego, który firmował powstanie wielu nowych instytucji kultury.

Afera rapperswilska – muzeum, które nigdy nie powstało

Jednym z najbardziej krytykowanych posunięć była decyzja z 2022 roku o zakupie zabytkowego budynku w szwajcarskim Rapperswilu – dawnego hotelu, w którym planowano urządzić nowe polskie muzeum. Cena? Około 120 milionów złotych. Problem w tym, że dopiero po zakupie okazało się, iż lokalne przepisy i stan techniczny budynku uniemożliwiają realizację tego pomysłu.

Media nie kryły oburzenia. Okazało się, że w hotelu kupionym za 120 mln złotych nie da się zorganizować planowanego polskiego muzeum, czego władze Instytutu nie sprawdziły przed zakupem – pisały portale, powołując się na ustalenia Oko.press i „Gazety Wyborczej”. Krytycy pytali wprost, czy ktokolwiek przeprowadził rzetelną analizę przed tak kosztowną decyzją.

Po zmianie władzy w 2023 roku nowa ekipa w Ministerstwie Kultury rozważała nawet likwidację Instytutu właśnie ze względu na tego typu wpadki. Ostatecznie Instytut ocalał. Ale zmieniono kierownictwo. O tym za chwilę.

21 sierpnia 2025 roku Instytut Pileckiego wydał oświadczenie, w którym potwierdził zgłoszenie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie sprawy dotyczącej działalności filii Instytutu Pileckiego/Pilecki-Institut (Schweiz) GmbH w latach 2022–2023. Postępowanie dotyczy podejrzeń niegospodarności przy zakupie i zarządzaniu hotelem Schwanen w Rapperswilu, w tym wydatku ponad 1,5 mln zł na obsługę prawną transakcji.

Hotel został nabyty w 2022 roku przez poprzednie kierownictwo Instytutu za namową ówczesnych władz, a umowy podpisywali Wojciech Kozłowski i Zdzisław Galicki. Od maja 2025 roku w budynku działa restauracja, lecz uruchomienie części hotelowej wymaga kosztownego remontu.

Dyrektor prof. Krzysztof Ruchniewicz po objęciu funkcji przeprowadził kontrolę oddziałów zagranicznych, a w maju 2025 roku skierował zawiadomienie do Prokuratury. Śledztwo ruszyło pod koniec lipca. Instytut rozważa sprzedaż nieruchomości i prowadzi rozmowy z władzami Rapperswilu.

Instytut Pileckiego podkreśla, że fundamentem jego działań są transparentność i odpowiedzialne zarządzanie majątkiem publicznym. Z uwagi na dobro śledztwa nie będą udzielane dalsze informacje.

W związku z artykułem na tvn24.pl potwierdzamy, że Instytut Pileckiego zgłosił do Prokuratury Okręgowej w Warszawie sprawę dot. działalności filii Instytutu Pileckiego/Pilecki-Institut (Schweiz) GmbH w latach 2022-2023, a ta wszczęła niedawno postępowanie. Podejrzenia dotyczą niegospodarności przy zakupie i zarządzaniu hotelem Schwanen w Rapperswilu, w szczególności wydatku ponad 1,5 mln złotych na obsługę prawną zakupu nieruchomości.

Hotel Schwanen został zakupiony w 2022 roku przez poprzednie kierownictwo Instytutu, za namową rządu Zjednoczonej Prawicy, gdy ministrem kultury był Piotr Gliński. Transakcję finalizowała szwajcarska spółka zależna Instytutu/Pilecki-Institut (Schweiz) GmbH, którą kierował wówczas Wojciech Kozłowski. (…) Jak sam Wojciech Kozłowski przyznał w rozmowie z TVN24.pl, już w toku negocjacji z władzami Rapperswilu ustalono, że oprócz funkcji muzealnej budynek musi zachować charakter restauracyjno-hotelowy.

Z tego powodu od maja 2025 roku w budynku musi działać restauracja prowadzona przez najemcę, lecz do uruchomienia części hotelowej konieczny jest kolejny kosztowny remont.

Transparentność, odpowiedzialne zarządzanie majątkiem publicznym oraz zgodność wszystkich działań z ustawą o instytutach badawczych są fundamentem obecnych władz Instytutu Pileckiego. Dlatego jednym z pierwszych działań dyrektora, prof. Krzysztofa Ruchniewicza po objęciu stanowiska, było przeprowadzenie kontroli oddziałów zagranicznych, Instytut poddany był także kontrolom KAS. Po ujawnieniu potencjalnych nieprawidłowości dyrektor Ruchniewicz w maju 2025 roku skierował zawiadomienie do Prokuratury. Śledztwo zostało wszczęte pod koniec lipca 2025 roku.

Obecnie poważnie rozważana jest wciąż sprzedaż nieruchomości, w której mieści się hotel Schwanen. Działalność Instytutu w Rapperswilu została póki co ograniczona do minimum, a równolegle prowadzone są rozmowy z lokalnymi władzami na temat możliwych alternatywnych rozwiązań, które pozwoliłyby oddziałowi działać w zgodzie ze strategią całego Instytutu.

Dla dobra toczącego się śledztwa Instytut Pileckiego nie będzie udzielać dodatkowych informacji na temat złożonego zawiadomienia.

Oświadczenie jest związane z artykułem opublikowanym przez TVN24.

Manhattan – prestiż czy marnotrawstwo?

Jeszcze większe emocje wzbudził projekt nowojorskiej filii Instytutu. W grudniu 2023 roku, tuż przed końcem rządów PiS, podpisano umowę na wynajem 3011 m² powierzchni biurowo-wystawienniczej przy 92 Greenwich Street na Dolnym Manhattanie. Umowa opiewa na 15 lat, a jej warunki zobowiązują stronę polską do otwarcia placówki w ciągu 18 miesięcy – w przeciwnym razie grożą wysokie kary finansowe.

Koszt utrzymania? Około 25 milionów złotych rocznie. Wiosenny audyt przeprowadzony w marcu–kwietniu 2025 roku wykazał jednak brak jasno zdefiniowanych planów zagospodarowania przestrzeni i działań strategicznych. Od tego czasu Instytut skupia się na racjonalizacji wydatków i stopniowym uruchamianiu programu.

Co ważne, lokal nie stoi pusty – w pomieszczeniach oddziału prezentowana jest już wystawa poświęcona Rafałowi Lemkinowi (wcześniej pokazywana w siedzibie ONZ), która w Warszawie jest rozbudowywana i będzie uzupełniana. Wkrótce do Nowego Jorku ma trafić także wystawa o Grupie Ładosia; jej wysyłka była wstrzymana przez prokuraturę badającą niejasne procedury zamówieniowe i wykonanie ekspozycji.

Równolegle trwają prace nad wystawą o Witoldzie Pileckim oraz innymi elementami programu. Ekspozycja poświęcona Rotmistrzowi ma zostać zaprezentowana w nowojorskiej placówce na przełomie października i listopada 2025 roku; temu pokazowi ma towarzyszyć właściwy wernisaż i oprawa medialna. Jednocześnie, po analizie budżetu remontowego (pierwotnie planowanego na 5 mln dolarów), obecne plany zakładają wydatki ponad dwukrotnie niższe. Remont i prace przystosowawcze, prowadzone w porozumieniu z właścicielem budynku, już trwają.

Prof. Ruchniewicz tłumaczył, że odziedziczył sztywne zobowiązania i koncentruje się na renegocjacjach oraz racjonalizacji kosztów. Poprzednie kierownictwo utrzymuje natomiast, że to obecne władze wstrzymały finansowanie, opóźniając otwarcie filii.

Dla krytyków to przykład marnotrawstwa i braku planu; dla obrońców – ambitna inwestycja, której realizację spowolniła zmiana rządu i konieczność uporządkowania procesów. Jedno jest pewne: spór trwa, a wydatki są uważnie przeglądane.

