Magdalena Wojtkiewicz, W obronie miłości

Co byście zrobili, gdyby wasza córka, siostra albo dziewczyna wpadła w oko bezlitosnemu oficerowi gestapo? Co więcej, cała twoja rodzina uczestniczy w działalności konspiracyjnej, za co grozi tylko jedna kara – śmierć. No właśnie, sytuacja strasznie skomplikowana i chyba bez wyjścia. I właśnie o tym jest powieść Magdaleny Wojtkiewicz pod tytułem „W obronie miłości”.

Przeklęte piękno

Ale do rzeczy. W najlepsze trwa wojna, i Niemcy nadal mocno trzymają w swych rękach sporą część polskich ziem. Nasza historia toczy się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Główną bohaterką jest 19-letnia Urszula Sławiak. Nie dość, że życie jest trudne – coraz wyraźniej odczuwa się głód, brak zaopatrzenia, to jeszcze wzrasta nazistowski terror. Ludzie padają jak muchy, i wszędzie zaczyna wkradać się zniechęcenie, poczucie przygnębienia i coraz bardziej odczuwalny strach.

Jakby tego było mało, piękna Ostrowianka, wpada w oko niejakiemu Oskarowi Osmanowi, oficerowi gestapo, który słynie ze swej bezwzględności. Dziewczyna, nie mając innego wyjścia, musi podporządkować się „awansom” Niemca.

Wiąże się to jednak z pogardą sąsiadów, którzy widzą w niej kolaborantkę i kobietę lekkich obyczajów. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej w momencie, gdy młodszy brat naszej bohaterki wpada w kłopoty. Ula chcąc go ratować, decyduje się przyjąć awanse…

Nieoczekiwanie okazuje się, że Niemiec też ma uczucia, i chyba rzeczywiście pokochał dzielną Polkę. Choć mógł ją wykorzystać, nie zrobił tego. I wówczas okazuje się, że obowiązek czy zapatrywania, nic nie znaczą, gdy pojawia się miłość. Czy Ulka znajdzie ukojenie, prawdziwe uczucie, a przede wszystkim zrozumienie w oczach innych? O tym musicie przekonać się już sami. Myślę, że warto!

Na co zwrócić uwagę?

Powieść Magdaleny Wojtkiewicz podoba mi się z kilku powodów. Przede wszystkim – ukazuje jak skomplikowane stosunki mogą połączyć ludzi, którzy – tylko z pozoru – wydają się być na dwóch przeciwległych biegunach. Bo jak to w życiu bywa – dobro splata się na przemian ze złem. Nikt, tak do końca, nie może być zły. Ani dobry. Nawet największy oprawca ma uczucia, potrafi być troskliwy, kochać na zabój. Zresztą, czytając biografie najwyższych niemieckich dygnitarzy z tego czasu, uderza nas obraz przykładnych mężów i ojców (oczywiście nie wszystkich), co wszakże nie przeszkadzało im dokonywać największego bestialstwa na ludziach sobie podległych. Tak zdaje się być i tym razem. Ale czy na pewno?

Po wtóre – podoba mi się ukazanie, że miłość nie jest czymś, co da się wykoncypować, zrozumieć, zaplanować. To uczucie jest ulotne jak płomień, który wybucha kiedy i gdzie tylko chce. Czasem bez przyczyny, a czasem z pomocą innych. A najdziwniejsze jest to, a może i jednocześnie najwspanialsze, że potrafi połączyć ludzi o odmiennej kulturze, obyczajach, inteligencji, temperamencie… Ach ten Kupidyn – czasem z niego ogromny zgrywus, a czasem i tyran.

Po trzecie – Autorka poruszyła ważną kwestie ofiar, jakie ponosiły kobiety uwikłane w działalność konspiracyjną. Zazwyczaj czytamy o bohaterach, którzy tu walczyli, tam strzelali, tu zaś znosili katusze zadawane przez jakiegoś oprawcę.

A kobiety – traktuje się w historii bardziej jako przedmioty, które można przesuwać niczym pionki na szachownicy. Ich uczucia, poświęcenie, wyrzeczenia, a jeśli udało im się przetrwać wojenną zawieruchę – są deprecjonowane. Co gorsza, o ich losie się nie mówi. Bo to wstydliwy wyrzut sumienia. Jak to kiedyś mówiono – wojna nie jest dla kobiet. Dlatego są one niemym świadkiem wydarzeń. Często świadkiem z największą ilością ran – tych cielesnych i duchowych.

To, jakim wyzwaniom i wyrzeczeniom musi poddać się Ulka jest trudne. Z jednej strony rozumiem, dlaczego zrobiła to, co zrobić i tak musiała. Z drugiej – jakoś ciężko jest mi się pogodzić, że w ogóle musiała. Że nie miała wyboru. A co gorsza, że to ona ostatecznie poniosła największy koszt tego wszystkiego. I od tygodnia cały czas o tym myślę. I nie umiem przestać. To bardzo mną wstrząsnęło.

I jeszcze…

Po czwarte – Autorka pisze subtelnie, ale na tyle wyraziście, że ciężko nie „wpaść bez reszty” w tok narracji. Nawet nie wiem kiedy skończyłem czytać. Już od początku czas jakby przestał mieć znaczenie. Wciągnąłem się bez reszty. Złożoność sprawy, wyrazisty charakter zakochanego gestapowca i trudne wybory jakie podjęła Urszula dosłownie mnie „zjadły”. Dawno nie zdarzyło mi się tak odpłynąć. Ale było warto.

Sięgając po tę pozycję, nie liczyłem na coś wyjątkowego. Pomyślałem, że to jedynie szybka literacka przystawka, pewnie niezbyt głęboka. A okazało się, że było zupełnie inaczej. Bo pod okryciem słów, Autorka poruszyła wiele kontrowersyjnych tematów, które należałoby przepracować w naszych dziejach – może jeszcze raz. A może – po raz pierwszy bez ukrywania, jak wyglądały ofiary ponoszone przez kobiety.

Po piąte – dostajemy kolejny przykład tego, że nawet dobrzy ludzie, w pewnych momentach i konfiguracjach historii, stają się złymi. Bo przecież Oskar, gdy go już bliżej poznamy, okazuje się nie być takim złym. Na jego niekorzyść wpływa jednak wypaczone poczucie sumienia, które zostało zdezintegrowane przez system nazistowski – bezwzględny, bezduszny, nieludzki. Jeśli nie ma się nic w kontrze, to jak nauczyć się empatii, zrozumienia, człowieczeństwa? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Autorka tylko sugeruje pewne sprawy, ale to temat, nad którym trzeba posiedzieć nieco dłużej.

I mam jeden zarzut – za szybko się skończyła. A chciałbym jeszcze więcej.

Posumowanie

„W obronie miłości” zamyka się na 368 stronach tekstu. To książka ciekawa, wzruszająca i z duszą. Jestem oczarowany, i co tu dużo pisać – czytało się świetnie. Już po tej pierwszej powieści tej Autorki jestem jej dozgonnym fanem. Jestem zachwycony i gorąco Wam ją polecam.


Wydawnictwo Filia

Ryszard Hałas

Comments are closed.