polska szarża pod Somosierrą

Polska szarża pod Somosierrą: brawura, która otworzyła Madryt Napoleonowi

Mgła jeszcze nie opadła, a już zapadł rozkaz, który zmienił bieg wydarzeń. Polska szarża pod Somosierrą do dziś elektryzuje nie tylko historyków. To opowieść o przekraczaniu granic ludzkiej odwagi i cienkiej linii między rozkazem a legendą. Tam, gdzie wszystko wydawało się przesądzone, Polacy zapisali własny rozdział w dziejach Napoleona. Między innymi to wydarzenie porusza Piotr Korczyński w swojej najnowszej książce, Krew i popiół. Polscy żołnierze Napoleona.

Bitwa pod Somosierrą to jeden z najbardziej widowiskowych i legendarnych epizodów wojen napoleońskich, a zarazem symbol brawury polskiej kawalerii. O świcie, na zamglonej, stromej przełęczy w górach Guadarrama, hiszpańskie wojska generała Benito de San Juan zatarasowały jedyną drogę prowadzącą do Madrytu. Wąska, kręta dolina była broniona przez cztery linie dział i liczne oddziały piechoty ukryte za kamiennymi murkami i topolami, dając Hiszpanom ogromną przewagę ogniową.

Napoleon, zniecierpliwiony oporem i niepowodzeniem francuskiej piechoty, zdecydował się sięgnąć po rozwiązanie niekonwencjonalne: rozkazał szarżę polskim szwoleżerom gwardii. Oddział pod dowództwem pułkownika Kozietulskiego, liczący zaledwie 125 ludzi, ruszył galopem wprost na baterie dział i śmiertelny ogień piechoty.

Szarża trwała zaledwie kilka minut, ale jej przebieg przeszedł do legendy. Polacy, mimo ciężkich strat, sforsowali kolejne linie artylerii, przełamali opór obrońców i zdobyli całą przełęcz. Wśród bohaterów walki znalazł się m.in. podporucznik Andrzej Niegolewski, który po ciężkich ranach ocalał cudem z pola bitwy.

Polska szarża pod Somosierrą nie tylko otworzyła Napoleonowi drogę na Madryt, ale stała się symbolem odwagi i poświęcenia. Mimo późniejszych kontrowersji i prób pomniejszania udziału Polaków, to właśnie oni przesądzili o sukcesie tego dnia, zapisując się trwale w dziejach epoki napoleońskiej.

Ostatnia przeszkoda na drodze do Madrytu

30 listopada 1808 roku cesarz Napoleon ze swym wojskiem dotarł do przełęczy Somosierra leżącej dziewięćdziesiąt kilometrów od Madrytu. Była to ostatnia naturalna zapora w górach Guadarrama na drodze do stolicy Hiszpanii i w tym właśnie miejscu generał Benito de San Juan postanowił bronić dostępu do niej Napoleonowi. Utarło się Somosierrę nazywać wąwozem, lecz to w istocie dość szeroka, choć bardzo kamienista dolina otoczona wysokimi wzgórzami, przez którą wtedy wiódł jedyny utwardzony trakt do stolicy Hiszpanii.

Czytasz fragment najnowszej książki Piotra Korczyńskiego Krew i popiół, która czeka na Ciebie tutaj:

Krew i popiół

Droga, wijąc się wśród wzgórz, tworzyła cztery wyraźne załamania i to na nich Hiszpanie ustawili swe baterie po cztery działa każda, a po ich bokach ubezpieczyli je piechotą – w sumie dwuipółkilometrowe go odcinka broniło około trzech tysięcy ludzi. Dodatkowo jej zdobycie utrudniało to, że po obu stronach obłożona była murkami z kamienia i obsadzona topolami, co powodowało, że hiszpańscy piechurzy mogli prowadzić morderczy ogień zza zasłon drzew i kamieni.