Jak Instytut komentuje teraz te finansowe kontrowersje? Na pytanie, jak Instytut odpowiada na krytykę związaną z inwestycjami w oddziały zagraniczne, w tym w Nowym Jorku i Rapperswilu, oraz pytania o gospodarność wydatkowania środków publicznych, odpowiedziała nam Luiza Jurgiel-Żyła, rzecznik prasowa Instytutu:

Obie inwestycje zostały zrealizowane w trakcie urzędowania poprzednich władz, pani dyrektor Gawina i p.o. dyrektora Kozłowskiego. Zainwestowano w nie ogromne środki publiczne. Celowość tych wydatków i ich gospodarność powinny ocenić odpowiednie agendy państwa. Z naszej strony kluczowe jest teraz wykorzystanie tych obiektów tak, by mogły służyć nauce, popularyzacji wyników badań oraz promocji kultury polskiej. W najbliższym czasie otwarty zostanie oddział nowojorski, który – mamy nadzieję – stanie się hubem wspierającym działalność różnych agend polskich placówek prowadzących dyplomację kulturalną. Ale także będzie miejscem propagującym badania nad historią Europy Środkowej, w szczególności Polski w okresie totalitaryzmów XX w. Zaplanowane są już wystawy, konferencje i spotkania. Chcielibyśmy, żeby miejsce to stało się tętniącym życiem ośrodkiem popularyzacji historii naszego kraju i regionu.

Zmiana władzy, nowy dyrektor i cień audytu

Październikowe wybory parlamentarne w 2023 roku zmieniły układ sił politycznych w Polsce, a wraz z nim przyszłość wielu instytucji kultury. Instytut Pileckiego, podległy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, znalazł się na liście miejsc, które nowa minister Hanna Wróblewska musiała przeanalizować pod kątem dalszego funkcjonowania.

Jak pisałam wcześniej, w kręgach rządowych pojawiały się nawet pomysły jego likwidacji jako tworu „upolitycznionego” – ale ostatecznie zdecydowano, że Instytut zostanie, choć z nowym kierownictwem.

5 listopada 2024 roku stanowisko dyrektora objął prof. Krzysztof Ruchniewicz – historyk i germanista, wieloletni wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, znany z badań nad relacjami polsko-niemieckimi. Choć jego dorobek jest imponujący, to jego nominacja wzbudziła mieszane reakcje:

  • środowiska akademickie chwaliły jego dorobek i międzynarodowe doświadczenie,
  • media i politycy prawicowi zarzucali mu „nadmierną uległość” wobec niemieckiego punktu widzenia w interpretacji historii II wojny światowej.

Ruchniewicz deklarował „polifonię głosów i otwartą debatę” w Instytucie, ale szybko okazało się, że będzie musiał zmierzyć się z problemami odziedziczonymi po poprzednikach i z rosnącym oporem części zespołu, wybranym jeszcze za panowania poprzedniej władzy.

Na początku 2025 roku media ujawniły wyniki audytu finansowego przeprowadzonego na Uniwersytecie Wrocławskim w jednostce, którą Ruchniewicz kierował wcześniej – Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta. Wokół tego audytu również zgromadziły się ciemne, medialne chmury nad prof. Ruchniewiczem, ale czy słuszne? Na uwagę zasługuje fakt, że sam prof. Ruchniewicz nie miał danej możliwości odnieść się bezpośrednio do wniosków z audytu, a postępowanie prokuratorskie, które rozpoczęto, dało tylko paliwo kolejnym mediom szukającym taniej sensacji.

Czym jest wątek ze Schnepfem i obławą augustowską?

Obława Augustowska to jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń powojennej historii Polski. Latem 1945 roku, na terenach Puszczy Augustowskiej i okolic, Sowieci z NKWD – wspierani przez polskie struktury podporządkowane nowej władzy komunistycznej, czyli Urzędy Bezpieczeństwa (UB), Milicję Obywatelską (MO) oraz oddziały Ludowego Wojska Polskiego (LWP) – przeprowadzili ogromną akcję pacyfikacyjną. Jej celem było zniszczenie resztek polskiego podziemia niepodległościowego, które nie godziło się na sowietyzację kraju.

Według badań historyków, zatrzymano wtedy ponad 7000 osób, z których los kilku tysięcy nigdy nie został wyjaśniony. Wiadomo, że wielu z nich zostało zamordowanych i pochowanych w nieznanych do dziś miejscach. Z tego powodu Obławę nazywa się czasami „Małym Katyniem” – ze względu na skalę ofiar, okoliczności zbrodni i sposób jej tuszowania.

To wydarzenie nie tylko było ciosem dla lokalnych społeczności, ale też w skali ogólnonarodowej pozostawiło głęboką ranę pamięci historycznej.

Instytut od dłuższego czasu przygotowywał w Augustowie wystawę na temat Obławy. 12 lipca 2025 roku z okazji 80. rocznicy Obławy otwarto Dom Pamięci Obławy Augustowskiej. I w kontekście otwarcia nowej wystawy, pojawia się właśnie Maksymilian Schnepf.

Zarówno politycy, jak i media, chętnie publikowali wpisy oczerniające Instytut Pileckiego, któremu zarzucano pomijanie udziału Maksymiliana Schnepfa w Obławie.

Burza w Internecie rozgorzała jeszcze bardziej, gdy Instytut Pileckiego opublikował w mediach społecznościowych informacje, że w Obławie Augustowskiej uczestniczył także por. Maksymilian Schnepf, dowódca jednego z oddziałów LWP. Według tych danych jego jednostka liczyła ok. 110–160 żołnierzy i zatrzymała 22 osoby, z których część nigdy nie wróciła do domów.

Instytut, niefortunnie to formułując, zaznaczył równocześnie, że cała obława angażowała ok. 45 000 żołnierzy, więc udział oddziału Schnepfa to zaledwie ok. 2 promile wszystkich sił. Ten sposób sformułowania wywołał ogromne emocje – wielu odebrało to jako próbę umniejszenia czy wręcz usprawiedliwienia jego udziału.

Ale czy jest właściwie co zarzucać Instytutowi, którego celem jest badanie i dokumentowanie historii? Warto zaznaczyć, że w scenariuszu wystawy, który przygotowywała jeszcze m.in. dr hab. Magdalena Gawin, osoby Schenpfa w ogóle w nim nie było. Później scenariusz był jeszcze konsultowany z lokalnymi historykami, którzy również na brak Schnepfa na wystawie nie zwrócili wówczas uwagi.

Ciągłe przywoływanie nazwiska Schnepf przez opozycję było działaniem celowym. W ten sposób chciano obrzucić błotem syna Maksyminilana Schepfa – Ryszarda Schnepfa, obecnego ambasadora RP w Rzymie (znanego dyplomaty, który wcześniej był m.in. ambasadorem w USA) oraz jego żony, dziennikarki TVP Doroty Wysockiej-Schnepf, która podczas kampanii prezydenckiej także wzbudzała kontrowersje i była celem ataków opozycji.

Pod wpływem krytyki Instytut usunął wpisy, przeprosił, tłumacząc, że celem nie było bagatelizowanie win Schnepfa, zaznaczył, że dane pochodzą z badań historycznych, w tym m.in. IPN, wyjaśnił, że Schnepf nie był planowany jako postać ekspozycyjna na wystawie w Domu Pamięci, podkreślił, że intencją było przedstawianie faktów, a nie ich interpretowanie w bieżącym sporze politycznym.

Mimo tego wyjaśnienia krytyka nie ucichła, a cała sprawa rozkręcała się w najlepsze, ponieważ dotknęła bolesnego fragmentu historii Polski, a jednocześnie współczesnych podziałów politycznych. Warto jednak zaznaczyć, że to nie Instytut rozpoczął całą tę kwestię związaną ze Schnepfem. Tak – sformułowanie, które pojawiło się we wpisie Instytutu było niefortunne, tak w słowach, jak i w czasie. Ale zanim ten wpis miał miejsce, trwała już nagonka na Instytut. I media wykorzystały to do stworzenia prawdziwej burzy, którą bardzo chętnie użytkownicy mediów społecznych potęgowali – bez żadnej refleksji.

Obława augustowska to jedna z największych sowieckich zbrodni na ziemiach polskich po 1945 roku, porównywana z Katyniem. Maksymilian Schnepf, oficer LWP, był dowódcą oddziału biorącego udział w obławie – jego oddział zatrzymał 22 osoby. Instytut Pileckiego przypomniał ten fakt, ale sposób narracji (podkreślenie „małego udziału” w obławie) wywołał zarzut bagatelizowania zbrodni. Sprawa nabrała politycznego wymiaru, ponieważ Schnepf był ojcem i teściem znanych postaci życia publicznego. Mimo prób wycofania się z kontrowersyjnych treści, dyskusja stała się głośnym tematem, łącząc pamięć historyczną z ostrymi podziałami współczesnymi.

„Afera restytucyjna” i dymisja w Berlinie

Ale to nie koniec kontrowersji. Latem 2025 roku w Instytucie Pileckiego wybuchł największy dotąd kryzys kadrowo-wizerunkowy. Jego epicentrum znalazło się w berlińskim oddziale, którym od 2019 roku kierowała Hanna Radziejowska – kurator i menedżer kultury, wcześniej związana m.in. z Muzeum Powstania Warszawskiego. Jej praca w Niemczech była chwalona zarówno przez historyków, jak i dyplomatów, bo skutecznie przypominała tamtejszej opinii publicznej o realiach II wojny światowej i niemieckich zbrodniach w Polsce.

Spór o seminaria i hasło „restitutions”

Jak podał dziennik „Rzeczpospolita”, niedawno prof. Ruchniewicz miał zaproponować cykl międzynarodowych seminariów naukowych poświęconych badaniom proweniencyjnym – czyli ustalaniu pochodzenia dzieł sztuki zrabowanych podczas II wojny światowej.

Według „Rzeczpospolitej” jedno z seminariów miało dotyczyć tzw. „mienia niepolskiego” – zbiorów, które po wojnie trafiły do Polski, choć wcześniej należały do innych państw lub osób prywatnych. W roboczym opisie pojawiło się angielskie słowo „restitutions”, co w odbiorze części osób sugerowało możliwość zwrotu takich dóbr pierwotnym właścicielom, w tym Niemcom.

Dla wielu historyków temat był ważny naukowo, ale w polskiej polityce pamięci – wyjątkowo drażliwy. Sprawa dotykała m.in. tzw. „Berlinki”, czyli zbiorów z dawnej Pruskiej Biblioteki Państwowej, które po wojnie trafiły do Biblioteki Jagiellońskiej.

Jeszcze 5 sierpnia 2025 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP poinformowało, że stanowisko Pełnomocnika MSZ do spraw 🇵🇱🇩🇪 współpracy społecznej i przygranicznej, które obejmował prof. Krzysztof Ruchniewicz, zostało zlikwidowane.

Do sytuacji tak odniósł się Instytut Pileckiego w oświadczeniu:

W związku z ukazaniem się w dzienniku „Rzeczpospolita” artykułu zawierającego nieprawdziwe informacje oraz sugestie i domysły szkalujące Instytut oraz wysiłki jego pracowników na rzecz badania i popularyzowania wiedzy o totalitaryzmach, oświadczamy, że:

1) Instytut Pileckiego wraz z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego organizuje cykl seminariów międzynarodowych poświęcony badaniom proweniencyjnym polskich dóbr kultury zagrabionych podczas II wojny światowej. Instytut wbrew nieprawdziwym sugestiom Hanny Radziejowskiej, pracownicy Instytutu Pileckiego, kierowniczki oddziału berlińskiego nie planował nigdy organizacji spotkań mających prowadzić do przekazania jakichkolwiek znajdujących się w Polsce dóbr kultury jakimkolwiek osobom prawnym lub fizycznym; 

2) Instytut Pileckiego jest jednostką badawczą, która prowadzi badania nad różnymi zjawiskami funkcjonowania rządów totalitarnych XX w., w szczególności nazistowskiego i radzieckiego. Wśród nich także nad próbami niszczenia kultur i zakłamywania historii. W tych ramach mieszczą się badania nad pochodzeniem dóbr kultury znajdujących się w różnych miejscach Europy;

3) powyższego problemu miały dotyczyć specjalistyczne seminaria naukowe organizowane w Warszawie we współpracy z oddziałem Instytutu w Berlinie;

4) zacytowany przez „Rzeczpospolitą” tekst nazwany „listem jednego z naukowców zajmujących się zagrabionym mieniem” zawiera liczne pomówienia i mija się z prawdą. Wskazany Ministerstwu przez p. Hannę Radziejowską autor tego utworu jest nie tylko pracownikiem oddziału Instytutu Pileckiego w Berlinie, ale w rzeczywistości – wbrew treści „listu” – był wskazywany od początku jako współorganizator cyklu seminariów, brał udział w dotyczącym organizacji seminariów spotkaniu, a obecnie odpowiada za organizację pierwszego spotkania dotyczącego zakresu jego badań;

5) Instytut Pileckiego odrzuca wszelkie, kłamliwe sugestie, jakoby prowadził działania niezgodne z polityką i racją stanu Polski, w szczególności by pod jego auspicjami były prowadzone jakiekolwiek rozmowy o zwrocie dóbr kultury przez Polskę

6) Instytut Pileckiego stwierdza, że podjęta przez „Rzeczpospolitą” próba zdezawuowania autorytetu jednostki i jej Dyrektora dokonuje się w sposób godzący w podstawowe standardy pracy dziennikarskiej. Wpisuje się to w tragiczny upadek wiarygodności informacji krążącej w przestrzeni publicznej. Jako instytut badawczy kierujemy się obowiązkiem poszukiwania prawdy i będziemy stanowczo domagać się sprostowania kłamliwych słów opublikowanych przez dziennikarza „Rzeczpospolitej”.

Luiza Jurgiel-Żyła zapytana przeze mnie o to, jak Instytut odnosi się do sugestii, że temat planowanego seminarium o badaniach proweniencyjnych i „restytucjach” mógł być odebrany jako gotowość do zwrotu dóbr kultury, odpowiedziała:

Również ten temat był przedmiotem oświadczenia obecnego na stronie Instytutu, wyjaśniał go też wielokrotnie p. Dyrektor, prof. Krzysztof Ruchniewicz w swoich wypowiedziach medialnych. Nigdy nie było mowy o żadnych działaniach ze strony Instytutu, które miałyby prowadzić do zwrotu jakichkolwiek dóbr kultury przez Polskę. Takie działania po prostu nie leżą w kompetencji Instytutu. Instytut również nie planował żadnych działań naukowych, które miałyby służyć jako podstawa do takich działań. Ze smutkiem przyjmujemy, że mające podłoże ściśle polityczne oskarżenia, nie poparte żadnym dowodem, zrobiły taką karierę w mediach.

Do sprawy odniosła się także Konferencja Ambasadorów RP, pisząc m.in.:

O likwidacji jego stanowiska profesor Ruchniewicz dowiedział się od urzędnika MSZ na krótko przez oficjalnym ogłoszeniem. Co więcej, nie została o tym poinformowana strona niemiecka. Bo przecież – zgodnie ze znanym schematem – pełnomocnik to stanowisko, a nie człowiek…

W tym stanie rzeczy głos postanowiła zabrać Konferencja Ambasadorów RP. Na sercu leży nam bowiem nie tylko konstruktywne ułożenie stosunków polsko-niemieckich, lecz również ochrona prawdy historycznej oraz zachowanie podstawowych reguł współżycia społecznego. Powinność ta wydaje się niezbędna również ze względu na ataki pod adresem Niemiec (ale także innych nacji), które zaczęły przybierać w Polsce formę amoku, służąc wyłącznie partykularnym interesom niektórych ugrupowań politycznych, niszcząc tkankę społeczną oraz szkodząc wyjątkowo interesom i wizerunkowi Polski w środowisku międzynarodowym.

Tak więc forma i tempo likwidacji stanowiska Pełnomocnika Ministra Spraw Zagranicznych do spraw polsko-niemieckiej współpracy społecznej i przygranicznej wprawia w osłupienie. Jeśli przyczyną likwidacji stanowiska była restrukturyzacja rządu, to taką decyzję można było o parę dni odłożyć i poprzedzić  stosownymi uzgodnieniami ze stroną niemiecką (w obecnej sytuacji strona niemiecka jest mocno skonfundowana). Wszystko jednak wskazuje na to, że podjęto tę decyzję pod wpływem nieprawdziwych informacji zawartych we wspominanym artykule, a zwłaszcza masowej fali nienawiści ze strony funkcjonariuszy partii prawicowych, która znalazła w tym artykule asumpt. Jeśli tak było, to jest to niegodne, zawstydzające i wyjątkowo politycznie szkodliwe.  Politycznie szkodliwe, bowiem świadczyłoby o tym, że koalicja partii demokratycznych nie jest w stanie skutecznie artykułować niezakłamanej narracji historycznej i daje pole zafałszowanej i nacjonalistycznej „polityce historycznej” poprzedników. Niegodne i zawstydzające, bowiem takie zachowanie przypomina najgorsze praktyki z przeszłości, w tym poprzedników „wstających z kolan”.