Ponadto sądzili, że nic im nie grozi ze strony kawalerii, gdyż obmurowane pobocza pozwalały zmieścić się jedynie czterem jeźdźcom jadącym blisko siebie – strzemię w strzemię. A jednak ten mglisty listopadowy dzień miał pokazać, że walcząc przeciwko „bogu wojny”, niczego nie można być pewnym, tym bardziej że miał on w swojej gwardii oddział „ludu z Północy”, który skłonny był iść za nim do samego piekła. Dzień 30 listopada 1808 roku miał się okazać im właśnie przeznaczony – polskiemu pułkowi szwoleżerów gwardii.

Rozkaz Napoleona

W owym doborowym pułku nastroje przed bitwą nie były najlepsze, gdyż w czasie nocnego wypadu „po języka” szwoleżerowie sami dali się zaskoczyć i Hiszpanie pochwycili jednego z nich – Pawła Wiśniewskiego. Tym niefortunnym zwiadem dowodził podporucznik Andrzej Niegolewski, dowódca 3 plutonu 7 kompanii 3 szwadronu, najmłodszy oficer w szwadronie.

Andrzej Niegolewski
Andrzej Niegolewski, anonimowy portret, Dzieje porozbiorowe narodu polskiego ilustrowane. T. 1

Wypad zlecił sam cesarz, który chciał się rozeznać, co się dzieje w spowitej nocą i mgłą przełęczy. Wprawdzie ludziom Niegolewskiego w starciu z hiszpańską pikietą także udało się pochwycić jeńca, ale ten remis nie mógł satysfakcjonować, gdyż i Hiszpanie po przesłuchaniu Wiśniewskiego2 zyskiwali wiedzę o wojsku nieprzyjaciela.

Na wieść o stracie jeńca cesarz ponoć wpadł w gniew, że jego elita tak go zawiodła. A może tylko udał złość, by podrażnić ambicje dumnych Polaków? To całkiem podobne do sprytnego Korsykanina… Gdy rano piechota francuska podeszła do zamglonego wlotu wąwozu na przełęczy Somosierra, jej czołowy szereg został dosłownie skoszony ogniem kartaczy pierwszej hiszpańskiej baterii i salwą ubezpieczających ją strzelców hiszpańskich.

Reszta francuskich fizylierów i woltyżerów zaległa. I w tym momencie cesarz, ku zdumieniu otaczających go oficerów sztabowych, spojrzał w kierunku polskich kawalerzystów, a dokładnie wciąż pełniącego służbę po niefortunnej nocy 3 szwadronu szwoleżerów dowodzonego przez pułkownika Jana Leona Hipolita Kozietulskiego w zastępstwie nieobecnego pułkownika Ignacego Stokowskiego.

Polska szarża pod Somosierrą – początek legendy

Cesarz skinął na niego i ręką wskazał kierunek ataku – mgła spowijająca wąwóz właśnie opadała, ukazując w oddali ziejącą ogniem pierwszą hiszpańską baterię. W istocie Napoleonowi chodziło o to, by Polacy zaatakowali jedynie tę baterię, umożliwiając francuskiej piechocie zbliżenie się do nieprzyjacielskich pozycji. Stało się inaczej.

Kozietulski krzyknął do swych stu dwudziestu pięciu podkomendnych: „Chłopcy, cesarz patrzy!” i machnął szablą ku wlotowi wąwozu. Poszli w cwał. Kiedy Hiszpanie dostrzegli cwałujący szwadron, dali ognia, ale już nie zdążyli drugi raz załadować swych dział, szwoleżerowie przedarli się przez baterię, tnąc szablami kanonierów i rozpędzeni, wbrew rozkazowi cesarza, pomknęli dalej. Od tej pierwszej salwy padło sześciu atakujących, wśród nich kontuzjowany Kozietulski, który zostawił martwego konia i na piechotę ruszył za swymi szarżującymi „chłopcami”. Dowództwo przejął kapitan Jan Nepomucen Dziewanowski.

Bitwa pod Somosierrą, Horacy Vernet, 1808, Muzeum Narodowe w Warszawie

Szwoleżerowie dostali się w gęsty ostrzał piechoty ustawionej po bokach drogi, ale niepowstrzymani przeskoczyli i drugą baterię. Na tym odcinku zginęło dziesięciu szwoleżerów. Przy trzeciej baterii padł ranny Dziewanowski. Już tylko garstka Polaków z podporucznikiem Andrzejem Niegolewskim dotarła do czwartej baterii, ale i te działa zamilkły. Sam Niegolewski prócz dwóch ran postrzałowych pokłuty został niemiłosiernie przez wycofujących się Hiszpanów – na jego ciele naliczono dziewięć ran od bagnetów.