Atak prasowy „Rzeczpospolitej” na profesora Ruchniewicza powstał na podstawie donosu skierowanego do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który dziwnym trafem okazał się znany dziennikarzom tej gazety. Publikacja szkalującego artykułu nastąpiła bez kontaktu i konfrontacji z atakowanym profesorem Ruchniewiczem i z zafałszowaniem zasadniczych okoliczności. Artykuł świadczy o głębokim upadku sztuki dziennikarskiej.

Po dwóch dniach w „Rzeczpospolitej” pojawił się wywiad z prof. Ruchniewiczem, w którym co prawda sprostowano przedstawione kłamliwe kwestie we wcześniejszym artykule, ale… kto z użytkowników mediów społecznościowych by go przeczytał? Choć sprawę sprostowano i wyjaśniono, szkody pozostały.

“Sygnalistka” kontra dyrektor. O co właściwie chodzi z Radziejowską?

Radziejowska miała uznać, że plan seminarium może być szkodliwy dla polskiego interesu. Jako że rzekome rozmowy z dyrektorem miały nie przynieść zmiany planów, pod koniec lipca wysłała do minister kultury Marty Cienkowskiej oficjalny list, kopiując go do charge d’affaires ambasady RP w Berlinie Jana Tombińskiego.

Opisać w nim miała, że dyrektor oczekiwał przygotowania m.in. seminarium poświęconego zwrotom dóbr kultury do Niemiec, Ukrainy, Białorusi, Litwy oraz osobom prywatnym pochodzenia żydowskiego. Zgłosiła sprawę rzekomo w trybie ustawy o ochronie sygnalistów, co miało zapewnić jej anonimowość i ochronę przed odwetem. Propozycja dyrektora Ruchniewicza, będącego jednocześnie pełnomocnikiem ds. relacji polsko-niemieckich, jest sprzeczna z polityką państwa polskiego i budzi poważne obawy co do konsekwencji zarówno dla MKiDN, jak i Instytutu Pileckiego – przekazała Radziejowska.

Problem w tym, że treść listu błyskawicznie wyciekła do mediów. „Rzeczpospolita” napisała o „skandalu” sugerując, że Instytut chce oddawać Niemcom dzieła sztuki. Prawicowi politycy i komentatorzy ruszyli do ataku.

Piotr Gliński mówił o „działaniu na szkodę Polski”, Paweł Jabłoński sugerował możliwe naruszenie art. 129 kodeksu karnego (zagrożonego karą do 10 lat więzienia): mówię to z pełną odpowiedzialnością: K. Ruchniewicz – pełnomocnik rządu Tuska ds. współpracy niemiecko-polskiej – powinien usłyszeć zarzuty z art. 129 k.k. Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10, a europosłanka Konfederacji Anna Bryłka oskarżyła dyrektora o „promowanie niemieckich interesów”.

Dymisja i oskarżenia o odwet

14 sierpnia 2025 roku prof. Ruchniewicz ogłosił na konferencji prasowej, że odwołuje Hannę Radziejowską ze stanowiska kierowniczki berlińskiego oddziału. Oficjalnym powodem miało być „poważne podważenie zaufania” oraz „udostępnianie osobom trzecim wewnętrznej korespondencji”.

Na stronie Instytutu pojawiło się oświadczenie, które prof. Ruchniewicz wygłosił w trakcie konferencji:

Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego informuje, że Hanna Radziejowska została odwołana ze stanowiska kierowniczki Oddziału Instytutu Pileckiego w Berlinie z powodów obiektywnych.

Podstawą odwołania jest art. 4b ust. 3 ustawy z dnia 9 listopada 2017 r. o Instytucie Solidarności i Męstwa imienia Witolda Pileckiego w związku z właściwymi postanowieniami Regulaminu Organizacyjnego Oddziału Instytutu Pileckiego w Berlinie.

Ostatnie działania Hanny Radziejowskiej poważnie podważyły zaufanie u pracodawcy. Przedstawiane przez nią w mediach społecznościowych oraz mediach tradycyjnych nadinterpretacje i insynuacje, co do realizowanych przez Instytut projektów, stanowią przekroczenie norm i relacji pracownik-pracodawca. W szczególności, gdy udostępnianie osobom trzecim wewnętrznej korespondencji, czy swoich obaw na temat działalności Instytutu następuje bez omówienia ich wcześniej wewnętrznie.

Oddział Instytutu Pileckiego w Berlinie pełni ważną funkcję w strukturze międzynarodowej Instytutu. Jego zadania obejmują prowadzenie badań naukowych, dokumentowanie skutków totalitaryzmów XX wieku oraz upamiętnianie ich ofiar. Zespół oddziału realizował w ostatnich latach szereg wartościowych działań, w tym współpracę z archiwistami ukraińskimi oraz promocję historii Polski w Niemczech.

Nowa osoba pełniąca obowiązki kierownika oddziału w Berlinie zostanie przedstawiona w przyszłym tygodniu, podczas spotkania z zespołem i w osobnym komunikacie dla mediów.

Oddział w Berlinie kontynuuje swoją działalność. Wszystkie rozpoczęte programy i projekty zgodne z misją Instytutu będą realizowane. Instytut Pileckiego dąży do wzmocnienia roli berlińskiej placówki jako elementu sieci międzynarodowej, wspierającej badania naukowe i upamiętnianie ofiar totalitaryzmów XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem skutków niemieckiego nazizmu w Europie Środkowo-Wschodniej.

Krytycy decyzji – zarówno z prawicy, jak i z opozycji – uznali to za oczywisty akt odwetu wobec sygnalistki, co byłoby sprzeczne z prawem. Zwracano uwagę, że jej list, objęty tajemnicą, trafił w ręce dyrektora i mediów w niejasnych okolicznościach, co samo w sobie mogło stanowić złamanie ustawy o ochronie sygnalistów.

Radziejowska zapowiedziała obronę swoich praw przed niemieckim sądem pracy. Publicznie podziękowali jej m.in. dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Wojciech Konończuk oraz byli ambasadorzy Marek Magierowski i Jakub Kumoch – osoby o różnych sympatiach politycznych.

Zapytana przeze mnie o tę sytuację rzecznik prasowa Instytutu, Luiza Jurgiel-Żyła, odpowiedziała:

Wszystkie informacje dotyczące okoliczności odwołania p. H. Radziejowskiej ze stanowiska kierowniczki oddziału w Berlinie zostały przedstawione w oficjalnych oświadczeniach i komunikatach publikowanych na stronie Instytutu. Status prawny oddziału nie uległ zmianie, ma on nową kierowniczkę i realizuje zaplanowane działania. Komentarze, zwłaszcza te bardzo mało kulturalne, są niezmiernie trudne do skomentowania, bo najczęściej zalewają przestrzeń publiczną falą dezinformacji i trudno z niej wybrać jakiś jeden element, których chcielibyśmy rozważyć szczególnie wnikliwie. To, co warto sprostować, to wg informacji udzielanych mediom przez Ministerstwo Kultury Hanna Radziejowska nie miała statusu sygnalistki. Ustalenia redaktorów Słowika i Figurskiego z Wirtualnej Polski oparte były na nierzetelnych źródłach.

To Radziejowska ma status sygnalistki czy nie?

Instytut twierdzi, że Radziejowska nie miała formalnego statusu sygnalistki. Powołuje się przy tym na informacje uzyskane z Ministerstwa Kultury, które potwierdziło, że nie nadano jej tego statusu.

Dziennikarze Wirtualnej Polski (Słowik i Figurski) ujawnili dokumenty, z których wynika, że Radziejowska zgłosiła nieprawidłowości w trybie ochrony sygnalistów i że Ministerstwo Kultury przyjęło jej zgłoszenie, co – ich zdaniem – oznaczało objęcie jej ochroną.

Jednak w świetle polskiej ustawy samo zgłoszenie nie oznacza jeszcze pełnego „statusu sygnalisty”. Decydujące są procedury i spełnienie określonych przesłanek. W praktyce więc można mówić o ochronie faktycznej (na podstawie zgłoszenia), ale formalny status mógł pozostać sporny.

W tej chwili Ministerstwo mówi jasno: Radziejowska nie ma statusu sygnalistki. Jednak ustosunkowanie się do tej kwestii, zajęło Ministerstwu sporo czasu…

Nowa szefowa Instytutu Pileckiego w Berlinie

Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego poinformował o zmianie na stanowisku kierowniczki swojego berlińskiego oddziału 19 sierpnia 2025 roku. Stanowisko to objęła dr Joanna Kiliszek – badacz i menedżer kultury z wieloletnim doświadczeniem – zastępując Hannę Radziejowską, która od 2019 roku kierowała działalnością placówki w Berlinie.

Nowa szefowa będzie odpowiedzialna za rozwój i wzmocnienie obszaru badawczego Instytutu przy współpracy z zespołem naukowym z Warszawy, jak również za pogłębianie dialogu polsko-niemieckiego w sferze historii, kultury i pamięci.

Dr Joanna Kiliszek wielokrotnie w swojej karierze udowodniła, że jest sprawną menedżerką i potrafi budować współpracę między instytucjami kultury i nauki. Jestem przekonany, że jej doświadczenie i wizja pozwolą nadać berlińskiemu oddziałowi Instytutu Pileckiego nową dynamikę w badaniach i działalności publicznej – podkreślił prof. Krzysztof Ruchniewicz, dyrektor Instytutu Pileckiego.

Podczas konferencji prasowej dr Joanna Kiliszek zwróciła uwagę na symboliczne znaczenie lokalizacji placówki:

Lokalizacja instytutu w pobliżu Bramy Brandenburskiej stanowi wyzwanie. Przypomina nie tylko o delikatnej historii stosunków polsko-niemieckich, ale także o potrzebie bezstronnego i otwartego podejścia do historii polsko-niemieckiej. Relacje te są obciążone wieloma krzywdami i emocjami. Wymagają one krytycznego i świadomego podejścia wszystkich stron. Nie mogą być instrumentalizowane i wykorzystywane do politycznych celów.

Odnosząc się do misji Instytutu, dodała:

Instytut Pileckiego, jako instytut badawczy umacnia polską naukę i kulturę, a zarazem tworzy przestrzeń rzetelnej refleksji naukowej nad doświadczeniem XX wieku. Jego ważnym zadaniem jest także upowszechnianie wiedzy o Witoldzie Pileckim i innych Polakach, którzy przeciwstawiali się totalitaryzmom, tak aby ich świadectwo było obecne w świadomości współczesnych społeczeństw. Realizując tę misję w Berlinie, pamiętamy, że jesteśmy tutaj gośćmi – działamy z szacunkiem dla lokalnego kontekstu, reprezentując jednocześnie polską perspektywę i pozostając partnerem w dialogu.

Dr Joanna Kiliszek rozpoczęła pełnienie obowiązków kierowniczki w okresie przejściowym.

Kim jest dr Joanna Kiliszek?

Nowa szefowa oddziału jest historykiem sztuki, kuratorem oraz menedżerem kultury. Doświadczenie zdobywała pracując w czołowych polskich instytucjach kulturalnych w Niemczech – kierowała m.in. Instytutem Polskim w Lipsku oraz Instytutem Polskim w Berlinie. W Warszawie pełniła funkcję zastępczyni dyrektora Instytutu Adama Mickiewicza, gdzie odpowiadała za program międzynarodowy. Karierę zawodową zaczynała jako dyrektorka warszawskiej Galerii Dziekanka, jednego z najważniejszych ośrodków sztuki współczesnej tamtego czasu.

Była kuratorką wielu wystaw organizowanych w Polsce i w Niemczech. Do jej najważniejszych projektów należy retrospektywa Neo Raucha – jednego z najwybitniejszych malarzy realistów w Europie – przygotowana w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki. Współpracowała z uznanymi artystami polskimi i zagranicznymi, wśród nich znaleźli się m.in. Katarzyna Kozyra, Piotr Uklański, Stanisław Dróżdż, Leon Tarasewicz czy Aneta Grzeszykowska.

Prowadziła również projekty badawcze, takie jak „Widzialne Niewidzialne”, poświęcone sztukom wizualnym w Polsce i ich odbiorowi. Zasiadała w jury Nagrody Prezydenta Uniwersytetu Sztuk Pięknych w Berlinie. Jest autorką publikacji w języku angielskim pt. Values and Evaluation of Modern and Contemporary Visual Art. The Role of Reflective Practice. Należy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA) oraz do Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej.

W 2019 roku uzyskała stopień doktora na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w ramach programu NACCA M. Skłodowska-Curie Innovative Training Network.

Ale oczywiście i ta decyzja nie pozostała bez kontrowersji w przestrzeni medialnej.

Na portalu Do Rzeczy, w artykule „Trudny start nowej szefowej Instytutu Pileckiego w Berlinie. ‘Niemiecka radna’, ‘bieda umysłowa’” czytamy, że nominacja Joanny Kiliszek na stanowisko kierowniczki berlińskiego oddziału Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego spotkała się z szerokim odzewem i falą krytyki w mediach oraz sieci.

Przypomniano jej wcześniejsze wypowiedzi wygłaszane podczas wydarzeń i demonstracji związanych z opozycją w czasach rządów PiS. Największe kontrowersje wzbudziło nagranie, w którym Kiliszek stwierdzała, że jej ojczyzną jest człowieczeństwo i wolność, a w polskim Sejmie, który odmawia podstawowych praw kobietom, dzieciom, niepełnosprawnym, mniejszościom seksualnym, mniejszościom narodowym, zasiada faszysta.

Była małopolska kurator oświaty Barbara Nowak oceniła decyzję o nominacji słowami: Zlepek naiwności i głupoty. Bieda umysłowa. Litość nie jest dobrym doradcą w mianowaniu na stanowisko. Proszę lepiej poszukać, na pewno coś się dla Pani znajdzie. Może w teatrze Pani Jandy? Tyle pieniędzy przytuliła od RP, to może pomoże.

Krytykę wyraziła także Konfederacja, która w mediach społecznościowych napisała: Nową szefową Instytutu Pileckiego w Berlinie została dr Joanna Kiliszek, radna podberlińskiej gminy wybrana z ramienia niemieckich Zielonych! Oni już nawet się z tym nie kryją – Instytut Pileckiego nie służy rządowi Tuska do dbania o polskie interesy w Niemczech, tylko do reprezentowania interesów Niemiec w Polsce.

W innym wpisie dodano: Niedawno szef Instytutu, prof. Ruchniewicz chciał rozmawiać o oddawaniu dóbr kultury Niemcom oraz oznajmiał, że temat reparacji wojennych od Niemiec dla Polski jest zakończony. I nie dość, że nie został odwołany z funkcji, to jeszcze na dyrektorkę oddziału berlińskiego powołuje on osobę bezpośrednio zaangażowaną politycznie w ramach niemieckiego samorządu!.

Podobny ton przyjął poseł PiS Sebastian Kaleta, pisząc: Działaczka niemieckiej partii Zieloni postawiona na czele berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego. Nowa dyrektor Joanna Kiliszek nie dość, że jest niemiecką radną, odżegnuje się od Polskości i wspiera narrację o polskiej winie za niemieckie zbrodnie.

W odpowiedzi na krytyczne głosy, dyrektor Instytutu Pileckiego, prof. Krzysztof Ruchniewicz, w oficjalnym komunikacie podkreślił, że dr Joanna Kiliszek wielokrotnie w swojej karierze udowodniła, że jest sprawną menedżerką i potrafi budować współpracę między instytucjami kultury i nauki. Jestem przekonany, że jej doświadczenie i wizja pozwolą nadać berlińskiemu oddziałowi Instytutu Pileckiego nową dynamikę w badaniach i działalności publicznej.