Bohaterowie i świadectwa

Ten cudem ocalony oficer tak zapamiętał ostatnie chwile szarży: „Piechota hiszpańska z boku ciągle nas raziła, przy owej zaś baterii czwartej poza nami stało jeszcze kilkunastu hiszpańskich kanonierów […]. Wtem koń, krwią plujący, padł pode mną od strzału działowego. W okamgnieniu kilku Hiszpanów uciekających nawróciło, a dwóch z karabinów mi do głowy przyłożonych dało ognia. Kule atoli opieką nade mną wszechmocnej opatrzności ograniczyły się na zadaniu mi tylko ran ciężkich. Rzadko komu tak z bliska śmierć zagląda w oczy”.

Lecz to nie był jeszcze koniec gehenny porucznika Niegolewskiego: „W tej chwili dziewięć razy pchnięto mnie bagnetem, obrano z pieniędzy, a konia zostawiono na mnie. Razy bagnetów ocknęły mnie w bólu i sprawiły, żem się poczuł przy życiu i wrócił do zupełnej przytomności umysłu. Otoczony Hiszpanami, w obawie, by mnie u nich los zwyczajny jeńców, to jest śmierć w mękach, nie spotkała, nawet odetchnąć nie śmiałem. Wkrótce słyszeć się dały coraz głośniej bębny i okrzyki: Enavant! Vive l’empereur! i zaraz ujrzałem naszych i szaserów francuskich”.

Ci „nasi” to pluton porucznika Stanisława Rostworowskiego z 1 szwa dronu szwoleżerów. Prowadził go osobiście dowódca 1 szwadronu To masz Łubieński, wzmacniając swój oddział kilkunastoma żołnierzami 3 szwadronu, pozbieranymi przy mijanych bateriach. Szwoleżerowie i francuscy strzelcy konni, dotarłszy do szczytu wzgórza – pobojowiska z czwartą baterią – rozpędzili zbierających się do ponownej walki Hi szpanów, co niewątpliwie ocaliło życie Niegolewskiego i innych rannych szwoleżerów.

Echo polskiej szarży pod Somosierrą

Zaraz do szczytu przełęczy dotarła reszta 1 szwadronu pod dowództwem kapitana Franciszka Łubieńskiego i ruszyła z kopyta w po ścig za uciekającymi Hiszpanami w kierunku Buitrago. Minął kwadrans i na szczyt wbiegli zdyszani woltyżerowie z francuskiego 96 Pułku Piechoty. Piechurzy zabezpieczyli zdobyte przez Polaków działa i uwolnili spod konia Niegolewskiego, przenosząc go pod jedną z baterii. Wokół dzielnego oficera zebrała się grupka szwoleżerów, którzy potraciwszy ko nie, dotarli w to miejsce pieszo.

Na tę scenę nadjechał marszałek Bessières, dowódca kawalerii gwar dii, prowadząc z sobą między innymi 2 i 4 szwadron szwoleżerów. Rzucił je także w pościg za nieprzyjacielem drogą na Madryt, a sam podjechał do armat, gdzie nad rannym Niegolewskim pochylali się jego koledzy. Marszałek, zsiadłszy z konia, rzekł do rannego:

– Młody człowieku, cesarz widział piękną szarżę lekkokonnych. Po trafi z pewnością docenić waszą brawurę.

Podporucznik Niegolewski przekonany, że jego rany są śmiertelne, lecz jednocześnie szczęśliwy, że zdołał zmyć z siebie „hańbę” nieudane go nocnego wypadu, odpowiedział marszałkowi, starając się z trudem wskazać na działa:

Monseigneur, umieram, oto armaty, które zdobyłem. Powiedz o tym cesarzowi!