Kontrowersje wokół Instytutu Pileckiego – więcej, więcej i więcej

W niespełna dekadę istnienia Instytut Pileckiego urósł do rangi jednej z najważniejszych instytucji zajmujących się polityką historyczną w Polsce. Ma na koncie szerokie projekty badawcze, bogate archiwa cyfrowe, programy stypendialne i inicjatywy. Posiada też filie w trzech krajach, a jego działania sięgają od edukacji szkolnej po międzynarodowe konferencje.

Problem w tym, że Instytut od początku działa w cieniu polityki. Powstał w czasach, gdy władze chciały mocno podkreślać heroiczny obraz polskiej historii i odpierać krytyczne opinie za granicą. Dla jednych była to potrzebna korekta wizerunku, dla innych – próba jednostronnego przedstawiania przeszłości.

Po zmianie rządu w 2023 roku Instytut znalazł się w sytuacji niełatwej (po jednej stronie wciąż ciągnęły się nierozliczone decyzje poprzedniego kierownictwa (kosztowne inwestycje w Rapperswilu i Nowym Jorku), po drugiej – brakowało jasnej wizji nowych władz, co do roli i przyszłości placówki).

Dodatkowo doszły konflikty personalne, jak sprawa Hanny Radziejowskiej. Niezależnie od ocen, jej dymisja była powszechnie postrzegana jako symbol złamania zasady, że instytucja państwowa powinna być przestrzenią debaty, a nie represji wobec niewygodnych głosów. Ale znów – czy komuś z użytkowników mediów społecznościowych chciałoby się szukać głębiej i zweryfikować informacje?

To prawda – sam prof. Ruchniewicz od dawna budzi kontrowersje i przy każdej okazji wokół Instytutu Pileckiego użytkownicy mediów społecznościowych przypominają, delikatnie mówiąc, że to nie jest postać krystaliczna, i że jego słowa i zachowania bliższe są interesom niemieckim, aniżeli polskim.

Do krytyków dołączyła również autorka popularnej strony Historyczne Bzdury, znana z tego, że sprzeciwia się wykorzystywaniu historii jako broni w sporach politycznych. Choć podkreśla, że woli szukać porozumienia z sąsiadami, w tym przypadku nie kryła oburzenia:

(…) Profesor Ruchniewicz chce rozmawiać o zwracaniu Niemcom dóbr kultury które w jakiś sposób trafiły do Polski. Taka konferencja nie byłaby absurdem tylko w jednym przypadku. Takim w którym rewindykacja dóbr zagrabionych przez III Rzeszę byłaby procesem przebiegającym sprawnie i bez zakłóceń udałoby się odzyskać może nie całość ale przynajmniej znaczący odsetek dzieł kultury. Tymczasem wciąż muzea, domy aukcyjne i prywatne zbiory pełne są zabytków zrabowanych Polsce. Ich odzyskiwanie idzie jak po grudzie. Działająca przy MSZ komisja ds. Rewindykacji dóbr kultury jest w stanie odzyskać 3-4 obiekty w ciągu roku. W bardzo wielu przypadkach los ukradzionych dzieł jest nieznany. Albo uległy one bezpowrotnemu zniszczeniu albo ozdabiają prywatne kolekcje i o ile nie wypłyną na jakiejś aukcji to szanse na ich odzyskanie są liche…

Dlatego wyskok Ruchniewicza nie jest po prostu nierozsądny. Jest wręcz szkodliwy i naprawdę liczę że zostaną wyciągnięte konsekwencje (inną sprawą jest sens istnienia takiego instytutu…). Zwłaszcza że profesor słynie z zagrywek co najmniej wątpliwych etycznie i są duże zastrzeżenia do jego stylu kierowania tą placówką. Naprawdę, na stanowiskach potrzebujemy ludzi rozsądnych, potrafiących przewidywać efekty swoich działań…

To stanowisko dobrze pokazuje, że krytyka nie pochodzi wyłącznie z jednej strony politycznej barykady. Nawet osoby, które w innych kwestiach bronią idei współpracy międzynarodowej, uznały propozycję seminarium o restytucjach za pomysł nieprzemyślany i potencjalnie szkodliwy.

Na ten temat wypowiedział się również Artur Wójcik, twórca popularnej strony Sigillum Authenticum:

Ze smutkiem obserwuję to, co dzieje się pod kierownictwem prof. Krzysztofa Ruchniewicza w Instytucie Pileckiego. Trudno bowiem inaczej nazwać jego działania niż nieprzemyślane i szkodliwe. Styl zarządzania, kryzysy, które sam wywołuje, a następnie nieudolnie próbuje gasić, pokazują wyraźnie, że nie radzi sobie z kierowaniem instytucją o takiej randze i znaczeniu.

Jak donosi „Rzeczpospolita”, profesor przedstawił kolejny kontrowersyjny pomysł: organizację seminarium poświęconego zwrotom dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec, Ukrainy, Białorusi, Litwy oraz mienia prywatnego należącego do osób pochodzenia żydowskiego.

O ile jestem w stanie zrozumieć jego argumenty, że realna szansa na uzyskanie reparacji od Niemiec jest znikoma, zwłaszcza po szkodach, jakie wyrządziła w tej sprawie polityka obecnej opozycji, wcześniej zjednoczonej prawicy, o tyle ten najnowszy pomysł trudno mi nazwać inaczej niż niezrozumiały i niebezpieczny.

I tu warto przywołać słowa Karola Estreichera, który przez lata z ogromnym poświęceniem ratował i rewindykował zagrabione przez Niemców polskie dzieła sztuki. Estreicher uważał, że Niemcom można by zwrócić ich dobra kultury, ale dopiero wtedy, gdy oni oddadzą nasze. To stanowisko proste, klarowne i zgodne z elementarną sprawiedliwością historyczną.

Jest coś takiego jak racja stanu. Widocznie prof. Ruchniewicz ma na ten temat zupełnie inne wyobrażenie. W jego rozumieniu racją stanu jest, jak się wydaje, jednostronne rozliczanie się z przeszłością, nawet kosztem interesu narodowego i pamięci historycznej.

I dalej, w odpowiedzi na komentarz jednego z użytkowników:

(…) Organizacja seminarium sama w sobie oczywiście nie musi oznaczać poparcia dla konkretnych postulatów, zwłaszcza jeśli celem jest rzetelna, pluralistyczna debata. Problem w tym, że kontekst, intencje i dotychczasowe działania prof. Ruchniewicza budzą uzasadnione wątpliwości co do kierunku, w jakim ta dyskusja ma zmierzać. Po pierwsze, temat jest nie tylko wrażliwy, ale i politycznie delikatny, dlatego wymaga najwyższej ostrożności i wyważenia. Tymczasem forma zapowiedzi seminarium, jak wynika z doniesień medialnych, sugeruje raczej tezę niż pytanie: że zwracać należy, pytanie tylko komu, co i jak. A to już nie jest neutralne postawienie sprawy. Po drugie, seminarium nie odbywa się w próżni. Jest elementem szerszego ciągu decyzji i inicjatyw podejmowanych przez obecne kierownictwo Instytutu Pileckiego, które budzą kontrowersje nie tylko w sferze naukowej, ale także w zakresie pamięci narodowej i polityki historycznej państwa. Dlatego sam temat, choć teoretycznie ciekawy i wart debaty, w obecnych okolicznościach może pełnić funkcję legitymizującą określone działania polityczne lub koncepcje rozliczeń, które są z gruntu nieakceptowalne z punktu widzenia polskiej racji stanu. Zatem tak, seminarium może być tylko debatą. Ale intencje, sposób przygotowania i miejsce, w którym się odbywa, nie są bez znaczenia. I na tym właśnie polega mój niepokój.

Instytut Pileckiego kontynuuje współpracę z partnerami zagranicznymi i angażuje się w projekty o znaczeniu międzynarodowym, jak chociażby dokumentowanie zbrodni wojennych w Ukrainie. W przestrzeni publicznej jednak coraz częściej pojawia się pytań, w jakim stopniu spory polityczne, kadrowe i finansowe mogą wpływać na misję badawczą i edukacyjną tej instytucji.

Kontrowersje budzą także interpretacje niektórych wypowiedzi i inicjatyw, które przez część opinii publicznej zostały odebrane jako próby relatywizowania odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej. Padają pytania, co to właściwie znaczy, że Polska miałaby być współodpowiedzialna za Holokaust.

Emocje wywołują również spekulacje dotyczące ewentualnych rekompensat za powojenne domy czy kwestii restytucji dzieł sztuki. W polskiej pamięci historycznej szczególnie mocno wybrzmiewa fakt, że przez dekady muzea i instytucje wciąż próbują odzyskać dzieła zrabowane przez III Rzeszę. W tym kontekście rozważanie scenariuszy ich zwrotu innym stronom rodzi pytania o priorytety i o to, gdzie przebiega granica między badaniem naukowym a decyzjami politycznymi. Ale właśnie – słowo spekulacje jest tutaj kluczem.

Jak podkreśla Instytut, jego powołaniem jest „obrona pamięci i prawdy”. Na pytanie, jak Instytut odnosi się do kwestii reparacji wojennych od Niemiec, Luiza Jurgiel-Żyła odpowiedziała krótko: Instytut nigdy nie prowadził i nie prowadzi żadnych badań ani działań popularyzatorskich w tym zakresie. 

W przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także głosy, że Instytut powinien jeszcze wyraźniej określić swoją rolę. Ale przecież jego rola jest określona ustawą!

Jak napisał jeden z komentatorów: Instytut Pileckiego potrzebuje dziś obrońców prawdy, a nie rzeczników partykularnych interesów. To zdanie może być najlepszym podsumowaniem sytuacji – i jednocześnie pytaniem, czy w polskiej polityce historycznej jest jeszcze miejsce na taką właśnie misję.

Wygląda na to, że bez względu na to, kto sprawuje rządy, ataki i próby upolitycznienia działalności Instytutu są i będą. Jak była jedna strona, były zarzuty. Jest druga strona, są zarzuty. Czy słuszne?

Kolejne oświadczenie Instytutu

29 sierpnia 2025 roku Instytut wydał oświadczenie, w którym wyjaśnił, że prowadzi wewnętrzne postępowanie dotyczące listu Hanny Radziejowskiej do Ministerstwa Kultury i Ambasady RP w Berlinie. Według Instytutu Radziejowska celowo zmieniła treść notatki pracowniczki oddziału berlińskiego, przypisując prof. Krzysztofowi Ruchniewiczowi rzekomy zamiar organizacji seminarium o zwrocie dóbr kultury Niemcom, co wprowadziło opinię publiczną w błąd.

Instytut poinformował także, że inny naukowiec, autor wewnętrznej notatki, nie wiedział o jej przekazaniu ministerstwu i podejrzewa, iż jego dokument również został zmanipulowany.

Podkreślono, że narracja o braku komunikacji między centralą a Berlinem jest fałszywa, a Ruchniewicz regularnie współpracował z oddziałem. Oświadczenie odnosi się również do procedury odwołania Radziejowskiej i Fałkowskiego, wskazując na jej zgodność z prawem niemieckim, oraz zaznacza, że żadna z tych osób nie ma statusu sygnalisty.

Instytut sprzeciwił się przedstawianiu go w negatywnym świetle na podstawie zmanipulowanych materiałów i wyraził nadzieję, że dezinformacja nie utrudni realizacji jego misji. Poniżej zaktualizowane oświadczenie Instytutu w całości.

W związku z informacjami krążącymi w przestrzeni publicznej, szczególnie popularyzowanym przez artykuły portalu wp.pl, a także publicznymi wypowiedziami Hanny Radziejowskiej i Mateusza Fałkowskiego dotyczącymi okoliczności zmiany kierownictwa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego, w nawiązaniu do wypowiedzi pani Ministry Kultury i Dziedzictwa Narodowego Marty Cienkowskiej, wyjaśniamy, iż:

Oświadczenie Instytutu Pileckiego

Dyrekcja Instytutu prowadzi wewnętrzne postępowanie wyjaśniające okoliczności powstania listu skierowanego przez p. Radziejowską 22.07.2025 r. do Ministry Kultury i Ambasadora RP w Berlinie. Według relacji współpracowników z oddziału berlińskiego, nie mieli oni świadomości, że przygotowywane przez nich materiały zostaną w jakiejkolwiek formie udostępnione osobom trzecim, w szczególności ministerstwu czy ambasadzie RP.

Dyrekcja Instytutu uzyskała wgląd w powstałą w oddziale berlińskim dokumentację dotyczącą spotkania on-line Hanny Radziejowskiej i prof. Krzysztofa Ruchniewicza 22 lipca br. Wersja notatki ze spotkania przedstawiona przez p. Radziejowską w liście do Minister Kultury, w której przypisano prof. Ruchniewiczowi rzekomy zamiar zorganizowania seminarium poświęconego zwrotom polskich dóbr kultury Niemcom, jest świadomie zmienioną przez p. Radziejowską wersją notatki przygotowanej bezpośrednio po spotkaniu przez pracowniczkę oddziału. Oryginalna notatka sporządzona przez pracowniczkę została przez p. Radziejowską zmieniona w tym jednym, interesującym zakresie, a zmieniona wersja przekazana do Ministerstwa.

Różnice między dokumentami dotyczą kluczowego fragmentu. W wersji oryginalnej mowa była o rozróżnieniu pojęć „badania proweniencji” i „restytucji” oraz o akademickich problemach związanych z kluczowym zagadnieniem. Natomiast w wersji p. Radziejowskiej dopisano stwierdzenie o rzekomym zamiarze organizacji seminarium na temat zwrotów dóbr kultury. Nie mamy wątpliwości, że ta zmiana wprowadziła opinię publiczną w błąd i przyczyniła się do nagonki medialnej na prof. Ruchniewicza.

Dodatkowo do Dyrektora Instytutu wpłynęło oświadczenie pracownika Instytutu, autora innej notatki przywoływanej w mediach. Podkreślił on, że sporządził dokument na polecenie ówczesnej kierowniczki berlińskiego oddziału wyłącznie na potrzeby wewnętrzne i nie miał świadomości, że zostanie on udostępniony osobom trzecim ani mediom. Wyraził ubolewanie z powodu publikacji i przeprosił za powstałe nieporozumienia. 

Dodatkowo w trakcie wyjaśnień jest to, czy jego notatka również nie została zmanipulowana, ponieważ według jego oświadczenia był on autorem jednostronicowej informacji. Tymczasem ministerstwo otrzymało czterostronicowy dokument, który w metadanych ma nazwisko innej pracowniczki Instytutu Pileckiego i Hanny Radziejowskiej. Nie zgadza się również data (on twierdzi, że sporządził ją 17.07, a data na tym, co otrzymało ministerstwo to 28.07).

Chcemy podkreślić, że Instytut Pileckiego stanowczo sprzeciwia się kreowaniu narracji przedstawiającej Instytut, jego Dyrektora i pracowników w złym świetle na podstawie zmanipulowanych materiałów i medialnych pomówień. 

Zaprzeczamy, że między oddziałem w Berlinie a centralą w Warszawie nie było komunikacji. Profesor Ruchniewicz odwiedził Berlin pięć razy, za każdym razem rozmawiając o tym, jaki jest cel zmian zachodzących w Instytucie i jak w tych zmianach mieści się aktywność oddziału w Berlinie. Co dwa tygodnie odbywały się także zebrania kierowników poszczególnych działów Instytutu, na których kierownictwo z Berlina było obecne zdalnie, a pani Hanna Radziejowska i pan Mateusz Fałkowski niejednokrotnie zabierali głos w sprawach tak całego Instytutu, jak i oddziału w Berlinie. 

Okoliczności odwołania Hanny Radziejowskiej i zwolnienia Mateusza Fałkowskiego były dodatkowo utrudnione ze względu na zgłoszone przez nich nagłe urlopy lub zwolnienia lekarskie. Próby doręczenia dokumentów do miejsca ich deklarowanego zamieszkania w Berlinie podejmowane były kilkukrotnie, także przy wsparciu komornika. Cały proces prowadzony był zgodnie z prawem niemieckim, według którego oboje byli zatrudnieni, a jego prawidłowość nadzoruje kancelaria prawna w Berlinie.

Jak poinformowało dziś Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, żadna z tych osób nie posiada statusu sygnalisty w świetle ustawy o ochronie sygnalistów. W szczególności pan Mateusz Fałkowski nigdy nie kontaktował się z ministerstwem w tym trybie.