Zwycięstwo było miażdżące i jakże niewielkimi stratami okupione! Po bitwie Napoleon odznaczył rannego Niegolewskiego Legią Honorową, a dla reszty szwoleżerów wyraził uznanie słowami: „Cześć najwaleczniejszym z walecznych!”. Trzeba przyznać, że jeden krzyż i pochwała to niewielka nagroda od cesarza dla Polaków za pomoc w odzyskaniu tronu hiszpańskiego dla jego brata Józefa.

Prawda, legenda i spory wokół polskiej szarży pod Somosierrą

No i narodziła się legenda, ale zgodnie z powiedzeniem, że sukces ma wielu ojców, a porażka zawsze jest sierotą, w Paryżu starano się umniejszyć, a wręcz wymazać udział Polaków w zdobyciu Somosierry i zastąpić ich Francuzami. Wpierw pojawiły się podejrzenia o zamroczeniu alkoholowym polskich szwoleżerów. Cytowano jednego z francuskich oficerów, który jakoby miał stwierdzić: „Trzeba być pijanym, by taki rozkaz wydać, i trzeba być pijanym, by taki rozkaz wykonać!”.

Lecz w taką bzdurę mógł uwierzyć jedynie całkowity laik. Po pierwsze, któryż to oficer cesarza u szczytu jego potęgi mógł go spotwarzyć oskarżeniem o nietrzeźwość podczas bitwy, a po drugie – rozkaz uderzenia na baterię hiszpańską nie był przejawem szaleństwa, lecz geniuszu Napoleona, który kapitalnie zaskoczył nieprzyjaciela, a Polacy zrobili krok dalej i atak na pierwszą baterię zmienili w zdobycie wszystkich czterech.

Kiedy więc teoria o „pijanych Polakach” nie chwyciła, postanowiono pójść w inną stronę i szarża rozrosła się o sporą liczbę jej „francuskich uczestników”, którzy mieli towarzyszyć w ataku Polakom lub wręcz pro wadzić ich do boju. Te i podobne banialuki wypisywali nie tylko autorzy bulwarówek czy, jak byśmy dziś powiedzieli, pulp fiction – sensacyjnej literatury popularnej, ale także uznani historycy, między innymi takie tuzy jak Adolphe Thiers.

Adolphe Thiers, Gaspard-Félix Tournachon “Nadar”, 1867/1877

W swej wydanej w 1849 roku Historii Konsulatu i Cesarstwa twierdził między innymi, że szarżą dowodził francuski generał Montbrun, a polscy szwoleżerowie byli „najemnikami”, którzy cofnęli się w panice po pierwszym ataku! Wtedy właśnie kawaler Legii Honorowej, opisany wyżej uczestnik szarży, Andrzej Niegolewski, wysłał do historyka list, w którym opisał dokładnie przebieg szarży i domagał się zmiany tekstu w kolejnych wydaniach książki. Thiers początkowo zbywał go milczeniem, a następnie obiecywał zmiany, lecz z przyrzeczeń się nie wywiązywał.

Wobec tego Niegolewski w 1854 roku wydał w Poznaniu broszurę Somo-Sierra, a równocześnie w Paryżu jej francuskie tłumaczenie. Jego trud nie poszedł na marne, gdyż historiografia francuska odrzuciła w końcu twierdzenia Thiersa. Niegolewski udowodnił i przypomniał Francuzom, że generał Montbrun nie brał udziału w natarciu, że szarża szwoleżerów trwała nieprzerwanie, że jedynie 3 szwadron zdobywał hiszpańskie baterie i że to Polakom Napoleon zawdzięcza otwarcie drogi na Madryt.

Lecz i nad Wisłą legenda poczęła brać górę nad prawdą – przełęcz Somosierra zmieniła się w wąwóz o niebotycznych wręcz ścianach i w tę przepaść najeżoną armatami szarżowali szwoleżerowie z Kozietulskim na czele…


Fot. Obraz Januarego Suchodolskiego, Bitwa pod Somosierrą, 1860, Muzeum Narodowe w Warszawie

Tekst jest fragmentem książki Piotra Korczyńskiego „Krew i popiół. Polscy żołnierze Napoleona”, i został opublikowany we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont. Śródtytuły zostały dodane przez redakcję. Więcej o książce znajdziesz TUTAJ.

Comments are closed.