Instytut Pileckiego wyraża nadzieję, że fala dezinformacji w mediach nie zakłóci realizacji naszej misji. 

Odwołanie prof. Ruchniewicza

Ale na tym nie koniec! Minister kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska ogłosiła, że Krzysztof Ruchniewicz został odwołany z funkcji dyrektora Instytutu Pileckiego. Jego następcą będzie Karol Madaj.

Choć w resorcie uznano Radziejowską za sygnalistkę, informacje przez nią przekazane wyciekły. Niedługo potem dyrektor Instytutu Pileckiego odwołał ją ze stanowiska. Teraz Minister Kultury zdecydowała o jego odwołaniu.

Głównym powodem mojej decyzji jest niedopełnienie obowiązków w zakresie umożliwienia statutowego funkcjonowania Instytutu Pileckiego poprzez wadliwe zamierzenia programowe. Wadliwą politykę komunikacyjną i wadliwe decyzje zarządcze – ogłosiła.

Przedstawiając rezultaty postępowania wyjaśniającego, Marta Cienkowska zaprzeczyła jednak, by Hanna Radziejowska miała status sygnalistki. Nie była sygnalistką i nie mogła tego statusu otrzymać – powiedziała. Nigdy nie otrzymała takiego statusu od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – wyjaśniła. Ustawa o ochronie sygnalistów bardzo jasno określa katalog naruszeń prawa, których zgłoszenie podlega trybowi ochrony sygnalistów. Były dwa odrębne zgłoszenia – dodała.

Skala emocji i nagłówków zdecydowanie przerasta liczbę zweryfikowanych, poważnych zarzutów. W obiegu dominują skróty myślowe, fejki, manipulacje, przecieki i „gorące” interpretacje, które użytkownicy mediów społecznościowych powielają bez sprawdzania źródeł. Fakty wymagają żmudnej weryfikacji, a tej w dyskusji o Instytucie Pileckiego najczęściej brakuje – stąd więcej mamy burzy medialnej niż realnych, uzasadnionych kontrowersji.

Przywrócenie Hanny Radziejowskiej [aktualizacja 20 września 2025]

18 września 2025 roku Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego ogłosił, że Hanna Radziejowska oraz Mateusz Fałkowski, na podstawie zawartego porozumienia z Instytutem, zostali ponownie przywróceni do pracy w berlińskim oddziale Instytutu Pileckiego.

Pani Hanna Radziejowska obejmie funkcję Pełnomocnika dyrektora do spraw dialogu polsko–niemieckiego, natomiast Pan Mateusz Fałkowski powróci do pełnienia obowiązków Zastępcy kierownika.

Karol Madaj, pełniący obowiązki dyrektora Instytutu Pileckiego, z uznaniem podkreślił dotychczasowe dokonania, wysoki profesjonalizm oraz wyjątkowe zaangażowanie zarówno przywróconych pracowników, jak i kierowanego przez nich zespołu w berlińskiej filii Instytutu.

Przy okazji podpisania porozumienia dyrektor Madaj zaznaczył, że dalsze kontynuowanie ich pracy – w przypadku Pani Radziejowskiej w nieco zmodyfikowanej roli – jest całkowicie uzasadnione. Wyraził jednocześnie przekonanie, że wypracowane rozwiązanie umożliwi skuteczne realizowanie celów statutowych Instytutu oraz pozwoli zakończyć zbędne spory wokół tej instytucji.

Równocześnie dyrektor poinformował, że wkrótce zostanie ogłoszony konkurs na stanowisko kierownika Oddziału Instytutu Pileckiego w Berlinie. Do czasu jego rozstrzygnięcia, obowiązki kierownika będzie nadal pełniła Pani Joanna Kiliszek, pozostając na dotychczasowym stanowisku.


Źródła:

  • Audyt w centrum kierowanym przez Ruchniewicza: kolesiostwo i niegospodarność, Wyborcza Wrocław [dostęp: 16.08.2025].
  • Auguff Paweł, Zwrot dóbr kultury Niemcom? Kontrowersyjny pomysł szefa Instytutu Pileckiego, rmf24 [dostęp: 15.08.2025].
  • Fejki i hejt w polityce zagranicznej: kampania inwektyw i kłamstw na temat profesora Krzysztofa Ruchniewicza, Konferencja Ambasadorów RP [dostęp: 31.08.2025].
  • Frazer Jenni, A Polish govt institute honors Poles who saved Jews. Scholars say it’s whitewash, The Times of Israel [dostęp: 15.08.2025].
  • Historyczne Bzdury, Facebook [dostęp: 15.08.2025].
  • instytutpileckiego.pl [dostęp: 14.08.2025].
  • Jadczak Szymon, Wątpliwości za 750 tys. złotych. Raport, który obciąża dyrektora Instytutu Pileckiego, Wirtualna Polska [dostęp: 15.08.2025].
  • Kosiewski Piotr, Straszne słowo „restytucje”. O co chodzi w nowym sporze o Instytut Pileckiego, Tygodnik Powszechy [dostęp: 15.08.2025].
  • Krzysztof Ruchniewicz: Nie domagam się zwrotu dóbr kultury Niemcom, Rzeczpospolita [dostęp: 31.08.2025].
  • Mrozek Witold, Rząd tworzy “polskie Yad Vashem”. Instytut Solidarności i Męstwa będzie walczył o dobre imię Polski i honorował pomagających Polakom, Wyborcza [dostęp: 15.08.2025].
  • Ogromne dotacje z ministerstwa dla Instytutu Pileckiego. Hotel w Szwajcarii za 120 mln zł, Onet [dostęp: 15.08.2025].
  • Olszewski Michał, 120 mln zł za siedzibę muzeum, która nie nadaje się na muzeum. Jak PiS kupił hotel w Szwajcarii, Wyborcza [dostęp: 16.08.2025].
  • Pankowska Maria, Pilecki sam w Nowym Jorku. Kłopoty zagranicznej filii państwowego instytutu, tvn24 [dostęp: 15.08.2025].
  • Pankowska Maria, Jest śledztwo w sprawie Instytutu Pileckiego. Chodzi o hotel w Szwajcarii, tvn24 [dostęp: 21.08.2025].
  • Polish diplomats in Bern tried to save 10,000 Jews during Holocaust, new research reveals, World Jewish Congress [dostęp: 15.08.2025].
  • Powołaliśmy dyrektora Instytutu Pileckiego, gov.pl [dostęp: 15.08.2025].
  • Pytamy nowego dyrektora Instytutu Pileckiego, sztandarowego projektu PiS, czy należy go zaorać Wyborcza Wrocław [dostęp: 16.08.2025].
  • “Reparacje dla Niemiec”. Kolejna burza wokół szefa Instytutu Pileckiego, Do Rzeczy [dostęp: 15.08.2025].
  • Ruchniewicz odwołany. Reakcja na aferę ws. Instytutu Pileckiego, Polskie Radio 24 [dostęp: 29.08.2025].
  • Słowik Patryk, Paweł Figurski, Ujawniamy. Rządowy wyciek i odwet na sygnalistce. Afera w Instytucie Pileckiego, Wirtualna Polska [dostęp: 15.08.2025].
  • Szef Instytutu Pileckiego chciał seminarium o zwrocie przez Polskę dóbr kultury Niemcom, Do Rzeczy [dostęp: 15.08.2025].
  • Sigillum Authenticum, Facebook [dostęp: 19.08.2025].
  • Trudny start nowej szefowej Instytutu Pileckiego w Berlinie. “Niemiecka radna”, “bieda umysłowa“, Do Rzeczy [dostęp: 21.08.2025].
  • Ustawa z dnia 9 listopada 2017 r. o Instytucie Solidarności i Męstwa, Dziennik Ustaw [dostęp: 15.08.2025].
  • W kupionym przez państwo szwajcarskim hotelu nie będzie Muzeum Polskiego, Rzeczpospolita [dostęp: 15.08.2025].
  • Wojtas Radosław, Był instytut, jest substytut, Do Rzeczy [dostęp: 15.08.2025].
  • Zmiany w Instytucie Pileckiego. Odwołano kierowniczkę oddziału w Berlinie, PAP [dostęp: 15.08.2025].

Tekst został zaktualizowany 31 sierpnia 2025 roku.

Comments are closed.